Staś i Julia przyjechali do Łodzi we wtorek wieczorem. Wtorek był dniem, kiedy Maria wracała z pracy dwie godziny później — najpierw biuro rachunkowe na Piotrkowskiej, potem sprzątanie klatki schodowej w kamienicy naprzeciwko. W rękach niosła torbę z Biedronki, w niej chleb tostowy, margarynę i dwa zgrzewki wody. Do wypłaty zostało osiem dni.
Kiedy weszła do przedpokoju, z salonu buchnęło dźwiękiem strzałów z głośników. Na kanapie siedział Staś, dwudziestotrzyletni narzeczony Julii. Miał słuchawki na uszach, w rękach kontroler, a na ekranie telewizora biegł wirtualny mężczyzna z karabinem. Julia, jej osiemnastoletnia córka, leżała obok na brzuchu i obgryzała chipsy. W ciąży — trzeci miesiąc. Rzadko wstawała, bo mówiła, iż mdleje.
— Mamo, gdzie ser pleśniowy? — powiedziała, nie unosząc głowy znad telefonu.
Maria zdjęła buty. Wsunęła stopy w papcie, które ktoś zostawił na środku korytarza, przez co musiała się oprzeć o ścianę. Papcie były mokre, gąbka w środku zimna. Ktoś wyszedł na klatkę i wrócił, nie wycierając podeszew.
— Nie ma sera — odpowiedziała. — Bułka z margaryną jest. Wody kupiłam.
Julia usiadła gwałtownie. Chipsy posypały się po poduszce.
— Jak to nie ma? Staś ma jutro spotkanie w sprawie pracy. Musi wyglądać porządnie. Wczoraj zjadł dwie kromki chleba z twoim pasztetem i całą noc pił wodę. Ty nie rozumiesz, iż on się stresuje.
— Rozumiem, iż stresuje się od trzech miesięcy. Na kanapie.
Julia podniosła się, podeszła do kuchni. Zabrała z blatu kubek z fusami i wylała do zlewu, nie zakręcając kranu. Woda leciała cienkim strumieniem. Maria patrzyła na to, jak na cieknący budżet.
— Mamo, błagam cię, przestań. Staś nie jest leniwy. W Łodzi nie ma pracy dla menedżerów bez doświadczenia. A on nie pójdzie do magazynu, bo ma problemy z kręgosłupem. Lekarz mu zabronił dźwigać.
— Tak? To niech leży na kanapie. Ja pójdę do magazynu. Tylko kto wtedy zapłaci za prąd?
Zza ściany dobiegł trzask łamanej obudowy. Staś cisnął kontrolerem o stolik. Zamilkł, jakby dopiero teraz usłyszał, iż w domu rozmawiają o nim przy otwartych drzwiach.
Wymaszerował do kuchni w majtkach i rozciągniętej bluzie z kapturem. Zajrzał do torby z zakupami, pogrzebał, wciągnął nosem powietrze.
— Pani Mario, to jest jadło dla więźniów — mruknął. — Mówiłem Julii, iż potrzebuję białka. Jutro mam rozmowę telefoniczną z rekruterką. Jak nie zjem, to zemdleję.
Maria wyjęła z szuflady nóż. Położyła na desce chleb, ukroiła jedną kromkę, potem drugą. Posmarowała margaryną cienko, jakby mazała farbę po ścianie. Kubek z herbatą przysunęła do brodzika i zalała wodą z czajnika, który syczał na blacie z owalnym, wyszczerbionym uchem.
— Chleb jest. Margaryna jest. Woda jest — powiedziała, krojąc trzecią kromkę. — Innego menu nie będzie.
Julia zrobiła krok w tył. Objęła się ramionami, chociaż w kuchni nie było zimno.
— Ty chcesz, żeby Staś uciekł? O to ci chodzi, tak? Nigdy go nie zaakceptowałaś. Od pierwszego dnia widzisz w nim tylko darmozjada.
— A kogo mam widzieć? Siedzi u mnie od trzech miesięcy. Nie płaci za mieszkanie, nie kupuje żarcia, a dziś pożyczył ode mnie dwa banknoty po dwieście złotych, bo musiał doładować grę.
— To nie była gra! To prenumerata platformy z ofertami pracy! — krzyknęła Julia.
Maria odłożyła nóż. Cicho, bez pośpiechu, otworzyła szafkę nad zlewem i wyjęła czarny segregator z rachunkami. Zapięła suwak. Wyciągnęła z kieszeni telefon, uruchomiła aplikację banku i przez chwilę stukała w ekran. Potem odwróciła telefon w stronę Julii.
— Widzisz? — palcem wskazała saldo. — Siedemset dwadzieścia osiem złotych. Czynsz, prąd, gaz, woda. Mój bilet miesięczny do pracy kosztuje sto czterdzieści pięć. Zostało na jedzenie dla trzech osób na osiem dni. Powiedz mi, które z tych trzech osób jest zbędne.
Julia milczała. Jej wargi poruszyły się, jakby chciała coś powiedzieć, ale z salonu dobiegł dzwonek telefonu. Staś podszedł do komody, przeczytał coś, zaklął pod nosem i zrzucił poduszkę na podłogę.
— Znowu odrzucili moje CV. Mówiłem, iż tu nie ma rynku dla ludzi po studiach.
Maria zamknęła segregator. Powiedziała tylko jedno zdanie, do Julii:
— Od jutra nie kupuję jedzenia.
Nazajutrz wróciła z pracy o osiemnastej. W torbie leżał tylko jogurt naturalny mały, który zjadła na klatce schodowej, oparta o parapet okna, skąd wiało od ulicy spalenizną i mokrym tynkiem. Nikt nie widział.
Weszła do mieszkania. Kuchnia czysta, w lodówce pustka. Na blacie stała kartka z pismem Julii: „Jeśli myślisz, iż to coś zmieni, to się zdziwisz. Kupiłam nam obiad za oszczędności. Staś ma dziś rozmowę telefoniczną. Dasz radę wytrzymać sama, to wytrzymamy i my."
Pod spodem, małym maczkiem, dopisek: „Oddam ci."
Maria zgniotła papier w kulkę. W palcach zakręciło ją ze złości, potem wygładziła na kolanie i włożyła do kieszeni kurtki. Nie wiedziała po co. Może dlatego, iż długo nie widziała pisma córki tak starannego jak kiedyś.
Wieczorem Julia i Staś wrócili. Śmiali się na schodach, trzasnęły drzwi, potem chrobot zapalniczki. Maria leżała w swoim pokoju, w ubraniu, z włączonym radiem na niskim głosie. Przez cienkie ściany usłyszała Stasia:
— Powiedziała, iż na pewno nie zje z nami. Może zamówimy pizzę? Głodny jestem jak cholera.
Julia odpowiedziała coś, czego nie zrozumiała. Potem kroki po panelach, skrzypnięcie drzwi lodówki, cisza, znowu kroki. Zgrzyt klucza w zamku.
Minęła noc. Minęły dwa dni. Maria codziennie wychodziła rano i wracała wieczorem, w torbie miała tylko pusty pojemnik po lunchu. W pracy jadła służbową kanapkę w kuchni biurowej — darmową, z cateringu po zebraniu zarządu. W domu nic nie gotowała. Nie zbliżała się do kuchenki. Zamykała się w pokoju, liczyła w zeszycie długi i pisała list do rady wspólnoty w sprawie podwyżki opłat za windę.
Czwartego dnia rano znalazła w korytarzu torbę sportową Stasia. Była spakowana, suwak rozpięty, z boku wystawała konsola do gry. Julia siedziała w kuchni na podłodze, oparta o kaloryfer. Ręce trzymała na brzuchu, chociaż brzuch ledwo było widać pod szeroką bluzą. Oczy miała czerwone.
— Wyprowadza się do matki — powiedziała bez przywitania. — Mówi, iż nie będzie mieszkał z osobą, która moruje go głodem. Ty masz dom, a nie rodzinę.
Maria podeszła do okna. Otworzyła je na oścież. Wleciał zapach kwitnących kasztanów z podwórka i dźwięk tramwaju skręcającego w Narutowicza. Wzięła z parapetu doniczkę z zeschniętym fikusem, wylała resztkę wody do zlewu.
— Rodzina to jest wtedy, gdy każdy dokłada. Ja dokładam od trzech miesięcy. Teraz Staś dołożył do walizki.
Julia wybuchnęła. Zaczęła krzyczeć, iż Maria nigdy nie rozumiała, co to znaczy kochać. Że woli samotność niż własne wnuki. Że Staś był jedynym mężczyzną, który chciał z nią zostać, a teraz odejdzie przez głupie jedzenie. Złapała z blatu szklankę i cisnęła nią o podłogę przy drzwiach. Szkło pękło z chrzęstem, po podłodze potoczyły się drobne odpryski. Maria nie podniosła ich od razu. Stała, patrząc, jak w kawałkach odbija się poranne światło.
Wtedy w korytarzu zabrzęczał domofon. Julia podniosła się i podeszła do widełka. Maria usłyszała głos Stasia:
— Oddaj mi ładowarkę, zapomniałem.
Julia nacisnęła przycisk, otworzyła drzwi na klatkę. Za chwilę Staś wszedł. Widział, iż Maria stoi w kuchni obok rozbitego szkła. Zatrzymał się przy torbie, sięgnął po kabel od ładowarki, który leżał na wierzchu, i schował go do kieszeni.
— Idziemy — powiedział do Julii. — Nie pasuje ci to mieszkanie.
Julia zerknęła na matkę. Maria wciąż trzymała w palcach ogryzek fikusa, zimny, suchy.
— Masz klucz, Julio — powiedziała Maria. — Ten od drzwi, konkretnie od domu, w którym jesteś. Jak zechcesz, wrócisz. Tylko bez niego.
Staś parsknął. Zarzucił torbę na ramię i wyszedł, nie oglądając się. Julia stała jeszcze chwilę, potem zdjęła z wieszaka swoją jasnobłękitną kurtkę — tę, którą Maria kupiła jej na osiemnastą — i wciągnęła ją na siebie. Wciągnęła nosem powietrze, jakby chciała coś dodać. Nie dodała nic. Poszła za nim. Drzwi zamknęły się wolno, bez trzaśnięcia.
Maria nie zapaliła światła. Podniosła szklankę kawałek po kawałku, zebrała do kubełka. Potem wyjęła z szafki czarny segregator, usiadła przy stole i na czystej kartce napisała długopisem jedno zdanie: „Menu dla darmozjada. Od dziś. Koniec."
Pod spodem dopisała datę. Złożyła kartkę na cztery i wsunęła do kieszeni płaszcza, który wisiał w przedpokoju od dwóch tygodni nienoszony — tego samego, w którym schowała wcześniej list Julii. Zatrzymała się przy lodówce. Była pusta, jakby nikt tu od lat nie jadł.
Włączyła czajnik. Nalała wody do kubka, odczekała, aż syk ucichnie. Potem usiadła na parapecie, z nogami pod brodą, i wpatrywała się w bramę, przez którą odszedł Staś z walizką i jej córką. Z dołu dobiegało echo tramwaju i śmiech jakichś dzieci wracających ze szkoły.
Wzięła klucze do drzwi wejściowych, poszła do ślusarza dwie ulice dalej i zamówiła nową wkładkę. Wróciła po godzinie, wymieniła zamek własnymi rękami, z instrukcją otwartą na telefonie. Stary klucz, który Julia nosiła w portfelu, teraz do niczego już nie pasował. Nowe klucze — dwa egzemplarze — położyła w szufladzie kuchennej, obok segregatora.
Wieczorem zjadła suchą kromkę chleba, którą znalazła w torebce po zamrażarce. Była czerstwa, łamała się jak styropian.
Zadzwonił telefon. Nieznany numer. Maria nie odebrała. Włączyła radio. W Łodzi padało, po rynnach spływała woda.
Dwa dni później Julia wróciła. Sama. Bez torby, w tej samej jasnobłękitnej kurtce, teraz brudnej na rękawie. W ręku trzymała stary klucz, który nie chciał otworzyć drzwi.
— Mamo, otwórz. Ja nie mam już dokąd.
Maria odsunęła zasuwkę. Otworzyła drzwi, ale stanęła tak, żeby Julia nie mogła wejść od razu.
— Gdzie on jest?
— Wrócił do matki. Powiedział, iż nie utrzyma dwóch kobiet naraz. — Julia sięgnęła do kieszeni płaszcza, który zdjęła po drodze z wieszaka w przedpokoju u Stasia, i wyjęła zgniecioną kartkę. Rozpoznała pismo matki: „Menu dla darmozjada. Od dziś. Koniec." — Znalazłam to. Kiedy je włożyłaś?
— Wtedy, kiedy wyszłaś za nim — powiedziała Maria. — Bo wiedziałam, iż wrócisz po ten płaszcz, jak zrobi się zimno. I wróciłaś.
Julia patrzyła na kartkę, potem na matkę. Nic nie powiedziała, tylko zwinęła papier w dłoni.
Maria wpuściła ją do środka. Zamknęła drzwi na nowy zamek. Potem wzięła z szuflady w kuchni jeden z nowych kluczy, z błyszczącą główką, i położyła go na stole.
— To jest twój. Pasuje do drzwi. Dopóki będziesz pracować albo iść na studia zaoczne. Z nim już nie będziesz mieszkać. To są zasady. Innych nie będzie.
Julia wzięła klucz. Obracała go w palcach, aż metal się rozgrzał. Potem usiadła na krześle przy stole, zdjęła kurtkę i powiedziała cicho:
— Zostanę. Zapytaj, ile jestem warta.
Maria nie zapytała. Postawiła przed nią kubek z herbatą. Obok położyła kanapkę z cienkim plastrem margaryny. Siebie zostawiła bez kolacji. W lodówce wciąż nie było nic, ale pierwszy raz od tygodni w kuchni było ciepło od pary i czuć było herbatę z jaśminem, którą dostała z cateringu biurowego.
Na szafce obok czajnika stał słoik z fusami. Maria odkręciła wieczko, wyjęła stary biały papierek, na którym Julia w dzieciństwie napisała: „Mama jest najlepsza." Trzymała go w palcach przez chwilę, potem odłożyła z powrotem do słoika, na wierzch, i zakręciła wieczko.
Następnego dnia rano pojechały razem do biura pośrednictwa pracy na ulicy Tuwima. Julia trzymała w dłoni nowy klucz do mieszkania. Maria nie wzięła jej za rękę. Po prostu szła obok, o pół kroku z tyłu, i mówiła, iż tramwaj podjechał spóźniony, a w taką pogodę to lepiej pieszo.
W tramwaju linii 7 ktoś grał na gitarze. Julia odruchowo wrzuciła do puszki złotówkę. Maria nie powiedziała nic. Ale wieczorem, zanim poszła spać, zdjęła z lodówki magnes w kształcie wrocławskiego krasnala, który Julia przyniosła jej z wycieczki w gimnazjum, i przyczepiła do niego karteczkę z napisem: „Uzbieraj na baterie."
Rano w torbie Julii znalazła trzy pomarańcze i biały ser. Bez pleśni.














