Miłość z goryczą piołunu

twojacena.pl 4 godzin temu

MIŁOŚĆ O SMAKU PIOŁUNU
Ich miłość pachniała nie różami i miodem, ale suchym pyłem polnych dróg i zgniecionym łodygami piołunu. We wsi mawiano: złączą się świat się rozpadnie, rozstaną las spłonie.
Jagna była zielarką już w trzecim pokoleniu. Wiedziała, jak szepcze każda trawa i potrafiła goić rany tak uparte, iż nie chciały się zamykać. Jej dłonie były ciepłe i zawsze przesiąknięte wonią tymianku.
Radomir obcy w tych stronach. Czarnoksiężnik, którego siła nie rodziła się z szeptu ziemi, ale z gwałtownych nakazów wobec żywiołów. Jego magia była ostra jak nóż i zimna jak woda w lodowatym stawie.
Spotkali się podczas mglistego wieczoru, szukając tego samego: korzenia czarownicy, który kwitnie raz na dziesięć lat.
Nie ruszaj go głos Jagny przeciął mrok. Nie dla takich jak ty, Radomirze. Ziemia go wydała dla uzdrowienia, nie dla twojej ciemnej magii.
Uzdrowienie to tylko odroczenie, zielarka odpowiedział Radomir bez spoglądania. Ja chcę poznać istotę rzeczy.
Nie zostali wrogami, ale przyjaciółmi też być nie mogli. Ciągnęło ich do siebie na przekór rozsądkowi, przeciw naturze. Była to miłośćstarcie, nieustanny spór pomiędzy tworzyć a panować.
Jagna przynosiła mu dziki miód i wywary na bezsenność, gdy jego moc zaczynała wypalać go od środka.
Radomir zostawiał przy jej progu rzadkie kamienie, w których drgało zamknięte światło gwiazd, aby nie bała się długich zimowych nocy.
Lecz gorycz piołunu zawsze była blisko. Jagna widziała, jak Radomir czerpie siłę z pustki, co ją przerażało. On złościł się na jej łagodność, uważał, iż trwoni dar dla niewdzięcznych ludzi.
Kiedy w ich wsi pojawiła się epidemia, nie wybierała między dobrymi a złymi.
Jagna oddawała ostatnie siły, biorąc gorączkę do własnych żył, a Radomir Radomir pierwszy raz się bał. Nie o przyszłość, ale o nią.
By ją ocalić, zrobił coś, czego nienawidził najbardziej oddał własną moc ziemi, by ta nakarmiła wyczerpaną zielarkę.
Gdy Jagna otworzyła oczy, Radomir stał przy oknie. W jego włosach pojawiła się pierwsza siwizna, a dłonie już nie iskrzyły magią.
Dlaczego? wyszeptała.
Piołun jest gorzki, Jagno odpowiedział, nie odwracając się. Ale bez tej goryczy choćby największa słodycz jest tylko pyłem. Wybrałem ciebie, nie wieczność.
Zamieszkali razem na skraju lasu. Ona przez cały czas leczyła ludzi, on uczył się słuchać szeptu traw, który wcześniej zagłuszał siłą. Ich miłość była trudna, szorstka i cierpka jak aromat piołunu przy zachodzie słońca. Ale żadne z nich nie zamieniłoby tej goryczy na najsłodszy miód świata.
Osiedli w starej chacie na końcu Zgniłej Doliny miejsca, którego unikali i drwale, i wiejskie plotkarki.
Radomir, nie mogąc już przywoływać błyskawic, odkrył talent czucia metalu. Stał się kowalem: nie zwykłym, ale takim, który kuł noże nigdy nie tępiące się i podkowy przynoszące szczęście. W każdym uderzeniu młota pobrzmiewało echo dawnej furii, przemienionej w tworzenie. To stało się jego przeznaczeniem.
Jagna założyła mały ogród, gdzie obok siebie rosły trujący tojad oraz uzdrawiający szałwia. Już nie bała się ciemności Radomira, bo wiedziała: najżyźniejsza gleba jest czarna.
Ich miłość nie była cukrowa. Była to codzienność dwóch silnych osób, które ścierały się jak dwa granitowe żarna.
Czasem Radomir próbował przełamać wolą sytuację. Gdy susza zagrażała ogrodowi, siedział godzinami na progu, zaciskając pięści, chcąc wycisnąć z pustki choć kroplę deszczu.
Przestań cicho mówiła Jagna, kładąc dłoń na jego ramieniu. Ziemia nie jest niewolnicą. Poproś ją, nie rozkazuj.
Nie potrafię prosić burczał.
Ale wieczorem razem nosili wodę z odległego źródła, a w tym było więcej magii niż w jakimkolwiek zaklęciu.
Często do ich chaty przychodziły cienie. Raz byli to dawni uczniowie Radomira, chcący zwrócić mistrza do grona czarnoksiężników, innym razem chorzy, których Jagna nie była w stanie uleczyć sama.
Pewnego dnia odwiedził ich dawny wróg Radomira mag w czarnym płaszczu.
Nie przyszedł zabijać, ale odebrać to, co Radomir wisi magii. Żądał głosu Jagny w zamian za powrót mocy Radomira.
Radomir spojrzał na spracowane dłonie kowala, potem na Jagnę, która właśnie gotowała piołunowy wywar. Nie prosiła o obronę patrzyła na niego z absolutnym zaufaniem.
Siła, kupiona milczeniem ukochanej, to nie siła, a niewola powiedział Radomir.
Nie użył magii. Wziął ciężki młot i wyszedł za próg. Mówią, iż tamtej nocy las drżał nie od zaklęć, ale od ludzkiego gniewu człowieka broniącego domu. Cień odszedł.
Starzeli się pięknie. Włosy Jagny stały się białe jak kwiaty czarnego bzu, broda Radomira była szara jak wygasły popiół.
Podobno, kiedy nadszedł ich czas, nie zmarli osobno. Odeszli razem w głąb lasu w okresie kwitnienia piołunu. Tam dziś stoją dwa drzewa: potężny dąb, którego korzenie wrastają głęboko w żelazną żyłę, i giętka wierzba, oplatająca jego pień.
Jeśli pielgrzym zerwie liść z tej wierzby, poczuje na ustach właśnie tę gorycz gorycz prawdziwej, nieprzekłamanej miłości, silniejszej niż każda magia.
Bo życie nie zawsze jest słodkie, a miłość najprawdziwsza rodzi się tam, gdzie jest miejsce i na piołun, i na miód.

Idź do oryginalnego materiału