Miasto niczym płótno. Odkrywamy tajemnice krakowskich murali, które zmieniają osiedla i ich mieszkańców

krknews.pl 2 godzin temu

Zanim wielobarwny mural ozdobi szarą ścianę krakowskiego bloku, brakuje mu nie tylko farby, ale przede wszystkim spoiwa, łącznika między odważną wizją artysty, a codziennością spółdzielni mieszkaniowej. Fundacja „Zróbmy Sobie Kraków” ma już na koncie wiele przepięknych dzieł, które na co dzień umilają życie mieszkańców Krakowa. Postanowiliśmy zapytać o to, jak ożywia się miejską tkankę oraz dlaczego mural żyje jeszcze zanim wyschnie na nim ostatnia kropla farby.

Dla większości krakowian miejski street art objawia się często niespodziewanie. Pewnego dnia na szarym blokowisku pojawia się rusztowanie, zapach spraju, drabina i artysta w umazanych farbą spodniach. Po kilku dniach jednak osiedle zyskuje zupełnie nową tożsamość. Ten efektowny, pełen kolorów finał to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Pod spodem kryje się skomplikowana machina logistyczna i trudna sztuka balansowania między artystyczną wolnością, a oczekiwaniami lokalnej społeczności.

W ostatnich miesiącach można odnieść wrażenie, iż w krakowskich dzielnicach murale przestały być wyłącznie dekoracją. Stały się nowymi punktami odniesienia na mapie miasta, pretekstem do sąsiedzkich spotkań, a czasem choćby zaczątkiem żarliwych dyskusji o gustach. Niektóre z nich trafiły choćby do gier mobilnych, służąc za wizytówkę okolicy. Fundacja „Zróbmy Sobie Kraków” dołożyła swoją cegiełkę do tego krakowskiego krajobrazu. Wyjątkowe prace można zobaczyć m.in. przy ulicy Aleksandry 11, Spółdzielców 13 czy Siemaszki 37.

Jak jednak wygląda tworzenie muralu wielkiego formatu „od kuchni”? Czy łatwiej zdobyć zaufanie artysty, czy przekonać zarząd spółdzielni? Z jakimi wyzwaniami trzeba się mierzyć. O tym i wielu innych kwestiach rozmawiamy z Sandrą Gwizdałą, rzecznik prasową fundacji „Zróbmy Sobie Kraków”

Patryk Trzaska (KRK NEWS): Przechodnie widzą efekt końcowy: kolorowy mural, drabinę, artystę w ubrudzonych farbą spodniach. A jak wygląda ten proces „od kuchni”? Co jest większym wyzwaniem: wymyślenie koncepcji czy przebicie się przez biurokrację, a może samo wykonanie projektu?

Sandra Gwizdała: Z naszej perspektywy proces zaczyna się od znalezienia odpowiedniej ściany i połączenia ze sobą dwóch stron: artysty, który ma swoją wizję, oraz spółdzielni mieszkaniowej, która udostępnia przestrzeń.

Fundacja w tym procesie pełni przede wszystkim rolę mecenasa projektu. Zapewniamy finansowanie i dbamy o sprawną współpracę miedzy artystą, a spółdzielnią. Sama koncepcja i sposób wykonania muralu pozostają po stronie twórcy. Nie ingerujemy w jego wizję, bo zależy nam właśnie na tym, żeby artysta mógł stworzyć dzieło, które jest zgodne z jego estetyką i wie, iż będzie podobać się mieszkańcom.

Czasem inicjatywa wychodzi od artysty, który ma już pomysł i kontakt z konkretną spółdzielnią, a czasem to spółdzielnia zgłasza się do nas z propozycją stworzenia muralu. Wtedy szukamy odpowiedniego twórcy.

Chociaż mieszkańcy widzą głównie efekt finalny, to równie dużo czasu, co wykonanie muralu, zajmują kwestie logistyczne, w których obie strony mogą na nas liczyć. Jest to jednak wysiłek, który warto podjąć. Pozytywne, entuzjastyczne reakcje mieszkańców są dla nas najlepszą rekomendacją, iż to co robimy ma sens.

Patryk Trzaska: Podobno o gustach się nie dyskutuje, ale przy muralach w przestrzeni publicznej dyskutują wszyscy. Jak wygląda moment rozmawiania z mieszkańcami danej dzielnicy? Z jakim odbiorem spotykają się murale?

Sandra Gwizdała: Mural powstaje w przestrzeni, z której na co dzień korzystają mieszkańcy, więc naturalne jest, iż wzbudza zainteresowanie i wywołuje reakcje. Każdy ma swój gust i własne spojrzenie na sztukę.

My jako Fundacja nie ingerujemy jednak w samą wizję artystyczną. To autor odpowiada za projekt i to jego pomysł pojawia się później na ścianie. Naszą rolą jest stworzenie warunków, żeby taka realizacja mogła powstać.

Bardzo interesujący jest natomiast sam moment realizacji. Kiedy artysta zaczyna malować, mieszkańcy często zatrzymują się, obserwują pracę, pytają, co powstaje i kto jest autorem. Mural zaczyna żyć jeszcze zanim zostanie ukończony.

Z kolei skończony mural wtapia się w tkankę danego osiedla, staje się jego integralną częścią. Wiemy też od samych mieszkańców, iż staje się pretekstem do odświeżenia czy nawiązania relacji między sąsiadami, którzy pod muralem się spotykają i dyskutują. Dokładnie o to nam chodzi, by łączyć ludzi i stwarzać im możliwości do integracji.

Patryk Trzaska: Macie już na swoim koncie realizacje wielu murali w krakowskich dzielnicach. Z którego wielkoformatowego obrazu jesteście dzisiaj najbardziej dumni i dlaczego? Co jest największym wyzwaniem podczas realizacji projektu?

Sandra Gwizdała: Jesteśmy dumni z każdej zrealizowanej pracy. Każdy projekt jest inny, ma swojego autora, swoją historię i swoje miejsce w Krakowie.

Mieliśmy okazję współpracować przy realizacjach z różnymi artystami, między innymi z Wojciechem Rokoszem, Mikołajem Rejsem czy Qch Art, jesteśmy otwarci na kolejne działania. Każdy z nich ma własny styl i własny sposób patrzenia na przestrzeń.

Z naszej perspektywy największym wyzwaniem jest przede wszystkim doprowadzenie projektu od pomysłu do momentu, w którym artysta może już wejść na ścianę i zacząć pracę, a potem jeszcze większym nie tyle wyzwaniem, co przyjemnością jest zaproszenie mieszkańców na premierę. Myślę, iż to jest ten moment na który wszyscy czekamy, ale zaczynający się od tej jednej, kluczowej decyzji „działamy”.

Patryk Trzaska: Czy przy tworzeniu dotychczasowych murali staracie się przemycić na ścianach jakieś „easter eggi” – ukryte detale lub symbole, o których wiedzą tylko twórcy i dociekliwi obserwatorzy?

Sandra Gwizdała: Każdy mural to nowa historia. Staramy się by za każdym z nich stała jakaś wartość, która jest bliska naszej Fundacji, jednak symbolikę czy detale pozostawiamy w gestii artystów. Ich wyobraźnia i talent są dla nas punktem wyjścia do tego, iż to co zobaczymy jako „efekt finalny” na pewno nas pozytywnie zaskoczy. Ale też da pretekst do dostrzeżenia w tych pracach tego, co w danym momencie mieszkańcy chcą, czują, potrzebują zobaczyć. Ich wizja, osobiste odniesienia mogą być początkiem pięknych historii. I właśnie to jest w tym najciekawsze.

Patryk Trzaska: Gdyby Kraków był ścianą, to w jakich barwach i stylistyce najbardziej opłacałoby się go dzisiaj namalować, żeby oddać jego współczesny charakter?

Sandra Gwizdała: Chyba trudno byłoby zamknąć Kraków w jednej stylistyce. To miasto jest bardzo różnorodne i właśnie tę różnorodność chcielibyśmy zachować.

Mamy historię, charakterystyczną architekturę, ale jednocześnie współczesne dzielnice, młodych ludzi, nowe pomysły i zmieniającą się przestrzeń miasta. Dlatego Kraków najlepiej wyglądałby chyba jako połączenie różnych kolorów, stylów i historii.

Zresztą może właśnie dlatego murale tak dobrze pasują do miasta, bo każda ściana może opowiadać zupełnie inną historię.

Patryk Trzaska: Gdybyście dostali do dyspozycji dowolną ścianę w Krakowie bez limitu budżetowego, zezwoleń i ograniczeń architektonicznych, który budynek zamienilibyście w dzieło sztuki i co by na nim powstało?

Sandra Gwizdała: Na pewno postawilibyśmy na takie działanie, które doceniłoby i mieszkańców i artystów, bo to jest dla nas najważniejsze, żeby w naszym mieście każdy czuł się dostrzeżony i doceniony. Może jakieś wspólne tworzenie muralu? Może debata wokół tego, co i gdzie zrobić. Tak jak wspomniałam – naszym zadaniem jest łączyć i inspirować, natomiast efekt finalny to wytwór wyobraźni, talentu i inspiracji autora.

Być może właśnie dlatego efekt końcowy jest zawsze trochę niespodzianką, wychodzimy od ściany i pomysłu artysty, a później możemy obserwować, jak jedno i drugie spotyka się w przestrzeni miasta i cieszy mieszkańców.

To pytanie jest dla nas kolejną, cenną inspiracją na przyszłość.

Idź do oryginalnego materiału