Pamiętam czasy, gdy nasza rodzina żyła w zgodzie, w niewielkim bloku na warszawskiej Pradze. Byliśmy typową czwórką mój brat Mateusz i ja, Emilia, niemal rówieśniacy; nasi rodzice, Maria i Jan, już w wieku średnim, gdy nas powitali na świecie. Dziś, gdy mam trzydzieści sześć lat, a Mateusz trzydzieści pięć, matka nasza przekroczyła siedemdziesiątkę. Wszystko zmieniło się po śmierci taty świat się zawalił, a mama jakby w jednej chwili posiwiała, zgasła i popadła w melancholię.
Mateusz wyjechał na studia do Krakowa, tam się ustatkował, założył rodzinę, a ja zostałam w Warszawie. Po ślubie z Michałem wynajęliśmy mieszkanie niedaleko mamy, licząc, iż w przyszłości kupimy coś swojego i założymy rodzinę. Takie były marzenia, tak pisano plany.
Od dwóch lat, odkąd tata odszedł na zawsze, mama coraz bardziej zamykała się w sobie. Chorowała, aż pół roku temu przyszedł wylew. Myślałam, iż już jej nie odzyskam. Początkowo nie mówiła wyraźnie, ciało odmawiało posłuszeństwa, a z czasem, choć fizycznie wracała do formy, psychika wyraźnie podupadła. Lekarze nie dawali złudzeń pewnych rzeczy nie cofniemy.
Wtedy z Michałem podjęliśmy decyzję: przeprowadzamy się do mieszkania mamy, abym mogła być blisko i czuwać nad nią. Zrezygnowałam z etatu w biurze na Grójeckiej i zaczęłam pracować z domu byłam na każde zawołanie. Nie można jej było zostawić ani na chwilkę. choćby gdy ledwo poruszała się po domu, byłam w ciągłym napięciu. Gubiła się, powtarzała, iż musi odnaleźć tatę, wychodziła na ulicę, a ja za nią bezsenne noce, ciągłe zamartwianie, praca szwankująca. Wtedy po raz pierwszy Michał powiedział: Emilia, jest dom opieki na Bemowie, może powinniśmy spróbować?
Koszt niemały cztery tysiące złotych miesięcznie to nie przelewki ale kalkulowałam, iż z moimi oszczędnościami jakoś damy radę. Michał powiedział wprost: Masz brata, niech się dołoży, oboje ponosimy odpowiedzialność. Miał rację.
Długo walczyłam ze sobą, biłam się z myślami. Szukałam wyjścia, jeździłam oglądać ośrodek. Wydało się porządne miejsce. W końcu zebrałam się na odwagę i zadzwoniłam do Mateusza. Wyjaśniłam powody, mówiłam szczerze. Zamiast zrozumienia, wybuchł gniew.
Czyś ty zwariowała? Naszą mamę oddać obcym? Ty nie masz serca! krzyczał przez słuchawkę. Chcesz się jej pozbyć?!
Tłumaczyłam, ale nie słuchał. Wszystko spadło na moje barki; opieka, dom, praca i własne dzieci. Czułam, iż sił mi brakuje. Ponownie próbowałam przekonać Mateusza, bez skutku.
Sama byś nie chciała być oddana do ośrodka przez własne dzieci powtarzał. Mama nas wychowała, nigdy nie narzekała. Obu nas to dotyczy.
Racja, ale dlaczego tylko ja mam ponosić całe brzemię? Zaproponowałam: Przyjedź i zabierz mamę do siebie, jeżeli tak bardzo się martwisz. Wykręcał się Mieszkam z żoną w jej niewielkim mieszkaniu, jak miałbym zmusić ją do opieki nad teściową? Tłumaczył, iż praca mu nie pozwala, iż to moja powinność bo mieszkam z mamą.
Poczułam się niewidzialna. Koszmar dnia codziennego: strach, poczucie winy, wyczerpanie. Wiem, iż ośrodek byłby dla niej lepszym rozwiązaniem, profesjonalna opieka, lekarze, bezpieczeństwo. Ale w sercu wciąż tkwił niepokój i to okrutne uczucie, iż jestem niewdzięczną córką. Michał mnie wspierał: Musisz żyć własnym życiem. Tam zaopiekują się nią jak należy, ale my też zasługujemy na spokój.
Postanowiłam zaczekać tydzień. Dałam Mateuszowi ultimatum albo przyjeżdża, bierze część opieki, albo podejmuję decyzję. Musiałam wybrać dobro mamy, swoje i rodziny. Powtarzam sobie, iż łatwo jest dawać rady, gdy siedzi się z daleka. Ciężar dźwigania, zarówno psychiczny jak i fizyczny, zna tylko ten, komu przypadła opieka nad chorym rodzicem. Reszta może snuć moralizatorskie wywody. Ja zaś już nie mogłam dłużej patrzeć, jak sprawy zmierzają donikąd. Mateusz niech tłumaczy się znajomym po swojemu ja musiałam zrobić to, co konieczne.









