Dziennik Marzeny, 13 października
Cały dzień chodziła za mną jedna myśl: ile jeszcze mogę znosić? Czy naprawdę jestem mądrą kobietą, czy tylko wygodną kobietą, jak mówi Tomek? Przez dwa dni szykowałam urodzinowe przyjęcie dla bliźniaków Antka i Pawła a dziś rano znowu poczułam ten nieprzyjemny ucisk w żołądku. Tomek od rana krążył po kuchni, przestawiając miski i talerze. A potem padły te słowa, przez które cała para poszła w gwizdek.
Gdzie postawisz tę kryształową salaterkę? pytam go, z nożem w ręce, zagryzając zęby, żeby nie powiedzieć za dużo. Przecież prosiłam, żeby schować ją do szafki. Do serwisu w ogóle nie pasuje.
Marzenko, nie rób z tego problemu Tomek uśmiecha się do mnie tym swoim przepraszającym uśmieszkiem, który dzisiaj działa na nerwy jeszcze bardziej niż zwykle. Grażyna zawsze lubiła tę salaterkę. Uważała, iż sałatka jarzynowa świetnie w niej wygląda. Skoro wszyscy się spotykamy, dla dzieciaków, to może warto zadbać, żeby każdy się dobrze czuł?
Zatrzymałam ręką w pół krojenia ogórka. Oddychałam powoli, licząc do trzech, żeby nie wybuchnąć. Spojrzałam na Tomka, na kuchnię pełną zapachów, i nagle poczułam, iż nie jestem tu u siebie, tylko na jakimś dyżurze.
Rozumiem mówię cicho, niemal bezgłośnie. Ale to jest mój dom. Twój, nasz. Ja, twoja żona, od dwóch dni szykuję wszystko, piekę ciasta, sprzątam podłogi, marynuję mięsa. I co? Teraz muszę dostosować wszystko pod gust twojej byłej żony? Uważasz, iż tak powinno być?
Tomek opadł ciężko na krzesło, przytłoczony swoim poczuciem winy.
Marzenko, proszę cię. Ustaliliśmy bliźniaki mają dwadzieścia lat, chciały mieć na urodzinach oboje rodziców. Co miałem zrobić? Powiedzieć Grażynie, żeby nie przychodziła? Jest ich mamą. To tylko jeden wieczór. Posiedzimy, zjemy tort, rozejdziemy się w spokoju. Chciałem, żeby było bez awantur. Żeby miało to trochę rodzinnego ciepła. Jesteś rozsądną kobietą.
Rozsądna kobieta. Często w Tomkowych ustach oznacza: taka, która przełknie, przymknie oczy, poświęci się dla innych. Wzięłam go do siebie z całym bagażem alimentami, weekendami u synów, ich zbuntowaną młodością. Zbliżyłam się do Antka i Pawła, wypracowałam z nimi normalne, koleżeńskie relacje. Ale Grażyna? Z przeszłości Tomka, głośna, pewna siebie, traktująca go jak swoją własność, na zawsze.
Nie mam nic do synów rzuciłam. Pogodziłam się choćby z tym, iż zaprosiłeś Grażynę. Ale dlaczego cała dekoracja ma przypominać jej wizję salonu z lat dziewięćdziesiątych? Może powinnam założyć sukienkę, którą lubiła? Albo ułożyć włosy tak, jak ona?
Przesadzasz odparł Tomek, podnosząc się. Dobrze, schowam salaterkę. Nie obrażaj się, proszę. Chłopaki będą za godzinę, razem z Grażyną. Pomóżmy sobie, nie psujmy imprezy.
Pocałował mnie gwałtownie w policzek, uciekł do łazienki, a ja zostałam w kuchni sama, między miskami i garnkami, wśród zapachów pieczeni i grzybowego sosu. Ale zamiast uczucia satysfakcji, czułam, jakbym szykowała stypę dla własnego szacunku.
Godzinę później rozległ się hałas w przedpokoju. Śmiechy, tupot, głosy synów już pełnoletnich, wysokich chłopców. Na środku, jak królowa balu w towarzystwie służby, Grażyna. Sukienka czerwona, fryzura usztywniona lakierem, brzmiące powitanie:
No to gdzie nasz Tomuś? Tomku! Przyszliśmy!
Zdjęłam fartuch, poprawiłam się w lustrze, i wyszłam do nich.
Cały korytarz zastawiony butami i kurtkami. Grażyna już rozglądała się za Tomkiem, ignorując moją obecność.
No, Marzena, cześć rzuciła od niechcenia, zajęta wołaniem Tomka. Mamy prezenty! Pomóż mi z tą torbą. W słoikach moje przetwory.
Tomek wyskoczył z pokoju, radosny i zabiegany.
Chłopaki, wszystkiego najlepszego! Grażyna, po co te słoiki? Stół się ugina!
Och, wiem, jakie są wasze stoły odpowiedziała, zerkając na mnie z góry. Pewnie wszystko dietetyczne? Znowu bez soli, bez tłuszczu? A chłopakom trzeba porządnie zjeść. Przywiozłam ogórki, pomidory, grzybki. I galaretę! Na wieprzowych nóżkach, nie to, co ten twój kurczakowy kisiel.
Poczułam, jak robi mi się gorąco na policzkach. Gdy była tu ostatnio, też krytykowała wszystko, jakby to był jej dom.
Witam, Grażyna odpowiedziałam chłodno. Zapraszam do stołu. Jedzenia wystarczy dla wszystkich. A galaretę mam dzisiaj wołową, przejrzystą jak łza.
Zobaczymy uśmiechnęła się z przekąsem i weszła do salonu, nie czekając na zaproszenie. O, kanapa wciąż ta sama? Mówiłam ci rok temu, Tomek, ten kolor postarza pokój. Zasłony też ciemno tu jakoś. W naszym mieszkaniu zawsze było jasno, pamiętasz ten tiul w oknach?
Tomek, zmieszany, podszedł z torbą jej słoików.
Nam się podoba. Jest przytulnie.
Przytulnie? Duszno tu, jak w piwnicy oceniła i usiadła na niewłaściwej kanapie. Chłopaki, do łazienki, ręce myć! Marzena, nie stój nakrywaj, głodni są.
Zacisnęłam dłonie do bólu. Spokojnie mówiłam sobie. Robisz to tylko dla Tomka. Tylko dla święta chłopców.
Wróciłam do kuchni. Tomek przyszedł za mną.
Marzenko, nie złość się na nią szeptał, wyjmując talerze. Ona już taka jest, przyzwyczajona dowodzić. Pomogę ci z sałatkami.
Dam radę sama.
Przy stole atmosfera była fatalna. Grażyna usiadła po prawej stronie Tomka, nasuwając mu się do łokcia. Chłopcy naprzeciw, a ja na skraju, najbliżej wyjścia, jak kelnerka na przerwie.
Za naszych orłów! wzniosł toast Tomek. Dwadzieścia lat, aż trudno uwierzyć.
Żeby tylko, Tomku Grażyna natychmiast przejęła rozmowę. Pamiętasz, jak wiozłeś mnie na porodówkę? Lodowisko, samochód nie chciał odpalić, biegałeś wokół ze strachu i krzyczałeś pod oknem! Co to były za emocje!
Śmiała się głośno, kładąc mu rękę na ramię. Tomek uśmiechał się, rozczulony wspomnieniami.
Oj, młodzi byliśmy, głupi.
Albo jak Paweł wpadł w kałużę w nowym garniturze! Szliśmy wtedy do twojej mamy. Ty go złapałeś, przewracał się, cały mokry! Do fontanny go wsadzaliśmy!
Rozmowa kręciła się wciąż wokół ich dawnych lat: Pamiętasz wakacje w Kołobrzegu?, A tapetowanie sypialni?, A kiedy złamałeś nogę, a ja ci podawałam rosół do łóżka?
Siedziałam cicho, mieszałam sałatkę. Byłam zbędna. Obca. Dekoracją. Chłopcy coś mruczeli do telefonów, Tomek szedł za wspomnieniami, zapominając o mnie zupełnie.
Marzena, podaj chleb rzuciła Grażyna, nie przerywając wspomnień o kursie prawa jazdy. Tomek wtedy wrzeszczał: Hamuj!, a ja przyspieszałam! Prawie rozbiliśmy płot!
Taka byłaś zawsze przebojowa śmiał się Tomek. Ty moja rajdowczyni.
Ty moja to zabrzmiało jak cios. Spojrzałam na niego. choćby nie zauważył, co powiedział. Patrzył na nią tkliwie, jakby znów miał dwadzieścia lat.
A sałatka przesolona stwierdziła nagle Grażyna, wrzucając widelec z jarzynową do ust. Marzena, zakochałaś się? Przesala się, gdy się kogoś kocha. Ale w kogo? W swojego męża? Ha, ha! Tomku, spróbuj mojej galarety. Tam jest prawdziwy smak!
Przechyliła stół, żeby włożyć Tomkowi kawałek galarety na talerz, tuż obok mojego schabowego.
Grażyna, odsuń rękę powiedziałam cicho.
Co? zatrzymała się zdziwiona. Lewa, czemu jesteś taka drażliwa?
Proszę odsunąć rękę od talerza mojego męża. I zabrać swoją galaretę. Tu jest wystarczająco dużo jedzenia ode mnie.
Zaległa cisza. Chłopcy spojrzeli znad telefonów. Tomek rozłożył ręce.
Marzena, co ty? Przecież nic się nie stało. Jest dobre
Smaczne? powoli wstałam. Krzesło zapiszczało po panelach. Smakuje ci wszystko, co robi Grażyna? Dobrze się bawisz wspominając stare czasy? Podoba ci się, jak inna kobieta rządzi w naszym domu, krytykuje meble, jedzenie, mnie?
No już, daj spokój prychnęła Grażyna. Czuła jakaś! Ja tylko doradzam.
Nie potrzebuję twoich rad powiedziałam zdecydowanie. I nie potrzebuję twojego towarzystwa. Wytrzymałam dla Tomka i chłopców. Ale widzę, iż świetnie się tu czujecie beze mnie. Macie swoją idylię i wspomnienia. Ja jestem tu obsługą mam podać, sprzątnąć i nie przeszkadzać.
Marzenko, przestań próbował mnie złapać Tomek. Źle rozumiesz
To wracajcie do wspomnień. Ja wychodzę.
Wyszłam do sypialni. Grażyna rzuciła w ślad za mną:
Widzisz, Tomek? Ona jest nie w porządku. Myśli, iż jest ważniejsza niż jest!
Ręce mi drżały, ale czułam jasność. Spakowałam torebkę, kosmetyczkę, piżamę, tablet. Przebrałam się w wygodne spodnie i sweter.
Zamówiłam taxi przez aplikację. Siedem minut. Wyszłam do przedpokoju w płaszczu. Z salonu znów dobiegał śmiech. Już o mnie nie myśleli. Liczyli, iż wrócę pokornie.
Zajrzałam w drzwi:
Wychodzę. powiedziałam stanowczo.
Zapadła cisza. Tomek spojrzał z kieliszkiem w dłoni.
Do sklepu idziesz? Pieczywo kupisz?
Nie. Jadę do hotelu. Mam dziś swoje święto dzień wolności od chamstwa i braku szacunku. Radźcie sobie sami z tą starą ekipą. Jedzenia pełno, tort na balkonie. Zmywarka w kuchni, kapsułki pod zlewem. Mam nadzieję, iż Grażyna zaprezentuje już nie tylko swoje przepisy, ale i swój zmywak.
Oszalałaś? Tomek podniósł się, wylał wódkę na obrus. Do hotelu? Jest noc, goście jeszcze są!
To Twoi goście, Tomku. Nie moi. Miłego świętowania. Sto lat, chłopaki.
Zamknęłam drzwi, nie słuchając wrzasków Tomka czy oburzenia Grażyny.
W taksówce patrzyłam na nocny Wrocław za oknem. W drodze zadzwoniłam do apartamentu hotelowego:
Dobry wieczór, czy są wolne pokoje typu studio albo apartament? Świetnie. Będę za dwadzieścia minut. Poproszę butelkę szampana do pokoju i talerz owoców. Proszę zapisać mnie na masaż rano. Najwcześniejszą godzinę.
W hotelu było cicho, pachniało perfumami i kawą. Żadnych smażonych cebul, żadnych cudzych głosów. Pokój przywitał mnie chłodem i świeżymi białymi prześcieradłami.
Wzięłam prysznic, owijająca się w miękki szlafrok, nalełam kieliszek chłodnego prosecco, wyszłam na balkon. Miasto skrzyło się w dole, obojętne, piękne.
Telefon wibrował już w taxi. Teraz tylko spojrzałam piętnaście nieodebranych połączeń od Tomka. Trzy wiadomości:
Co ty robisz?
Wróć natychmiast, wstyd przed ludźmi!
Marzenka, to nie żart, Grażyna jest w szoku.
Uśmiechnęłam się i wyłączyłam telefon. Upiłam łyk szampana. Po raz pierwszy od lat czułam się absolutnie wolna. Nie musiałam się martwić, czy mięso przypasuje gościom, czy telewizor nie gra zbyt głośno, czy Tomek się nie obrazi. Byłam sama i to było piękne.
Rano obudziło mnie słońce. Zamówiłam śniadanie do pokoju jajka w koszulce, croissanty i kawę. Popływałam w basenie, poszłam na masaż. Przedłużyłam pobyt o dobę. Nie chciałam wracać.
Dopiero wieczorem włączyłam telefon. Tym razem wiadomości było więcej, o innym tonie.
Marzeno, gdzie jesteś? Martwię się.
Chłopaki wyszły po Tobie. Powiedzieli, iż zrobiliśmy cyrk.
Grażyna wyjechała wieczorem. Pokłóciliśmy się.
Proszę, odbierz.
Zadzwoniłam do męża.
Marzenko! Boże, żyjesz? Gdzie jesteś? głos drżał.
W hotelu, Tomku. Odpoczywam.
Przepraszam westchnął. Jestem głupi. Wszystko zepsułem.
No to mów, jak poszło spotkanie rodzinki po latach?
Koszmarnie. Jak tylko wyszłaś, Paweł powiedział: Wy to rodzice kompletnie nie do ogarnięcia. Matka awanturnica, ojciec bez charakteru. Marzena to normalna babka, a wy ją wygryźliście. Chłopaki zniknęli, choćby tortu nie jedli.
Poczułam cień satysfakcji. Bliźniaki mądrzejsze niż myślałam.
A dalej?
Grażyna zaczęła krzyczeć, iż wychowałem świnie, iż Ty ich nastawiłaś przeciw niej, zaczęła rozstawiać mnie po kątach. Poprosiłem ją, żeby pomogła sprzątać, skoro czuje się gospodynią. Wpadła w szał, stłukła talerz. Ten od serwisu Twojej mamy.
Stłukła talerz? mój głos stwardniał.
Tak Przypadkiem. Wymachiwała rękami. Nie wytrzymałem, kazałem jej wziąć taksówkę i wyjechać. Pokłóciliśmy się straszliwie. Wypomniała mi wszystko: pensję sprzed dwudziestu lat, moją mamę, to, iż zrujnowałem jej życie. Postawiłem jej walizkę za drzwiami.
Tomek zamilkł, oddychając ciężko.
Siedzę tu sam, wśród brudnej zastawy. Nic nie sprzątałem. Po prostu nie mogę. Wróć, Marzenko, proszę Już nigdy Żadnych byłych u nas. Przysięgam.
Nie sprzątałeś, mówisz? zapytałam z chłodem.
Nie. Wszystko stoi.
Bardzo dobrze. Masz czas do jutra rano, żeby mieszkanie lśniło. Żadnych wątków po Grażynie: ani jej zapachów, ani słoików, ani galarety. jeżeli zobaczę choć okruszek lub poczuję jej perfumy obracam się na pięcie i składam papiery rozwodowe. Rozumiesz?
Rozumiem, Marzenko. Posprzątam wszystko. Błagam, wróć! Kocham Cię. Nigdy nie chciałem, żeby tak było
Nigdy nie chciałeś wychodzi ci świetnie, kiedy myślisz głową, a nie starasz się być dobry dla wszystkich. Wrócę jutro, około południa. Tomek jeżeli jeszcze raz pozwolisz komuś mnie krytykować w moim domu, wyjdę nie do hotelu. Odejdę na zawsze.
Położyłam słuchawkę. Za oknem hotelu rozświetlały się miejskie światła. Dopijałam kawę bez pośpiechu. Czułam żal do Tomka łagodnego, pogubionego w staraniach o bycie wzorowym ojcem. Ale jeszcze bardziej żałowałam siebie tej, która zgadzała się na bycie niewidzialną przez lata.
Nigdy więcej. Ten mały urlop zmienił coś we mnie. Zrozumiałam, iż mam prawo być ważna. Nie tylko wyrozumiała, nie wygodna. Po prostu ważna dla siebie.
Następnego dnia weszłam do mieszkania pachniało cytryną i płynem do czyszczenia. Okna szeroko otwarte, ślady awantury wywietrzone. Tomek, zmęczony, z czerwonymi oczami, wyszedł do mnie w przedpokoju.
Wysprzątałem wszystko powiedział, patrząc na mnie jak zbity pies. choćby zasłony uprałem, bo pachniały lakierem do włosów.
Weszłam do kuchni. Czysto. Żadnych słoików. Salaterka zniknęła.
A salaterka? zapytałam.
Wyrzuciłem mruknął. Razem z galaretą. Nigdy jej więcej nie chcę.
Podeszłam, spojrzałam na niego.
Dobrze powiedziałam, zdejmując płaszcz. Nastaw czajnik. Zjemy jeszcze mój tort. Chyba iż też go wyrzuciłeś?
Tomek się rozpromienił, objął mnie nieśmiało.
Tort zostawiłem. Dobry był. W nocy zjadłem kawałek z rozpaczy. Jesteś dla mnie najlepszą żoną, wybacz mi głupotę.
Wybaczam. Ale to był ostatni raz. Ostatni.
Usiadliśmy przy herbacie. Patrzyłam na niego i pomyślałam: czasami, żeby uratować rodzinę, trzeba na chwilę z niej odejść. Żeby puste miejsce przy stole powiedziało więcej niż tysiące słów.










