Bożena ma sześćdziesiąt trzy lata i mieszka na trzecim piętrze bloku przy ulicy Kwiatowej, tam gdzie klatka pachnie zawsze tym samym proszkiem do prania sąsiadki z dołu. Co wieczór, kiedy w telewizorze leci program po dziewiętnastej trzydzieści, ona wyłącza dźwięk, siada przy oknie na starym taborecie i mówi do Boga tak, jakby siadała przy stole z kimś bliskim.
— Nie proszę o bogactwo — mówi, patrząc na światła bloku naprzeciwko. — I nie proszę, żeby zniknęły wszystkie kłopoty. Proszę tylko, żeby starczyło sił na jutro.
Ma dwoje dzieci. Syn Marek pracuje w warsztacie samochodowym pod miastem, córka Ania wyjechała pięć lat temu do Wrocławia i wraca na święta pociągiem, zawsze tym samym, o osiemnastej dwadzieścia dwie. Mąż Bożeny, Tadeusz, zmarł trzy lata temu na zawał, w kwietniu, kiedy akurat kwitły kasztanowce przy szpitalu na Tochtermana. Od tamtej pory ona żyje sama, z kotem, który nazywa się Fasolka i przesypia większość dnia na parapecie.
Tego wieczoru, we wrześniu, kiedy za oknem robi się ciemno już przed dwudziestą, Bożena trzyma w ręku stary różaniec po matce — drewniane paciorki wytarte tak, iż niektóre są gładkie jak kamyk z rzeki. Nie modli się z książeczki. Mówi swoimi słowami, głośno, choć w mieszkaniu nie ma nikogo, kto by ją usłyszał, oprócz kota.
— Dziękuję Ci za dach nad głową, za to, iż w tym miesiącu wystarczyło na czynsz i na leki, chociaż emerytura jest, jaka jest. Dziękuję za chleb, którego nigdy nie zabrakło na stole, choćby w te lata, kiedy Tadeusz stracił pracę w hucie i baliśmy się każdego pierwszego dnia miesiąca.
Na stole obok niej leży telefon. Ekran zapala się co jakiś czas — to Marek miał dziś odebrać wynik rozmowy o premii w warsztacie, obiecał zadzwonić po siódmej, a jest już wpół do dziewiątej. Bożena co chwila zerka w tamtą stronę, ale mówi dalej, bo przerwanie modlitwy byłoby jak przerwanie rozmowy w połowie zdania.
— Dziękuję za to, iż kiedy oglądam się wstecz, widzę, iż nigdy nie szłam sama, chociaż wtedy tak mi się wydawało.
Przypomina sobie tamten grudzień, gdy Marek miał wypadek na oblodzonej trasie pod Skarżyskiem i samochód zjechał do rowu tuż przed mostem. Wyszedł z tego z siniakiem na żebrach i strachem, który mijał tygodniami. Bożena wtedy, w poczekalni szpitala, obiecała sobie, iż już nigdy nie będzie narzekać na drobiazgi. I teraz, prawie dwa lata później, dotrzymuje tej obietnicy każdego wieczoru — choć telefon wciąż milczy, a ona łapie się na tym, iż liczy sekundy między jedną myślą a drugą.
— Ile razy mnie ochroniłeś od czegoś, o czym choćby nie wiedziałam? — pyta w stronę okna. — Ile drzwi zamknąłeś, bo za nimi było tylko cierpienie?
Fasolka zeskakuje z parapetu i ociera się o jej nogę. Bożena schyla się, drapie kota za uchem, a ten mruczy głośno, jakby też chciał coś powiedzieć w tej rozmowie. W tej samej chwili telefon na stole zaczyna wibrować, przesuwając się po blacie kawałek w stronę krawędzi.
Bożena zrywa się z taboretu, różaniec zsuwa jej się z kolan na podłogę, paciorki stukają o panele. Nie schyla się po niego. Chwyta telefon obiema rękami.
— Mareczku?
Głos syna w słuchawce jest zdyszany, jakby biegł po schodach.
— Mamo, przepraszam, iż tak późno, telefon mi się rozładował w warsztacie i musiałem czekać, aż naładuje się choć trochę.
— I co? Dali ci tę premię?
Cisza trwa tyle, iż Bożena przysiada z powrotem na taborecie, jakby nogi jej ciążyły.
— Dali, mamo. Pół etatu więcej od przyszłego miesiąca i premia za silnik, co go naprawiałem trzy tygodnie. Szef mówi, iż taki fachowiec mu się przyda na stałe.
Bożena zakrywa usta dłonią, a przez tę dłoń wydobywa się z niej coś między śmiechem a westchnieniem.
— To starczy na piec przed zimą?
— Starczy, mamo, jeszcze zostanie. Nie martw się o piec, ja się tym zajmę w sobotę, przyjadę i razem obejrzymy, co trzeba wymienić.
Rozmawiają jeszcze chwilę o niczym — o tym, iż Ania pisała, iż zdąży na urodziny córki, o tym, iż Fasolka znowu podarła firankę w kuchni. Kiedy się rozłączają, Bożena siedzi z telefonem przyciśniętym do piersi, jakby to była kolejna rzecz, za którą trzeba podziękować, zanim zdąży ostygnąć.
Schyla się po różaniec, zbiera paciorki z podłogi jeden po drugim, macając palcami między nogami taboretu, aż znajduje wszystkie. Odkłada go na parapet, obok zdjęcia Tadeusza w drewnianej ramce i doniczki z pelargonią, która kwitnie uparcie od maja.
— Dziękuję za rodzinę — mówi, a głos jej się łamie w połowie zdania i musi odchrząknąć, żeby dokończyć. — Za każdy telefon, który w końcu dzwoni. Za piec, na który starczy. Za to, iż jutro Marek przyjedzie i będzie tu, w tej kuchni, żywy i cały.
Za oknem słychać, jak ktoś na dole zatrzaskuje bagażnik samochodu, a potem cisza wraca na całą ulicę.
— Opiekuj się dalej tymi, których kocham — dodaje jeszcze, patrząc na zdjęcie Tadeusza. — Prowadź ich kroki, kiedy ja już nie będę mogła.
Gasi lampkę przy oknie. Fasolka wskakuje na parapet, zwija się w kłębek obok ramki ze zdjęciem. Bożena idzie do kuchni, zapala gaz pod czajnikiem, a kiedy woda zaczyna szumieć, bierze do ręki telefon i wybiera numer córki, żeby opowiedzieć jej o premii Marka, zanim ta zdąży się położyć spać.














