Mielżyn

kulturaupodstaw.pl 3 godzin temu
Zdjęcie: fot. M. Adamczewska


Mielżyn jest dziś wsią w powiecie gnieźnieńskim. Wsią, której w przeszłości zdarzyło się już być miastem, i to dwukrotnie. Historia tego miejsca sięga średniowiecza. Pierwszy raz prawa miejskie Mielżyn uzyskał w 1513 roku. Rozwijał się na równi z wieloma innymi miastami ulokowanymi wokół dużego Poznania, ale o losach tej osady, jak i wielu innych miejsc w Polsce przesądził potop. Najazd szwedzki spustoszył miasto w stopniu tak wielkim, iż na początku XVII wieku mieszkało tu zaledwie kilkanaście osób. Mielżyn po raz pierwszy stracił prawa miejskie. Nie chciano się z tym pogodzić i próbowano pobudzić go jeszcze do życia. W 1761 roku ówczesny właściciel wystarał się o królewski przywilej organizowania jarmarków, i to sześciu w roku, Stanisław Otto Trąbczyński zwolnił również wszystkich świeżo przybyłych mieszkańców od płacenia podatków na okres pięciu lat. Pojawili się nowi przybysze, których skusiły wysiłki ziemiaństwa. W zaborze pruskim Mielżyn znalazł się jako miasto.

W „Słowniku geograficznym Królestwa Polskiego”, w tomie VI z 1885 roku można przeczytać, iż miejscowość ta ma 43 domy i ok. 600 mieszkańców. Działa kilkuklasowa szkoła elementarna, choć jest też 156 analfabetów. Większość mieszkańców trudniła się rolnictwem i hodowlą zwierząt, chociaż w pobliskim Rusocinie była fabryczka cygar. Mielżyn jednak nie stał się kwitnącym miastem i na powrót w 1908 utracił prawa miejskie. Dziś jest urokliwą wsią, a o jego zmiennych kolejach losu przypomina historyczna zabudowa z rynkiem i późnogotycki kościół z końca XVI wieku.

Ks. Hilary Koszutski w książeczce „Obrazek historyczny Mielżyna i kościoła parafialnego w Mielżynku” w 1887 roku napisał wprost, iż jest to uboga mieścina, przez której środek przechodzi żwirówka gnieźnieńsko-strzałkowska. O kościele mówi, iż jest „murowany i starożytny”, ale też zaniedbany i wymagający remontów.

fot. M. Adamczewska

„O fabrykę nikt zgoła się nie troszczy.

Zakrystya zaniedbana. Dach na kościele zrujnowany.

Sufity nadpsute. Ławki poniszczone.

Mury się rysują i opadają w licznych miejscach”.

Kościół konsekrowany w 1592 roku wyglądał inaczej. Jeszcze w 1781 odnotowano, iż miał „formę podługowatą”. W czasie przebudów powiększono go o dwie kaplice. Pod koniec XVIII wieku dobudowano Kaplicę św. Anny, w późniejszych latach powstała kolejna i dziś świątynia ta ma wyraźny plan krzyża.

Z czasów powstania kościoła pochodzą wyeksponowane dziś osobno, żeliwne, pięknie zdobione drzwi, kamienna kropielnica, odrestaurowany obraz przedstawiający św. Annę i Matkę Boską z Dzieciątkiem na kolanach. Niezwykła jest również drewniana szafa znajdująca się w zakrystii. Potężna, wypełnia całą wnękę, i to prawdopodobnie jej rozmiar oraz waga sprawiły, iż nie została zagrabiona w czasie którejś z wojen.

Z książki księdza Koszutskiego pochodzi jeszcze jedna opowieść, świadcząca o zamierzchłej i bogatej historii Mielżyna.

W 1852 roku parobek orzący pole plebana wyorał złotą monetę, a gdy w okolicy zaczęto mówić o znalezisku, zwrócono uwagę na to, iż niejaki Michał Kowalski dziwnie się ostatnimi czasami wzbogacił, zakupując dużo przedmiotów dla swojej rodziny, co przekraczało jego możliwości finansowe. Ówczesny pleban ksiądz Koszutski wziął go na rozmowę i okazało się, iż Kowalski również coś z ziemi wykopał, i to nie jedną monetę, ale cały garnek ze złotymi pieniędzmi.

fot. M. Adamczewska

Skruszony chłop przyniósł garnek, niestety do połowy już opróżniony. Było w nim 161 monet, a nim chłop sprzedał resztę miejscowym Żydom, mogło być ich choćby trzysta. Nie omieszkano też zapisać, iż wymieniał złote dukaty na srebrne talary. Skarbem zajęli się numizmatycy, między innymi profesor Przyborowski rozpoznał wśród monet czternastowieczną monetę z Wenecji z wizerunkiem św. Marka.

W garncu były też złote monety węgierskie i inne, pamietające jeszcze czasy Zygmunta Starego.

Znalazcy wytoczono sprawę przed sądem w Gnieźnie. Broniono chłopa, składając wniosek o

o uwzględnienie nieznajomości prawa przez ubogiego znalazcę. Sprawa ciągnęła się przez sześć lat.

„Kościołowi przysądzono połowę znalezionego skarbu, drugą zaś połowę rozdzielono pomiędzy fiskusa królewskiego i dzieci znalazcy, gdyż sam znalazca z żoną pomarli w tym czasie”.

Rozmowa z Piotrem Wawrzyniakiem, archeologiem nadzorującym prace badawcze przy kościele Wszystkich Świętych w Mielżynie

Joanna Jodełka: Prace archeologiczne przy gotyckiej świątyni były prowadzone w latach 2023–2024. Podjęto wtedy prace ratunkowe, polegające między innymi na odkryciu fundamentów. Czy w takich okolicznościach zawsze pojawiają się archeolodzy?

Piotr Wawrzyniak: Tak. Ich obecność wynika z przepisów Ustawy o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami z 23 lipca 2003 roku. Obsługę archeologiczną zapewnia i opłaca inwestor. o ile mamy do czynienia z robotami ziemnymi prowadzonymi na terenie stanowisk archeologicznych, muszą być powiadomione władze konserwatorskie, adekwatne dla danego obszaru. One to nakazują zatrudnienie archeologa na warunkach wykazanych w pozwoleniu na badania archeologiczne. Dotyczy to również obiektów zabytkowych, które nie są stanowiskami archeologicznym, a zostały na przykład wpisane do rejestru zabytków. Z taką właśnie sytuacją mieliśmy do czynienia podczas prac ratunkowych przy fundamentach kościoła w Mielżynie.

JJ: Ze zdjęć zamieszczonych w artykule wynika, iż fundamenty gotyckiej części kościoła posadowione są na kamieniach. Czy zawsze tak je układano?

PW: Tak. Warstwy kamieni stanowiły naturalną izolację przeciwwilgociową i w zasadzie aż do momentu pojawienia się betonu ceglane fundamenty kładziono właśnie na kamiennych warstwach Jeszcze dzisiaj stosowane są gdzieniegdzie takie rozwiązania. Niekiedy, na terenach podmokłych, kamienno-ceglane fundamenty podbijano dodatkowo drewnianymi palami, jak na przykład w Malborku.

fot. M. Adamczewska

W Mielżynie okazało się, iż fundamenty kościoła, szczególnie w partii prezbiterialnej, są znacznie potężniejsze i solidniejsze, niż wymagałaby tego posadowiona na nich budowla. Być może obawiano się niestabilności terenu albo początkowo planowano wybudować większą świątynię.

JJ: Do jakiej głębokości odkrywano fundamenty?

PW: Do poziomu posadowienia ław fundamentowych. Wykopy prowadzono wzdłuż lic fundamentów kościoła. Na różnych etapach prac ich głębokość sięgała od 1,2 do 1,85 metra. Ze względu na możliwość zarysowania się murów nie przekraczano głębokości dwóch metrów.

Wierzchnie warstwy ziemi zdejmowano dzięki minikoparki, do momentu natrafienia na ludzkie szczątki. Dalsze prace wykonywali już archeolodzy.

JJ: Wśród wydobytych kości znalazła się dość wyjątkowa czaszka…

PW: Tak. Naszą szczególną uwagę przykuła czaszka mężczyzny w wieku około 40 lat. Miała zabliźniony ślad po cięciu zadanym tępokrawędzistym narzędziem. Mogła to być siekiera albo tasak. Po tym ataku człowiek ten najprawdopodobniej żył jeszcze kilka lat.

JJ: I można to tak od razu wyczytać ze znalezionej czaszki?

PW: W tym przypadku tak. Cios zadany temu mężczyźnie niemal oderwał wierzch czerepu i uniósł go. Obrażenia nie spowodowały jednak natychmiastowej śmierci. Po tym okaleczeniu mężczyzna żył jeszcze co najmniej kilka lat, ponieważ rana zdążyła się zabliźnić.

Jakie były skutki tych obrażeń – tego już nie wiemy. Być może pozostał tylko dotkliwy i uporczywy ból głowy, a być może doszło do całkowitej niesprawności intelektualnej lub ruchowej.

JJ: Czy archeolog często spotyka się z takimi przypadkami?

PW: Z tak drastycznymi – rzadko. Ta czaszka zrobiła na mnie niezwykłe wrażenie. Nieczęsto widzi się tak ewidentny przykład próby zabójstwa.

Oczywiście często natrafiamy na ślady rozmaitych obrażeń widocznych na kościach długich. Są to na przykład ślady po grotach, bełtach kusz, odniesione w walkach czy bitwach. Tę czaszkę przebadał antropolog, który potwierdził moje przypuszczenia.

JJ: W kościele w Mielżynie niedoszłą ofiarę zabójstwa pochowano również w wyjątkowy sposób.

PW: Czaszkę niewątpliwie intencjonalnie umieszczono w swoistej niszy grobowej. Przygotowano ją specjalnie do tego celu, wyjmując kamień z lica fundamentu prezbiterium. Pozostałych kości szkieletu tej osoby nie zidentyfikowano. prawdopodobnie złożono je wraz z innymi w ossuarium.

Musiała to być wyjątkowa sytuacja albo poszkodowany mógł być istotną postacią dla lokalnej społeczności.

JJ: Czasami praca archeologa ma „kryminalny wymiar” Czy archeolog mógłby się sprawdzić w policji?

PW: Techniki badawcze stosowane w terenie przez archeologów mocno przypominają niektóre techniki kryminalistyczne. Jestem przekonany, iż wielu archeologów umiałoby pomóc policji w zabezpieczaniu śladów.

fot. M. Adamczewska

Jesteśmy w tym bardzo dobrzy przede wszystkim dlatego, iż wszelkie ślady są dla nas niezwykle ważne. Dla nauki i pracy archeologa równie ważne jak samo znalezisko jest to, gdzie i w jaki sposób się ono tam znalazło, w jakiej warstwie, w jakim układzie, w jakim otoczeniu. Nazywa się to kontekstem archeologicznym. Sam znaleziony obiekt już tego nie opowie.

JJ: Przy odkrywaniu fundamentów nie znaleziono wielkiego skarbu, choć trafił się jeden szeląg koronny Jana Kazimierza. Jaką miał wartość?

PW: Mniejszą niż dzisiejszy jeden grosz. Tych monet wybito około 1,8 miliarda.

JJ: Aż tyle?

PW: Tak. W tym czasie prowadziliśmy wiele wojen i trzeba było opłacać wojsko, więc zaczęto bić takie monety na potęgę, zaniżając ich wartość. Na dodatek blisko 10 procent emisji było sfałszowane. Często państwa ościenne w ten sposób psuły polski pieniądz, próbując osłabić zdolności wojenne Rzeczypospolitej.

Sytuacja była taka, iż trzeba było mieć kilkaset takich szelągów, żeby kupić kurę. Do dziś są to jedne z najczęściej odnajdywanych monet. Przyjmuje się, iż na 100 znajdowanych monet około 90 to właśnie te szelągi.

JJ: Czy każdy archeolog marzy o znalezieniu skarbu?

PW: Nie ukrywam, iż interesujące znalezisko podnosi adrenalinę, ale nie jest to takie proste. Między innymi dlatego, iż ludzie rzadko posiadali bogactwa, więc i skarbów nie ma tak wiele.

Przez pięćdziesiąt lat pracy udało mi się odnaleźć między innymi złoty renesansowy pierścień i dwa dukaty, a także niezwykłe przedmioty liczące od kilku do kilkunastu tysięcy lat.

I to jest dobry moment, żeby przypomnieć, iż wszystko, co znajduje się pod ziemią, jest własnością państwa. Każde stanowisko archeologiczne jest częścią naszego dziedzictwa narodowego i podlega szczególnej ochronie. Pamiętajmy też, iż każde znalezisko najlepiej zabezpieczyć i powiadomić odpowiednie służby lub konserwatora zabytków, bo zniszczony kontekst archeologiczny przepada bezpowrotnie.

Więcej:

„Wyniki prac archeologicznych przy parafialnym kościele pw. Wszystkich Świętych w Mielżynie, gm. Witkowo. Komunikat”

„Wielkopolskie Sprawozdania Archeologiczne” 24/2025

Idź do oryginalnego materiału