Dzisiaj był zwyczajny dzień, choć później myślałem o nim długo. Skończyłem ostatnie zlecenie wymieniłem kran w łazience u starszej pani. Już zbierałem się do domu, kiedy zadzwonili z biura żebym jeszcze wpadł pod inny adres, sprawdził cieknący kran w kuchni. Pracuję w małej firmie zajmującej się drobnymi naprawami i usługami czasem hydraulika, czasem naprawa drobiazgów.
Pojechałem na Tarchomin. Zadzwoniłem do drzwi, otworzył mi poważny chłopiec, może dziesięcioletni, obok stała dziewczynka, jasnowłosa, na oko około ośmiu lat.
A rodziców nie ma? zapytałem nieco zaskoczony. W pracy zawsze powtarzają, żeby nie wchodzić bez obecności dorosłych.
Mama zaraz przyjdzie, proszę wejść! Kran w kuchni kapie, próbowałem go choćby zakleić taśmą, ale dalej przecieka. I proszę się nie martwić, mamy pieniądze zapewnił mnie chłopiec, widząc moją niepewność.
Dałem się przekonać wszedłem, uwierzywszy, iż mama za chwilę wróci. Rozkręciłem kran, wymieniłem uszczelkę.
A mój stół się chwieje, noga rusza, no i wyłącznik światła w pokoju nie działa dorzuciła nagle dziewczynka.
Tata by naprawił, ale nasz tata jest pilotem. Lata bardzo daleko, nie może wrócić do domu powtarzała za mamą, to było widać.
Po chwili wróciła ich mama. Kobieta w okolicy trzydziestki, zmęczona, w oczach tylko pragnienie odpoczynku. Trochę się zdziwiła, iż dzieci same wezwały fachowca.
Ciebie to się człowiek nie doczeka stwierdził jej syn. Ciągle powtarzasz, iż zadzwonisz po pana, a nie dzwonisz. Więc ja sam zadzwoniłem.
Rozliczyła się ze mną, a dziewczynka przypomniała o stole i wyłączniku. Umówiliśmy się na następny dzień, zostawiłem wizytówkę.
Chłopiec, Maksymilian, wiek już znałem, wyszedł ze mną, nieśmiało proponując, iż razem wyrzucimy śmieci.
U nas wcale nie ma żadnego taty pilota powiedział cicho, kiedy zeszliśmy na dół. Mama to wymyśliła. Myśli, iż jesteśmy mali i nic nie rozumiemy. Gdyby tata był, to by się choć raz odezwał. choćby prezenty sama kupuje, a mówi, iż od taty. Widziałem, jak wybierała lalkę dla Zosieńki na jej urodziny, a potem powiedziała, iż tata wysłał.
Różnie bywa, może naprawdę nie może wrócić? odpowiedziałem cicho, choć było mi go żal. Maks tylko spojrzał na mnie smutno, bez słowa.
W domu długo nie mogłem zebrać myśli. Słowo pilot uderzyło mnie mocno. Sam przecież kiedyś nim byłem…
Latałem po całej Europie, mieszkałem wtedy w Warszawie. Miałem piękną żonę, ona jednak nalegała, żebym zrezygnował z latania, iż chce rodzinę na ziemi, a nie w powietrzu. Dzieci nie mieliśmy.
To ja mam harować przy dziecku, a ty sobie będziesz w chmurach? powtarzała.
Teściowie zdecydowali się wyjechać do Niemiec, tam mieli rodzinę i zaczęli nas ściągać do siebie. Odmówiłem. Żona się rozeszła ze mną i wyjechała. Latałem dalej, dopóki zdrowie całkiem się nie popsuło musiałem odejść na emeryturę. Wylatałem mnóstwo godzin, staż miałem świetny.
Wtedy przeniosłem się do małego miasta pod Łodzią, do mamy. Nie nacieszyłem się nią długo, bo odeszła nagle, po pół roku. Wszystko posypało się jeszcze bardziej.
Zacząłem chodzić po znajomych, czasem za dużo piłem, choć nigdy wcześniej nie miałem do tego głowy. Długo to nie trwało. Po jednym z takich wieczorów śniła mi się mama patrzyła z wyrzutem, płakała. Rano wyrzuciłem wszystkich z domu, sam ogarnąłem mieszkanie, zrobiłem drobny remont. Tylko pustka pozostała.
Wtedy w lokalnej gazecie zauważyłem ogłoszenie firma szuka złotych rączek z własnym autem. Zgłosiłem się. Elastyczny grafik mi odpowiadał, a parę złotych się przyda.
Następnego dnia, po innych zleceniach, wróciłem pod znajomy adres. Myślałem, iż pani Ewa, mama dzieci, znowu będzie późno, a już była w domu.
Naprawiłem nogę stołu, wymieniłem wyłącznik, w korytarzu przykręciłem półkę, wyregulowałem drzwiczki w szafce kuchennej. Zaglądam do łazienki i już wiem tam potrzeba generalnego remontu.
To chyba większy remont potrzebny powiedziałem.
jeżeli pan się podejmie, to ja się zgadzam odpowiedziała Ewa. Trochę pieniędzy mamy, powinniśmy panu zapłacić dodała, podając mi 350 złotych jako zaliczkę.
Przy pracy powoli się poznawaliśmy. Ewa pracowała w przedszkolu jako nauczycielka.
Zje pan z nami kolację? Tyle pan dzisiaj u nas robił, pewnie głodny pan już jest zaproponowała nieśmiało.
Dzieciaki też już mnie zapraszały do stołu. Zgodziłem się.
Kolacja się przeciągnęła. Dzieci spały, a ja pierwszy raz od dawna tak szczerze z kimś porozmawiałem. Ewa umiała słuchać, w jej oczach widziałem dojrzałość, empatię, spokój.
Oczywiście, nie miała żadnego męża. Tylko dwie nieudane próby poukładania życia, dwójka dzieci z różnicą trzech lat. Historię o tacie-pilocie wymyśliła, żeby chronić dzieci kiedyś zamierza im wszystko wyjaśnić.
Wyszedłem od nich po północy. Obiecałem wrócić nazajutrz, bo pracy jeszcze dużo.
Kolejnego dnia Ewa otworzyła drzwi, zaskoczona: stałem tam w starej mundurze lotnika, z bukietem frezji i sernikiem z cukierni.
Tato! Nasz tata-pilot wrócił! krzyknęła Zosieńka i rzuciła mi się w ramiona.
Wróciłem, tylko już was prawie nie poznałem, tyle lat minęło. Prawda, Ewa? spojrzałem na nią z taką nadzieją, iż innej odpowiedzi nie mogła znaleźć niż potwierdzenie.
I tak rodzina Ewy nagle stała się pełna. Maks nie uwierzył od razu, ale po paru miesiącach już przedstawiał mnie jako swojego tatę. Adoptowałem Maksa, Zosieńkę, a po półtora roku urodził się nam synek
Czasem życie pozwala odzyskać to, co straciło się dawno. jeżeli ktoś dotrwał do końca tej opowieści zostawcie komentarz. Dzięki Wam mam większą ochotę opowiadać dalej.











