Mąż zgodnie z testamentem

polregion.pl 5 godzin temu

Mąż z testamentu

Dziś w pociągu z Warszawy do Gdańska spotkałam niesamowitych ludzi. Siedzę więc wieczorem w przedziale i spisuję, bo takie historie trzeba spisać, póki pamięć świeża.

Najpierw, gdy tylko wsiadłam do przedziału, przez korytarz przeszła wysoka, postawna kobieta o donośnym głosie. Od razu zaprowadziła porządek, po niej choćby ci najgłośniejsi panowie ściszyli głosy i zniknęli. Zdumiewające, jak tacy wielcy faceci mogą się podporządkować! Kobieta miała grube jasne warkocze oplecione wokół głowy i oczy niebieskie jak polskie niebo latem, a policzki aż biły rumieńcem zdrowia. Spojrzała w stronę toalety i właśnie wtedy wybiegł stamtąd szczupły, niewielkiego wzrostu mężczyzna o białych jak śnieg włosach, z rozbrajająco dziecięcą twarzą.

Wianusiu! Już cię zdążyłam zgubić! Słyszę zamieszanie, konduktorowa boi się podejść. Myślę sobie, co tam wyprawiasz! Tacy to jeszcze krzywdę mogą zrobić! zawołała kobieta.
Ojej, Werko! Przecież dałbym sobie radę! Po co wychodziłaś, Weroniko? Ty przecież jesteś dama! odparł z urokiem i prześlizgnął się z powrotem do przedziału.

Kobieta rzuciła na nas przelotne spojrzenie zarówno na mnie, jak i na dwóch innych, widać nudzących się pasażerów. Zagrożenia nie zauważyła i też ukryła się w swoim przedziale.

Później, w wagonie restauracyjnym, znów się spotkałyśmy. Nie było wolnych miejsc, więc dosiadłam się do niej. Męża nie było widać. Pani akurat kończyła jeść schabowego z ziemniakami i, odkładając widelec, zawołała do mnie:
Mówią mi Weronika Janik. Możesz mi mówić Weronika.
Jest pani sama? Mąż dołączy później?
Odpoczywa. Nie przyjdzie. Okutałam mu gardło szalikiem, dałam do picia kompot z żurawiny. Wyobrażasz sobie, jechać i przeziębić się! Taki z niego jegomość! A wystarczyło, iż wyszedł wytrzepać dywan w samym swetrze! Ehh, przegapiłam! powiedziała, rozkładając ręce.

Pewnie bardzo pani go kocha. Przecież wybiegła pani, myśląc, iż to chuligani, jego bronić! To raczej pani jego ratuje, a nie on panią! I teraz mówi pani o nim tak czule stwierdziłam z zamyśleniem.
Ach, Wianuszek to jakby mąż z testamentu. Nie mój mąż, choć mieszkamy razem. W żałobie jeszcze, bo jego żona niedawno odeszła na tamten świat. Świątobliwa kobieta, dobre serce miała! westchnęła Weronika.

Jak to? Z testamentu? zdziwiłam się.

I wtedy opowiedziała mi całą historię.

Wianuszek (tak wołała na męża) dawniej mieszkał z Lidią, swoją przyjaciółką ze szkolnych lat. Potem razem studiowali i pobrali się. On był geniuszem wszystko potrafił wymyślić, bardzo zdolny. Dostawał zlecenia od firm, materialnie żyło im się dobrze. Ale w codziennym życiu Wianuszek nie potrafił się odnaleźć. Najdrobniejsze sprawy go przytłaczały reszty w sklepie zapomniał, przez ulicę przeszedł tam, gdzie nie wolno, nie wiedział, co gdzie kupić ani jak coś załatwić. Dziecinny i prostoduszny. choćby obcym zdarzało się pożyczać pieniądze.

Twój facet to jakby z innego świata mówili ich znajomi. My z żoną harujemy, a jemu pieniądze same się mnożą!

Lidia się nie skarżyła. Miała w sobie tyle siły i zaradności, iż wystarczało dla obojga. Sama go ubierała do pracy, sprawdzała, czy ma rękawiczki, czy szalik dobrze zawiązany. Kupiła samochód i woziła go, bo raz przez roztargnienie Wianuszek podał taksówkarzowi zły adres i wysiadł nie tam, gdzie miał.

Świetnie się uzupełniali. Tylko raz, gdy Lidia trafiła na tydzień do szpitala i wróciła po kilku dniach, zastała męża, który żył na surowym makaronie, popijając wodą. choćby czajnika nie podgrzewał, a co zostawiła w zamrażarce, tak leżało nietknięte.
Bez ciebie mi się nie chce. choćby apetytu nie mam! odpowiedział.

Syn odziedziczył po ojcu intelekt. Andrzejek. Również niezwykle zdolny, ale nieśmiały i rozkojarzony. Na żonę wybrał podobną sobie Olę ze wsi. Lidia przez cały czas była głową rodziny i szykowała się na kolejne wyzwania, zwłaszcza, gdy urodził się wnuk Leszek. Nagle jednak Lidia zachorowała i ciągle słabła.

Dom ogarnęła pustka. Wianusz nie wiedział, co robić, chociaż próbował chodził do najlepszych lekarzy, gotów był zapłacić każde pieniądze. Ale to już nie pomagało.

Serce Lidi bolało bardziej z troski o męża i syna niż o siebie. Modliła się, aby jakoś sobie poradzili bo przecież sami zginą bez niej, jak orchidea w polskim listopadzie!

Wtedy pojawiła się Weronika. Pracowała jako opiekunka i była dalszą krewną lekarza Lidi. Gdy pierwszy raz weszła do mieszkania, zobaczyła niemal eterycznego starszego pana, mówiącego cichutko, w domu panował bałagan, wszędzie rozrzucone ubrania, brudne naczynia, choć była zmywarka, a w powietrzu wisiało przygnębienie.

W pokoju na łóżku leżała chora, bardzo wychudzona pani z dużymi oczami i jeszcze umiała się uśmiechnąć. Weronika odetchnęła, zawinęła rękawy i zabrała się do roboty.

Wieczorem mieszkania nie sposób było poznać pachniało świeżością, a z kuchni czuć było szarlotkę, klopsiki i pieczonego kurczaka. Lidia zasnęła w świeżej pościeli. Gdy Wianuszek chciał wyjść na chwilę, złapała go za kurtkę:
Stój! W taki chłód w samej wiatrówce? Żono zdrowy potrzebny jesteś! Proszę, płaszcz, szalik i czapka na uszy! pouczyła, nie znosząc sprzeciwu.

Lidia aż się wzruszyła. Hałas robiła ta Weronika, taka swojska, ale w rękach wszystko jej się paliło i serce miała złote!
Dzięki Ci, Boże, moje chłopaki pod dobrą opieką wyszeptała.

Kiedy poczuła, iż jest naprawdę źle, poprosiła Weronikę na rozmowę. Najpierw podpytywała o dom, o rodzinę. Weronika mieszkała z mamą i rodziną siostry, w starym M-3. Tłok, więc chętniej była w pracy. Skończyła 45 lat, nie wyszła za mąż. Romansy były, ale do Mendelssohna nie dotarła. Życie płynęło spokojnie, nie narzekała.

I wtedy Lidia powiedziała:
Weroniko, gdy mnie zabraknie, zaopiekuj się nim, proszę. Zostawiam ci męża w spadku! Tak symbolicznie, testamentem. On się ciągle przeziębia, każdemu ufa!

Weronika osłupiała, chciała odmówić, ale Lidia przekonała ją, żeby chociaż przez jakiś czas się nim zaopiekowała. Weronika się zgodziła.

Gdy Lidia odeszła, Weronika długo walczyła z myślami. Co ludzie powiedzą! Jeszcze uznają, iż broniła się o mieszkanie. Ale obietnicy dotrzymała. Zajrzała do mieszkania drzwi otwarte, w kącie siedział Wianuszek, do snu tulił szlafrok żony i płakał jak dziecko pozostawione samo sobie. Weronika podbiegła, objęła go i obiecała, iż wszystko będzie dobrze.

I tak dom znów ożył. Każdego dnia Wianuszek cudem wyczekiwał jej przy drzwiach.
Zdecydowałam się w końcu przeprowadzić. Po co zostawiać go samego? Moim bliskim zrobiło się luźniej. adekwatnie zaopiekowałam się dużym dzieckiem ale jakim mądrym! Finansowo problemów nie mamy żadnych. Kazał mi porzucić inne prace. Ludzie gadali, próbowali mi wmawiać coś złego, ale uciszyłam ich prędko. Czemu ludzie ratują psy i koty z ulicy, a człowieka nie? jeżeli jest bezradny i samotny, to mu pomogę ile dam rady! Dobry jest, kochany ten mój Wianuszek. Do syna teraz jedziemy prosił o pomoc z wnukiem! A ja chętnie, dziesięcioro dzieci bym wychowała! zwierzyła się Weronika.

Nagle do restauracyjnego wagonu wszedł jej Wianuszek, owijając się długim szalikiem, w ręku trzymał bukiet polnych kwiatów.
Po co wstałeś! Jeszcze osłabiony! Oj, naprawdę nie można cię spuścić z oka. Spociłeś się, trzeba się przebrać! zagderała Weronika i już ruszyli ku drzwiom.

A on szczęśliwy szepcze:
Weroniko! Kwiatki ci kupiłem u babci na stacji! Podobają się?
Weronika jeszcze bardziej się zarumieniła i położyła mu rękę na ramieniu.

Wysiedli z pociągu wcześniej. Ona z wielką walizką, on z małą torbą. Ona trzymała go za kaptur, żeby się w tłumie nie zgubił. I tak szli, uśmiechając się do siebie, aż od razu stało się jasne: Weronika zostanie jego drugą żoną, choćby jeżeli tylko z testamentu.

Idź do oryginalnego materiału