Mąż odszedł do młodszej kobiety. Nie płakałam. Usiadłam i odetchnęłam po raz pierwszy od lat poczułam ulgę.
Z Zbigniewem byliśmy małżeństwem trzydzieści trzy lata. Ślub wzięliśmy młodo ja miałam dwadzieścia dwa, on dwadzieścia sześć. Na początku było jak w bajce o miodzie i chlebie: wspólne budowanie domu, kredyty w banku PKO, pierwsze maleństwo, drugie, remonty, praca po zmroku. Żyliśmy normalnie, jak wszyscy. Bez wielkich namiętności, ale i bez dramatów.
Z czasem nasze drogi zaczęły się rozchodzić. On wracał późno z fabryki, wymówił to projektami. Ja miałam swoją rutynę praca w miejskiej bibliotece, zakupy, obiad, pranie, odrabianie zadań wnukom, plotki z sąsiadką Haliną. Wieczorami siedzieliśmy przy telewizorze, każde w swoim kącie kanapy.
Dotyk przestał nas łączyć. Nie pamiętam nawet, kiedy po raz ostatni objął mnie w ramionach. Nie skarżyłam się, uznałam to za znak dojrzałego życia, za przemianę miłości w inną formę.
Dwa lata temu Zbigniew zaczął zachowywać się dziwnie. Zaczynał dbać o sylwetkę, zrzucił brzuszek, wyciągnął z szafy koszule, które latami leżały nieruszone. Wrócił do perfum, pojawiły się służbowe wyjazdy i delegacje, chociaż wcześniej nie wyjeżdżał poza miasto. Udawałam, iż nie zauważam.
Bałam się zapytać. W głębi duszy czułam, iż coś się zmienia, ale myślałam: To tylko faza, zaraz minie.
Pewnego dnia, gdy wrócił do domu i nie zjadł kolacji co nigdy przedtem się nie zdarzyło powiedział:
Muszę z tobą porozmawiać.
Usiadł naprzeciwko mnie, spojrzał mi w oczy i rzekł:
Poznałem kogoś. Jest młodsza. Dobrze się przy niej czuję. Odchodzę.
To był koniec. Bez krzyku, bez wahania.
Spojrzałam na niego. Miał pięćdziesiąt dziewięć lat, ja pięćdziesiąt pięć. A w sercu zagościła… ulga. Naprawdę, czysta ulga.
Łzy nie poleciały. Dramat nie wybuchł. Usiadłam potem w kuchni z herbatą z miodem i zapadła cisza, jakiej nie słyszałam od lat. Po raz pierwszy nikt nie narzekał, iż herbata za słodka, nikt nie mlaskał przy stole, nikt nie trzaskał drzwiami, bo pilot się zawieruszył.
Nie spałam tej nocy, ale nie z bólu z ulgą. Po raz pierwszy mogłam pomyśleć tylko o sobie. Zbigniew wyprowadził się po tygodniu, zabrał walizkę, parę koszul, komputer. Resztę uznał za swoją własność.
Dzieci zareagowały różnie. Córka była oburzona: Tata oszalał, mamo, co on sobie wyobraża? powtarzała. Syn milczał, zawsze bardziej przywiązany do ojca. Ja nie potrzebowałam wsparcia. Byłam wolna.
Zaczęłam robić rzeczy, które zawsze odkładałam. Zapisałam się na zajęcia malarskie, choć nigdy wcześniej nie trzymałam pędzla. Pojechałam z sąsiadką Haliną do Wrocławia na weekend pierwszy raz od dwudziestu lat w podróży bez planu i bez obawy, iż ktoś w domu czeka z grymasem niezadowolenia.
Spałam, kiedy chciałam. Jadłam kolację w łóżku. Przestawiałam meble w salonie. Kupiłam nowy obrus, barwny, w wielkie kwiaty. Zbigniew by go znienawidził, a ja go pokochałam.
Ludzie wokół reagowali dziwnie. Jedni pytali: Jak ty sobie radzisz? To takie przykre w tym wieku. Inni może po cichu cieszyli się, iż Zbigniew dostał za swoje. Ja nie potrzebowałam ich opinii.
Przez wiele lat żyłam w związku, w którym byłam niewidzialna. Byłam kucharką, księgową, pielęgniarką, sprzątaczką. Nie żoną. Nie kobietą. Gdy Zbigniew odszedł, nie straciłam miłości, straciłam ciężar.
Wiem, jak to brzmi, jakbym cieszyła się z cudzego nieszczęścia. To nieprawda. Po prostu cieszę się z odzyskanego życia.
Nie wiem, jak długo potrwa jego przygoda z młodszą. Może długo, może gwałtownie się skończy. To już nie moja sprawa.
Moja sprawa to herbata z miodem, czytanie do późna, długie spacery bez poczucia winy. Moja sprawa to ja sama.
I po raz pierwszy od trzydziestu lat jestem naprawdę u siebie.













