Mieszkają tylko tymczasowo – Posłuchaj, córeczko, sprawa jest poważna… Olga przygotowała się na długą rozmowę. Kiedy mama zaczynała w ten sposób – przeciągając „posłuuuchaj” – nigdy nie wróżyło to niczego dobrego. – Pamiętasz Natalię, córkę cioci Wery? No wiesz, moją kuzynkę? Twoja jakaś tam dalsza krewna. – Jakaś tam… Mamo, widziałam ją raz na pogrzebie babci, z dziesięć lat temu. – Ale to przecież rodzina! W każdym razie, ona ma problem. Z mężem i synem wyrzucają ich z wynajmowanego mieszkania. Właściciele sprzedają lokal. Wyobrażasz sobie? Olga przetarła czoło. Za oknem powoli szarzał grudniowy dzień, a kawa w filiżance stygnęła tak samo jak jej cierpliwość. – Mamo, współczuję. Ale co ja mam do tego? – No jak to co! Masz dużą trzypokojową! Sama w niej mieszkasz. Oni mogliby się u ciebie zatrzymać, na miesiąc-dwa, nim coś znajdą… – Nie. To słowo wymsknęło się jej wcześniej, niż zdążyła się zastanowić. – Jak to: nie? – mama aż się speszyła. – choćby nie wysłuchałaś! – Mamo, nie zamierzam wpuszczać do siebie ludzi, których praktycznie nie znam. Tym bardziej z dzieckiem. Tym bardziej na nieokreślony czas. – Jaki nieokreślony? Powiedziałam – tymczasowo! Najwyżej dwa miesiące. Mąż Natalii pracuje, uzbierają na zaliczkę i się wyprowadzą. Ola, ich chłopczyk ma osiem lat. Dziecko trafi na ulicę, jeżeli nie pomożesz! – Niech wynajmą pokój. Hostel. Coś znajdą. – Za co? Nie mają pieniędzy! Wyrzucają ich – rozumiesz? Wystawiają za drzwi! – Mamo, to nie mój problem. Wtedy mama nagle się rozpłakała. Cicho, bez rozgłosu – z urywanymi westchnieniami. Olga zamknęła oczy. – Nie poznaję cię – powiedziała przez łzy. – Moja córka stała się taka… chłodna. Obca. Bliscy są w potrzebie, a tobie wszystko jedno. – Nie są mi bliscy. To twoja rodzina. – A więc i twoja! Czy zapomniałaś już, czym jest rodzina? Co znaczy pomagać swoim? – Mamo, pracuję z domu. Potrzebuję ciszy. Potrzebuję prywatności. Nie mogę żyć z obcymi. – Przecież to tylko tymczasowo! Na miłość boską, masz trzy pokoje! Sama tam siedzisz jak samotnica. choćby kota nie masz. Przynajmniej pożytek byłby z tej kawalerki… – Pożytek jest. Sama w niej mieszkam. – Egoistka – mama zapłakała. – Wychowałam egoistkę. Nigdy bym nie pomyślała, iż własna córka odmówi rodzinie kawałka chleba. – Nie odmawiam chleba. Odmawiam wpuszczenia obcych do domu. Rozmowa zatoczyła koło. Mama powtarzała te same argumenty, Olga te same obiekcje. Po czterdziestu minutach Olga zdała sobie sprawę, iż już dwa razy odrzekła „pomyślę”. Potem – iż „może spróbuję”. – Tylko na miesiąc – powiedziała w końcu. – Maksymalnie dwa. I jeżeli coś pójdzie nie tak, wyjeżdżają natychmiast. – Oczywiście! Olunia, bardzo, bardzo ci dziękuję! Nie masz pojęcia, jaką przysługę mi zrobiłaś! W środku narastała mdłość. Nie fizyczna – inna. Taka, która pojawia się, gdy właśnie zrobiłaś wielką głupotę. …Następnego dnia o siódmej rano ktoś zadzwonił do drzwi. Olga, zaspana i zirytowana, otworzyła, by natychmiast cofnąć się przed falą walizek, toreb, pudeł i głośnych dziecięcych okrzyków. – Ola! Kochana! – Natalia wbiegła do przedpokoju i czule cmoknęła gospodynię w policzek. – Dziękuję-dziękuję-dziękuję! Dzięki tobie jesteśmy uratowani! Za nią wszedł rosły facet w dresach i chłopiec – natychmiast pobiegł zwiedzać mieszkanie. – Lechu, noś większą torbę tutaj! – zawołała Natalia. Olga naliczyła siedem walizek, cztery pudełka i dwa wielkie plastikowe kontenery. Jak na „parę miesięcy” – trochę dużo. – gwałtownie się rozpakujemy – zapewniła Natalia. – choćby nas nie odczujesz. …Pierwsze dwa tygodnie minęły w kontrolowanym chaosie. Olga ukrywała się w swoim pokoju, pracowała przy hałasie telewizora i tupocie dziecka. Wmawiała sobie, iż to tymczasowe, iż wytrzyma. Potem Natalia przestawiła meble w kuchni. Bo „tak wygodniej”. Lechu zagospodarował balkon jako strefę relaksu. Mikołaj zepsuł klamkę w łazience i nikt nie zamierzał jej naprawić. – Natalia – Olga złapała gościa w kuchni. – Musimy pogadać. Wy tu już prawie miesiąc. Jak idą poszukiwania mieszkania? – Szukamy-szukamy – rzuciła, nie odrywając się od telefonu. – Tak drogo teraz, wyobraź sobie. Ale zaraz znajdziemy, nie martw się. – Potrzebuję konkretów. Natalia podniosła wzrok. Coś w jej spojrzeniu się zmieniło. – Ola, gdzie mamy iść? Na ulicę? Z dzieckiem? – Nie mówię o ulicy. Mówię o… – Przecież szukamy! – Natalia podniosła głos. – Czego jeszcze chcesz? Chcesz, żebyśmy spali na dworcu? Z pokoju wyszedł Lechu. – Coś się dzieje? Olga spojrzała na oboje. Ich twarze – już nie wdzięczne, już nie zawstydzone. – Nie – odpowiedziała. – Nic się nie dzieje. I poszła do siebie. …Problemy były. Z każdym dniem coraz więcej. Lechu zajmował łazienkę rano akurat wtedy, gdy Olga musiała szykować się na wideokonferencję. Natalia przełożyła jej zakupy na dolną półkę lodówki, swoje ułożyła na górze, „bo tak wygodniej wyjmować”. Mikołaj nauczył się puszczać bajki na cały regulator o siódmej rano w weekendy. Olga pracowała na raty. Zasypiała przy szumie telewizora w salonie. Budziła się od hałasu – Lechu coś przewracał w korytarzu. …Pewnego dnia wróciła ze sklepu i zobaczyła swój biurko zawalone zabawkami Mikołaja. Natalia siedziała w jej fotelu i przeglądała coś w telefonie. – A, jesteś już – rzuciła, nie wstając. – Wiesz, przydałby się szybszy internet. Twój ledwo działa. – To mój gabinet do pracy. – No i co? Mikołaj nie ma gdzie się bawić, w pokoju za ciasno. Olga zebrała milcząc zabawki i wyniosła je do korytarza. Natalia prychnęła, ale nic nie powiedziała. niedługo przyszła rachunki za media. Kwota była podwójna. Olga położyła kwitek na kuchennym stole, gdy wszyscy zebrali się na kolację. – Musimy pogadać o kosztach. Lechu jadł, nie patrząc w oczy. Natalia kroiła kotlet. – O jakich kosztach? – Za media. Was jest troje, ja sama. Wypada, żebyśmy podzielili rachunki przynajmniej na pół. Natalia odłożyła widelec. – Ola, serio? Przecież jesteśmy rodziną. Naprawdę chcesz od nas brać pieniądze? – Chcę podzielić opłaty. To normalne. – Normalne? – Lechu wreszcie podniósł głowę. – Normalne – to pomagać rodzinie, a nie wyciągać kasę od ludzi w trudnej sytuacji. – Mieszkacie tu dwa miesiące. Za darmo. Korzystacie z mojego internetu. choćby nie mówię o czynszu – chodzi tylko o media. – Wiesz co – Natalia wstała – gdyby ci żal grosza, powiedz od razu. Nie musisz tu udawać wybawicielki. Olga patrzyła, jak wychodzą z kuchni. Jak Mikołaj zabiera ostatni kawałek chleba. Jak Lechu rzuca przez ramię: „Skąpa!” Siedziała w kuchni do północy. Myślała. Przypominała sobie maminy wykład o „długu rodzinnym”. Obliczała, ile pieniędzy wydała dla nieproszonych gości. Zastanawiała się, ile jeszcze wytrzyma. Następnego ranka weszła do salonu, gdzie Natalia i Lechu oglądali telewizję. – Macie tydzień. Natalia choćby się nie odwróciła. – Co? – Tydzień na znalezienie mieszkania i wyprowadzkę. Oboje odwrócili wzrok. – Oszalałaś? – Lechu zerwał się z miejsca. – Gdzie pójdziemy? – To już nie mój problem. Dałam wam dwa miesiące. Nie szukaliście mieszkania, nie płaciliście za pobyt, nie szanowaliście moich granic. Wystarczy. – A ty kim jesteś? – Natalia też wstała. – Wydaje ci się, iż skoro masz mieszkanie, możesz rządzić? – To moja własność. Chcę, żebyście się wyprowadzili. – Mama wie, jak traktujesz rodzinę? – Lechu podszedł bliżej. – Może jej zadzwonię? – Dzwoń. Natalia sięgnęła po telefon. Olga nie ruszyła się z miejsca. Niech dzwoni. Niech mama krzyczy, płacze, oskarża. Nie szkodzi. Decyzja zapadła. – Macie tydzień – powtórzyła. – jeżeli nie wyjedziecie, zadzwonię po dzielnicowego. – Ty… – Natalia zabrakło tchu ze złości. – Ty… Jak śmiesz! Przecież ci pomagaliśmy! My… – Nie pomagaliście. Mieszkaliście. To duża różnica. Olga odwróciła się, poszła do siebie. Zamknęła drzwi. Usiadła na łóżku i objęła kolana. Serce biło w gardle, ale ogarnęła ją dziwna ulga. Tydzień był koszmarny. Natalia demonstracyjnie nie sprzątała, Lechu „przypadkiem” zepsuł półkę w korytarzu, Mikołaj mazał długopisem po tapetach. Olga wszystko dokumentowała telefonem. Siódmego dnia się wyprowadzili. Lechu dźwigał walizki, przeklinając. Natalia na progu odwróciła się: – Oby to się jeszcze kiedyś na tobie zemściło! Olga zamknęła za nimi drzwi. Obeszła pokoje. Sprzątnęła cudze ślady. Otworzyła okna – by wywietrzyć zapach z balkonu. Przestawiła meble w kuchni z powrotem. Wieczorem mieszkanie znów stało się domem. Olga nalała sobie kieliszek wina i usiadła na kanapie. Telefon milczał – mama pewnie jeszcze nie otrząsnęła się po skargach Natalii. Przejdzie jej. Dobroć to dobra cecha. Ale dobroć bez granic zamienia się w słabość. A na słabości korzystają inni. Olga obiecała sobie: nigdy więcej. Żadnych „długów rodzinnych”. Żadnego „mieszkają tymczasowo”. Żadnych obcych w jej domu. Wypiła wino, umyła kieliszek i poszła spać. Pierwszy raz od miesięcy – w absolutnej ciszy.

newskey24.com 6 godzin temu

Słuchaj, córciu, musimy porozmawiać…

Oliwia napięła się, czując, iż czeka ją długi, trudny dialog. Kiedy mama zaczynała tak łagodnie, przeciągając słuuuchaj, nic dobrego nie wróżyło.

Pamiętasz Agatę, córkę cioci Wandy? Moją daleką kuzynkę? Twoja… jakaś tam krewna.
Jakaś tam… Mamo, widziałam ją tylko raz, na pogrzebie babci, z dziesięć lat temu.
Przestań! Rodzina to rodzina. No więc u nich kłopoty. Agatę z mężem i synem wyrzucają z wynajmowanego mieszkania. Właściciele sprzedają lokal. Wyobrażasz sobie?

Oliwia potrząsnęła głową, masując nasadę nosa. Za oknem grudniowy dzień gasł leniwie, a kawa w filiżance stygła nieubłaganie tak samo jak jej cierpliwość.

Mamo, współczuję, ale co to ma wspólnego ze mną?
Jak to co? Masz duże, trzypokojowe mieszkanie, mieszkasz sama! Przygarnij ich na chwilę, miesiąc, może dwa, aż coś znajdą…
Nie.

Słowo wyprzedziło myśli, wybuchło zdecydowanie.

Jak to nie? Mama aż peszy się od tej stanowczości. Przecież choćby nie wysłuchałaś!
Mamo, nie zamierzam wpuszczać obcych ludzi do swojego mieszkania, jeszcze z dzieckiem. I to na nieokreślony czas!
Nieokreślony? Przecież mówię na chwilę! Maks dwa miesiące. Mąż Agaty pracuje, uzbierają na kaucję i się wyniosą. Oliwko, mają ośmioletniego synka. Jak im nie pomożesz, wylądują na ulicy!
Niech wynajmą pokój. Hostel, hotel. Coś się znajdzie.
Za co? Nie mają pieniędzy! Wyrzucają ich, rozumiesz? Na bruk!
Mamo, to nie jest mój problem.

Nagle mama zaczęła płakać cicho, niemal bezgłośnie, drżąc ze wzruszenia. Oliwia zamknęła oczy.

Nie poznaję cię powiedziała mama przerywanym głosem. Moja córka stała się taka… zimna. Obca. Rodzina ma kłopoty, a ty jesteś obojętna.
Dla mnie to nie rodzina. To twoja.
A czyja niby? Przecież to też twoi! Zapomniałaś, co znaczy rodzina? Pomoc bliskim?
Pracuję z domu. Potrzebuję spokoju. Potrzebuję własnej przestrzeni. Nie mogę mieszkać z obcymi.
Chwilowo! Boże, co ci szkodzi? Masz trzy pokoje! Siedzisz sama jak samotnik. choćby kota nie masz. Przynajmniej jakiś pożytek byłby z tej chaty…
Pożytek jest mieszkam w niej.
Egoistka szlocha mama. Wychowałam egoistkę. Nigdy nie przypuszczałam, iż własna córka odmówi rodzinie kawałka chleba.
Nie odmawiam chleba. Odmawiam wpuszczenia obcych do domu.

Rozmowa krążyła w kółko. Mama powtarzała swoje argumenty, Oliwia swoje. Po czterdziestu minutach zdała sobie sprawę, iż dwa razy obiecała pomyśleć. Potem: w zasadzie można spróbować.

Tylko na miesiąc rzuciła w końcu. Maksymalnie dwa. Jak tylko coś się nie zgadza, od razu się wyprowadzają.
Jasne, jasne! Oliwko, dziękuję ci! Nie wiesz, jak bardzo jestem wdzięczna!

Wewnątrz czuła mdłości. Nie fizyczne głębsze. Wiedziała, iż właśnie zrobiła wielki błąd.

Następnego dnia, o siódmej rano, rozległo się dzwonienie do drzwi. Oliwia, jeszcze zaspana i rozdrażniona, otworzyła i cofnęła się przed naporem walizek, toreb, pudeł i głośnych pisków dziecka.

Oliwia! Słoneczko! Agata wpadła do przedpokoju, cmoknęła ją w policzek. Dziękuję, dziękuję, dziękuję! Ratujesz nas!

Za nią pojawił się potężny facet w dresie i chłopiec, osiem lat, natychmiast rzucający się na eksplorację mieszkania.

Leszek, weź tę wielką walizę! krzyknęła Agata.

Siedem walizek, cztery pudła, dwa ogromne kontenery jak na kilka miesięcy to stanowczo za dużo.

gwałtownie się zagospodarujemy zapewniała Agata. choćby nas nie zauważysz!

Pierwsze dwa tygodnie minęły w kontrolowanym chaosie. Oliwia kryła się w swoim pokoju, pracowała przy akompaniamencie telewizora i hałasu nóg w korytarzu. Powtarzała sobie, iż to tymczasowe, znośne. Nic strasznego.

Potem Agata przestawiła meble w kuchni. Bo tak wygodniej. Leszek zorganizował sobie strefę relaksu na balkonie. Michałek zepsuł klamkę w drzwiach do łazienki, nikt jej nie naprawiał.

Agata w końcu odciągnęła ją na bok w kuchni. Musicie pomyśleć o wyprowadzce. Mija prawie miesiąc. Jak idzie szukanie mieszkania?
Szukamy, szukamy… odparła, nie odrywając wzroku od telefonu. Teraz wszystko takie drogie, nie uwierzysz. Ale damy radę, nie przejmuj się.
Potrzebuję konkretnych terminów.

Agata podniosła wzrok. W jej spojrzeniu coś się zmieniło.

Oliwia, dokąd mamy pójść? Na ulicę, z dzieckiem?
Nie mówię o ulicy. Mówię o…
Szukamy! Agata podniosła głos. Co jeszcze chcesz? Chcesz, byśmy spali na dworcu?

Leszek wyszedł z pokoju.

Jakieś problemy?

Oliwia spojrzała im w oczy. Te twarze już nie wdzięczne, nie skrępowane.

Nie odpowiedziała cicho. Żadnych problemów.

I poszła do siebie.

Problemy narastały. Leszek okupował łazienkę, gdy Oliwia musiała szykować się na zdalne spotkania z klientami. Agata przełożyła jej produkty na dolną półkę w lodówce, swoje na górę bo wygodniej wyjmować. Michałek włączał bajki na cały regulator o siódmej rano w weekendy.

Oliwia pracowała jak mogła. Zasypiała przy gadaniu z telewizora. Budził ją rumor Leszek coś zrzucał w przedpokoju.

Któregoś dnia wróciła z Biedronki i zastała swój biurko zasypane zabawkami Michałka. Agata siedziała w jej fotelu, przeglądała coś w telefonie.

A, przyszłaś rzuciła, nie ruszając się z miejsca. Słuchaj, internet trzeba poprawić. Twój działa słabo.
To mój gabinet do pracy.
No i co? Mały nie ma gdzie się bawić, w pokoju ciasno.

Oliwia poskładała zabawki i wyniosła do korytarza. Agata prychnęła, ale nic nie powiedziała.

Przyszła faktura za czynsz kwota podwojona. Oliwia położyła dokument na stole przy kolacji.

Musimy pogadać o kosztach utrzymania.

Leszek jadł, nie podnosząc wzroku. Agata kroiła kotleta.

Jakich kosztach?
Opłaty za media. Was jest troje, mnie jedna. Powinniśmy dzielić koszty przynajmniej po połowie.

Agata odłożyła widelec.

Mówisz poważnie? Jesteśmy rodziną. Chcesz od nas pieniędzy?
Chcę dzielić rachunki. To normalne.
Normalne? Leszek podniósł wzrok. Normalne to pomóc bliskim. Nie liczyć grosza, jeżeli komuś ciężko.
Mieszkacie tu dwa miesiące. Za darmo. Korzystacie z mojego internetu. Nie proszę o czynsz tylko o media.
Wiesz co Agata wstała jak żal ci paru złotych, powiedz wprost. Nie udawaj świętej.

Oliwia patrzyła, jak wychodzą z kuchni. Michałek zgarnia ostatni kawałek chleba. Leszek rzuca przez ramię: Skąpa jesteś.

Siedziała w kuchni do północy. Myślała. Przypominała sobie słowa matki o rodzinnym obowiązku. Liczyła, ile wydała na nieproszonych gości. Zastanawiała się, ile jeszcze wytrzyma.

Następnego ranka weszła do salonu Agata z Leszkiem oglądali telewizję.

Macie tydzień.

Agata choćby nie odwróciła głowy.

Co takiego?
Tydzień na znalezienie mieszkania i wyprowadzkę.

Teraz spojrzeli oboje.

Zwariowałaś? Leszek zerwał się z kanapy. Dokąd pójdziemy?
To nie moja sprawa. Dałam wam dwa miesiące. Nie szukaliście mieszkania, nie płaciliście za pobyt, nie uszanowaliście granic. Wystarczy.
A kim ty niby jesteś? Agata też wstała. Przyszła do ciebie dwójka, mieszkanko dostała i już króluje?
Jestem właścicielką tego mieszkania. I chcę, żebyście się wyprowadzili.
A twoja matka wie, jak traktujesz rodzinę? Leszek podszedł bliżej. Może jej zadzwonię?
Dzwoń.

Agata chwyciła telefon. Oliwia nie ruszyła się z miejsca. Niech dzwoni. Niech matka krzyczy, płacze, oskarża. Nieważne. Już zdecydowała.

Tydzień powtórzyła. Po siedmiu dniach, jeżeli nie odejdziecie dzwonię na policję.
Ty Agata zaniemówiła ze złości. Jak możesz? My ci pomagaliśmy! My…
Nie pomagaliście mi. Mieszkaliście u mnie. Za darmo. To zasadnicza różnica.

Oliwia odwróciła się, poszła do siebie. Zamknęła drzwi, usiadła na łóżku i objęła kolana rękoma. Serce biło szybciej niż zwykle, ale ogarniał ją dziwny spokój.

Tydzień był piekłem. Agata demonstracyjnie nie sprzątała, Leszek przypadkowo zniszczył półkę w korytarzu, Michałek bazgrał po tapecie mazakami. Oliwia wszystko dokumentowała na swoim telefonie.

W siódmym dniu się wyprowadzili. Leszek szarpał walizki, przeklinając po cichu. Agata na odchodnym rzuciła:

Oby ci to wszystko wróciło rykoszetem!

Oliwia zamknęła za nimi drzwi.

Przeszła po pokojach. Uporządkowała rzeczy. Wywietrzyła mieszkanie. Przestawiła meble w kuchni z powrotem.

Wieczorem mieszkanie znów stało się domem.

Oliwia nalała sobie kieliszek wina, usiadła na kanapie. Telefon milczał mama najwidoczniej jeszcze nie ochłonęła po skargach Agaty. Przeżyje.

Dobroć to piękna cecha. Ale dobroć bez granic zamienia się w słabość. Słabość jest wykorzystywana.

Oliwia obiecała sobie: nigdy więcej. Żadnych rodzinnych zobowiązań. Żadnych chwilowo pomieszkają. Żadnych obcych w jej domu.

Wypiła wino, umyła kieliszek, poszła spać. Pierwszy raz od miesięcy w zupełnej ciszy.

Idź do oryginalnego materiału