Mój brat, Witold, był ode mnie starszy o sześć lat. Minęły już trzy lata, odkąd wziął ślub i razem ze swoją żoną, Grażyną, postanowili zamieszkać w jej kawalerce zamiast u naszych rodziców. Wtedy, w Krakowie, czynsze były naprawdę wysokie i nie było ich stać na własne mieszkanie, więc ta decyzja była dla nich jedynym rozsądnym wyjściem. Ja już sześć lat wtedy byłem żonaty z Agatą, rodowitą warszawianką, i mieliśmy razem dwójkę dzieci syna Janka, sześciolatka, i młodszą córkę, Milenkę, która liczyła sobie cztery wiosny. Oboje z Agatą pracowaliśmy i dzięki temu zdołaliśmy kupić na kredyt małe, dwupokojowe mieszkanie w Warszawie.
Pewnego razu, jeszcze nie tak dawno, rodzice dali mi znać, iż Witold z rodziną zamierzają przyjechać do nas na tydzień i spodziewają się, iż ich ugościmy pod naszym dachem. Miło było pomyśleć o wspólnym spotkaniu po dłuższym czasie, ale nasza czteroosobowa rodzina tłoczyła się w niewielkim mieszkaniu, w którym trudno byłoby przenocować jeszcze trzy dodatkowe osoby.
Gdy przyjechali pociągiem do Warszawy, wspólnie poszliśmy na spacer po Starym Mieście, odwiedziliśmy Łazienki Królewskie, a potem zjedliśmy obiad w jednej z restauracji na Nowym Świecie. Wieczorem, podczas kolacji, rodzice znów zaczęli naciskać, żebym przyjął brata z rodziną, bo przecież wynajem hotelu czy mieszkania w stolicy to niemały koszt, a oni nie mają takich pieniędzy. Wiedziałem jednak, iż nie dam rady komfort moich dzieci i żony stawiam ponad wszystko.
Chciałem choć spróbować znaleźć wyjście z tej sytuacji, więc zaproponowałem, iż zabiorę ich do jakiegoś niedrogiego hotelu lub poszukam przyzwoitego hostelu. Zdecydowanie się sprzeciwili Witold aż się oburzył i nalegał, żeby jednak to oni mogli pomieszkać u mnie. Inne propozycje, jak mieszkanie u znajomych albo wynajem małego pokoju przez serwis internetowy, także odrzucili. Stało się jasne, iż liczyli na darmowy pobyt nocleg i wyżywienie bez kosztów.
Poprzez to wszystko, czułem, iż muszę postawić granice. Przypomniałem sobie stare rodzinne przysłowie, iż gość w dom, Bóg w dom, ale są też granice naszej gościnności. Przecież rodzina musi mieć przede wszystkim warunki do życia zwłaszcza dzieci, one są najważniejsze. Moja żona, Agata, była wtedy bardzo zmęczona codziennymi obowiązkami, dzieci potrzebowały spokoju, a ja wiedziałem, iż nie jestem zobligowany zapewniać nikomu bezpłatnego zakwaterowania. Każdy z nas ma prawo czasem odmówić, zwłaszcza jeżeli chodzi o dobro własnej rodziny.












