Była sobota, pochmurne popołudnie, kiedy nagle pojawił się mój były, trzymając ogromny bukiet róż, bombonierkę Wedla, torbę upominków z Empiku i z tą charakterystyczną łobuzerską miną, której nie widziałam od miesięcy. Przez chwilę myślałam, iż przyszedł, by przeprosić albo choćby porozmawiać o tym wszystkim, co zostało między nami niewyjaśnione. Było to dziwne, bo po rozstaniu był zimny jak luty w Warszawie i choćby nie chciał ze mną rozmawiać jakbyśmy byli dla siebie zupełnie obcy.
Od progu zaczął opowiadać, jak bardzo tęsknił, myślał o mnie, iż byłam kobietą jego życia i iż zrozumiał własne błędy. Mówił tak szybko, iż brzmiało to jakby wykuł wszystko na pamięć przed lustrem. Stałam więc cicho nie rozumiałam skąd w nim nagle taki przypływ czułości po miesiącach ciszy. Zbliżył się, objął mnie i powiedział, iż chciałby odzyskać to, co nasze.
Wyciągnął śliczny flakonik perfum, srebrną bransoletkę i pudełeczko z listem. To wszystko było niemalże filmowo romantyczne. Próbował mnie przekonać, iż powinniśmy dać sobie jeszcze jedną szansę, iż się zmienił, iż tym razem chce zrobić wszystko porządnie. Poczułam się nieswojo wszystko było aż za piękne, by było prawdziwe. Nigdy nie był aż tak troskliwy, kiedy naprawdę byliśmy razem.
Prawda wyszła na jaw, gdy zaprosiłam go do stołu i zapytałam wprost, o co mu chodzi. Wtedy zaczął się plątać. Okazało się, iż ma mały problem z bankiem, potrzebuje kredytu na biznes, który ma być dobry dla nas obu i brakuje mu tylko jednego podpisu mojego.
W tym momencie zrozumiałam, dlaczego przyszedł taki rozradowany i z tyloma prezentami.
Powiedziałam, iż nie podpiszę żadnych papierów. W tej samej chwili jego twarz się zmieniła. Zniknęła cała uprzednia czułość, rzucił kwiaty na stół i zaczął się wydzierać, iż nie ufam mu, iż to największa szansa w jego życiu. Mówił do mnie tak, jakbym była mu winna coś jeszcze. Z bezczelnością stwierdził nawet, iż jeżeli mu na mnie jeszcze zależy, powinnam mu pomóc. Wszystko rozpadło się szybciej, niż się zaczęło.
Kiedy zrozumiał, iż nie dam się namówić, zmienił nastawienie. Powiedział, iż bez tego kredytu jest stracony, iż jeżeli mu pomogę, oficjalnie do mnie wróci i zaczniemy od początku. Łączył w jednym zdaniu prośby o powrót i o pieniądze, zupełnie bez wstydu. Wtedy dotarło do mnie do końca: cała ta szopka, kwiaty, słodycze, czułe słowa wszystko to było tylko po to, żebym zgodziła się podpisać zgodę na kredyt.
W końcu, kiedy uparcie odmówiłam, zebrał prawie wszystkie prezenty: schował bombonierkę do torby, zabrał perfumy i bransoletkę, kwiaty zostawił rzucone na podłodze. Wyszedł, nazywając mnie niewdzięcznicą, i dodał jeszcze, żebym potem nie mówiła, iż nie próbował ratować naszej relacji. Trzasnął drzwiami, jakby to ja coś mu zawiniła.
Nasze pojednanie trwało równo piętnaście minut.











