Mąż zaproponował, by na wszystkie święta oddać sypialnię swoim rodzicom, a samym spać na podłodze – „To przecież nasi rodzice, trochę się poświęcimy!” Czy naprawdę polska gościnność musi oznaczać rezygnację z własnego komfortu?

newsempire24.com 3 godzin temu

Przecież sama wiesz, iż tata ma rwa kulszową! Nie może spać na rozkładanej kanapie, bo już się z niej nie podniesie. A mama całą noc nie śpi, potrzebuje ciszy i ciemności, a w salonie przez okno bije światło z latarni. No wytrzymamy te kilka dni na podłodze, Aniu, co to za tragedia? Jesteśmy przecież młodzi!

Anna zamarła z chochlą w dłoni, zupełnie zapominając, iż nalewała zupę. Cienka stróżka zupy spokojnie wróciła do garnka, gdy sens słów męża docierał do niej powoli, jak gęsty kisiel. Odwróciła się powoli do Piotra, który siedział przy kuchennym stole, pilnie studiując wzór na ceracie, jakby od tego zależało całe jego życie.

Chwila, Piotrek, powiedz mi, czy dobrze Cię rozumiem. Twoi rodzice przyjeżdżają do nas na całe święta, od trzydziestego grudnia do ósmego stycznia, to już ustaliliśmy. Ale teraz chcesz, żebyśmy im oddali naszą sypialnię, z tym naszym, wybranym przez dwa miesiące, bardzo drogim ortopedycznym materacem, który kosztował nas fortunę, a sami mamy spać w salonie?

No tak Piotr w końcu podniósł wzrok, w jego oczach mieszały się poczucie winy ze stanowczością. To przecież rodzina, trzeba być gościnnym, szacunek do starszych się liczy! No nie położę taty na tej starej kanapie, tam sprężyna wystaje.

Spać na tym się nie da, wiem Anna skinęła głową. Dlatego tam nie śpimy. Ale Piotrek, zapominasz o czymś ważnym. Ja też mam kręgosłup! Przepuklina lędźwiowa, jeżeli pamiętasz, po wypadku? A za tydzień wracam do pracy, zamykam rok na koncie.

Aniu, tylko nie zaczynaj Piotr skrzywił się jak po cytrynie. Zorganizowałem już wszystko. Kanapy choćby nie będziemy rozkładać. Od Kacpra pożyczyłem świetny, duży materac dmuchany. Prawie jak łóżko. Położymy go w salonie, będzie cudownie. Jak na biwaku, jak kiedyś pod namiotem.

Biwak? Na podłodze? W wieku trzydziestu ośmiu lat? Anna odłożyła spokojnie chochlę, czując narastający wewnątrz gniew. Piotrek, to nie jest studencka majówka w Bieszczadach. To jest mój dom. I sypialnia to jedyne miejsce, gdzie mogę odpocząć. Twoja mama już o szóstej rano buszuje w kuchni, a jak będziemy spać w salonie, który łączy się z kuchnią, będziemy wstawali razem z nią.

Powiem mamie, żeby była cicho rzucił niepewnie Piotr. Aniu, naprawdę, zrozum. Kupili już bilety, przyjeżdżają do wnuków. Chcesz być egoistką? Obiecałem mamie, iż będą mieli komfort. Martwiła się, czy nas nie kłopoczą, a ja powiedziałem: Mamuś, będziecie spać jak królowie.

Aha, czyli już obiecałeś Anna przeciągnęła głosem. Znów postanowiłeś za mnie. Łóżko nasze, mój komfort, bez pytania?

Przecież chciałem dobrze! wybuchł Piotr. Robisz ze mnie tyrana. Chcę tylko, żeby rodzice mieli wygodę. Są już starsi!

Sprzeczka rozgorzała na dobre. Anna wyszła do łazienki, włączyła prysznic i długo siedziała na brzegu wanny, patrząc na swoje odbicie w lustrze. Kochała męża, ceniła ich mieszkanie, choćby jeżeli na kredyt, ale widok teściowej zawsze ją wykańczał. Stanisława była kobietą głośną, energiczną i zawsze miała ostatnie zdanie. Teść, Janusz, był cichy, ale strasznie drobiazgowy.

Anna wiedziała, iż pole tej bitwy już przegrała. Opór sprawiłby, iż miałaby przeciwko sobie nie tylko teściową, ale i Piotra, który patrzyłby potem na nią jak zbity pies i wzdychał o swojej twardej żonie.

Przygotowania do wizyty rodziców Piotra wyglądały jak ewakuacja przed klęską żywiołową. Anna opróżniała szafę w sypialni, wieszając sukienki i garnitury w przedpokoju. Z toaletki sprzątała kosmetyki do szuflad w łazience Stanisława lubiła wypróbować wszystko bez pytania, by potem krytykować zapach czy konsystencję.

No widzisz, wszystko się zmieściło skomentował pogodnie Piotr, pompując z hukiem niebieski materac na środku salonu. Zobacz, jaki sprężysty! Sam testowałem bajka!

Anna spojrzała na gumowy potwór blokujący wyjście na balkon. Materac śmierdział chemią.

Bajka? mruknęła. Pościel będzie z niego spadać, jest śliski. I od podłogi ciągnie zimno.

Damy koc pod spód, wełniany! rzucił z triumfem mąż.

Trzydziestego grudnia, równo o siódmej rano, zadzwonił domofon. Teściowie przyjechali. Stanisława, w futrzanej czapie, natychmiast zawładnęła przedpokojem.

O, nareszcie dotarliśmy! Cała droga pełna przygód, pociąg okropny, konduktorka z opryskliwa, choćby kawy nie chciała podać! wołała, zdejmując płaszcz. Aniu, czemu taka blada? Chorujesz może? Janusz, delikatnie z tą torbą, tam są słoiki z ogórkami!

Janusz w milczeniu wtaszczył dwie wielkie walizki i rozejrzał się, szukając kapci.

Proszę, zdejmujcie płaszcze, śniadanie czeka Anna usiłowała się uśmiechać, choć bolała ją głowa po zarwanej nocy, bo kończyła roczny raport, by mieć wolne w święta.

Stanisława od razu weszła do sypialni na przegląd.

No, czysto oceniła, przejeżdżając palcem po ramie łóżka. Tylko te zasłony jakieś ponure. A materac? Piotrek mówił, iż ortopedyczny? Wygląda sztywno. Janusz, połóż się, sprawdź!

Teść rzucił się na ich łóżko w spodniach od garnituru. Anna zacisnęła zęby, milcząc.

Może być mruknął. Tylko te wasze nowe poduszki Akurat zwykłych, pierzowych nie ma?

Nie, panie Januszu, tylko anatomiczne odparła Anna. Dobrze robią na kark.

Ech, całe życie spałem na pierzu i nic mi nie było machnęła ręką teściowa. Zobaczymy, damy radę. Piotr, a wy gdzie? W salonie?

Tak, mamo, materac dmuchany, luksus! rzucił z dumą Piotr.

Cały dzień minął w biegu. Gotowanie, krojenie sałatek, monologi teściowej o sąsiadach, chorobach i polityce. Anna czuła się jak służąca we własnym domu. Chciała wypić kawę, ale Stanisława od razu rzucała polecenia: Ania, zmień ręcznik w kuchni, Ania, kupiłaś chleb żytni? Janusz nie je pszennego.

Noc była istnym horrorem.

Niechciany król komfortu, jak nazwał materac Piotr, okazał się maszyną tortur. Jeden się poruszył drugi podskoczył jak na trampolinie. Guma piszczała z każdym ruchem. Prześcieradło zwinęło się w kłąb po godzinie. Od podłogi ciągnęło, mimo koce.

Anna leżała, patrząc w sufit, gdzie migały światła zewnętrznych lampek. Bolały ją plecy, materac nie dawał żadnego oparcia, a ciało zapadało się jak w hamak.

Około trzeciej w nocy drzwi sypialni chrupnęły. Janusz w kapciach, potem Stanisława po wodę. Arka zamiast drzwi w salonie sprawiała, iż każde wyjście wiązało się z zapaleniem światła prosto w oczy leżącym na podłodze gospodarzy.

Rano, w Sylwestra, Anna ledwo się podniosła. Sztywny kark, ból lędźwi.

Dzień dobry! zawołała teściowa, wychodząc z sypialni w jedwabnym szlafroku, który dostała kiedyś od Anny. Oj, jak się wyspałam! Cisza, cudownie. Tylko materac twardy, Janusz narzekał, iż bok obolały. Trzeba było kupić miększy.

Anna bez słowa stawia na gaz kawę. Miała ochotę płakać.

A wy czego tacy niewyspani? zdziwiła się Stanisława. Piotrek, worki pod oczami. Trudno się śpi na podłodze?

Nic takiego, mamo, przywykniemy ziewnął Piotr, przecierając ramię. Po prostu pierwsza noc.

Wy młodzi to wszędzie możecie spać. Ania, a ty ogórki do jarzynowej dajesz kiszone? Ja zawsze świeże, lepsze są. I ten twój majonez jakiś tłusty…

Anna obróciła się do teściowej. Łyżka lekko zadrżała w jej rękach.

Pani Stanisławo wyszeptała cicho ja robię tę sałatkę tak, jak lubi moja rodzina. Chce pani ze świeżym ogórkiem, niech sobie pani dorzuci leżą w lodówce.

Nastała lodowata cisza. Usta Stanisławy zacisnęły się gniewnie, Piotr spojrzał z przerażeniem na żonę.

Taka niegrzeczna? Dałam tylko radę. Janusz, słyszysz? Tu już się choćby odezwać nie można.

Ania, może jednak… zaczął Piotr.

Idę pod prysznic ucięła Anna i wyszła z kuchni.

W łazience odkryła, iż jej ulubiony szampon był wciśnięty w tył szafki, a miejsce zajęły butelki pani Stanisławy. Na jej gąbce tkwił czyjś włos. ale najgorsze czekało w szafce z kremami. Jej cenny, oszczędzany krem przeciwzmarszczkowy, którego używała od święta, był… otwarty. Ktoś wygrzebał palcami solidną porcję.

Anna aż zaniemówiła z oburzenia. Wybiegła z łazienki z kremem w ręce.

Pani Stanisławo, używała pani mojego kremu?

A tego? Teściowa choćby nie odwróciła głowy od telewizora. U Janusza z drogi pięty popękały, okropnie suche. Wybrałam jakiś z twoich kremików, był tłusty. Świetny, od razu się wchłonął. Żal?

Pięty? Tym kremem za trzy tysiące złotych?!

Ile? wykrztusiła teściowa. Zwariowałaś, tyle za krem? Piotrek, słyszysz? A my ci na skarpety dokładamy!

To moje pieniądze wycedziła Anna. Sama na niego zarobiłam. To był MÓJ krem.

Stanisława rozłożyła ręce. Widzisz ją! Pięty teścia jej mniej ważne niż słoiczek kremu. Egoistka zawsze mówiłam!

Piotr stał zamieszany, skacząc wzrokiem między matką a żoną.

Aniu, mama nie wiedziała no kupimy nowy krem, przecież zaraz święta…

To przelało czarę. Anna spojrzała na męża, wsłuchując się w swoje ciche, narastające ledwo wyczuwalne dość. Jeden rzut oka na rozłożony pośrodku salonu materac, na zadowoloną z siebie teściową…

Masz rację, Piotrze powiedziała bardzo spokojnie. To przecież święta. Nie będę ich psuć humorem czy chciwością.

Odwróciła się i ruszyła do przedpokoju.

Gdzie idziesz? zapytał spanikowany mąż.

Zaraz wrócę.

Wyszła na mróz. Lodowe powietrze oczyściło jej głowę. Wyjęła telefon, otworzyła aplikację hotelową. W centrum był świetny SPA-hotel, przez lata szkoda jej było pieniędzy. W Sylwestra ceny absurdalne, ale Anna nie wahała się ani sekundy.

Był wolny apartament. Najlepszy. Z wielkim łóżkiem, jacuzzi, śniadaniem do łóżka. Anna kliknęła Rezerwuj. Z karty ściągnęło połowę jej miesięcznej pensji. Trudno.

Dziesięć minut później wróciła do mieszkania. W salonie cicho bzyczał telewizor. Stanisława ostentacyjnie piła krople na serce w kuchni.

Anna zaczęła spokojnie pakować rzeczy do podróżnej torby.

Anka, co robisz? Piotr przestraszony niemal do białości.

Wyjeżdżam.

Dokąd? Do mamy?

Nie, u mamy też goście. Jadę do hotelu.

Do jakiego hotelu? Po co? Przecież mamy gości, święta, rodzinę…

Właśnie, macie rodzinę. Macie komfort sypialnię oddałam. Masz tę swoją romantykę na materacu, korzystaj. Ja chcę spać w łóżku, kąpać się w łazience, gdzie wszystko jest moje. Nie muszę ukrywać rzeczy.

Zostawisz mnie z nimi samemu?! panika brzmiała w głosie Piotra. Ania, tak nie wolno! Co powiem mamie?!

Prawdę. Że żona jest egoistką, a do tego lekkoduchem, który wydaje kasę. Mamy o czym gadać przy stole.

Anka, nie! złapał ją za rękę. To nasz dom!

Dokładnie. Nasz. Ale skoro nie ma w nim miejsca dla mnie, zrobię je sobie sama, za własne pieniądze. Wrócę trzeciego, jak pojadą do twojej ciotki. Albo ósmego. Nie wiem jeszcze.

Stanisława wychyliła się z kuchni. O co tu chodzi? Gdzie idziesz o tej porze?

Mamo, nie wtrącaj się! syknął Piotr, pierwszy raz tego dnia podnosząc głos.

Jadę odpocząć, pani Stanisławo. Kuchnia pełna żarcia, gęś w piekarniku, wystarczy wcisnąć guzik. Dobrego Sylwestra!

Nałożyła puchową kurtkę, wzięła torbę i wyszła. Słyszała za drzwiami coraz głośniejsze głosy. Teściowa krzyczała, Piotr tłumaczył się, ale to wszystko już jej nie dotyczyło.

W hotelu było cicho, pachniało igliwiem i świeżymi perfumami. Recepcjonistka podała klucz z uśmiechem.

Anna weszła do swojego apartamentu i miała ochotę płakać ze szczęścia. Wielkie łóżko z białą pościelą. Cicho. Żadnych smażonych cebul, żadnej gumy. Rozebrała się, nalała wodę do wanny, zamówiła szampana i owoce.

Telefon dźwięczał od powiadomień i połączeń. Piotr, teściowa, choćby teść: Anno, wróć, to nie po ludzku. Anna wyłączyła telefon.

W noworoczną noc pierwszy raz w życiu była sama. Miała szlafrok, prosecco i widok z dziesiątego piętra na fajerwerki. Była wreszcie wolna od ciągłego posłuszeństwa, poleceń, ścierki w ręku. Po prostu była.

Pierwszego stycznia spała do południa. Przestały ją boleć plecy. choćby była na masażu i basenie. Telefon włączyła dopiero wieczorem.

Dziesięć nieodebranych od Piotra. I jednego długiego SMS-a:

Ania, wybacz. Jestem głupi. Materac spuścił powietrze o trzeciej. Spałem na podłodze. Mama mi wierci od rana dziurę w brzuchu, iż nie umiem zatrzymać własnej żony. Tata chodzi nadąsany. Gęś się spaliła, bo nikt nie wiedział, jak ustawić piekarnik. Wiem, przez co przechodzisz. Wróć. Ogarniemy to inaczej. Zmienię wszystko. Rodzice w hotel, Ty wracasz do sypialni. Błagam, wracaj.

Anna tylko się uśmiechnęła. Nie, kochany. Ta lekcja ma zostać zapamiętana.

Do mieszkania wróciła trzeciego stycznia, zgodnie z planem. Otworzyła drzwi. W domu panował chaos buty w przedpokoju, sterta brudnych naczyń w kuchni.

Piotr siedział na złożonym materacu, nieogolony i zasiniały. Ledwo ją zobaczył, odetchnął z ulgą.

Jesteś!

Stanisława wyszła z sypialni z miną wojowniczki, ale łatwo odczytać było rezygnację.

No, wywędrowałaś sobie? zaczęła, ale widząc spojrzenie Anny zamilkła.

Anna wyglądała na wypoczętą, z rumieńcem na twarzy. Odłożyła torbę.

Dzień dobry. Jak tam święta?

Fatalnie! wypaliła teściowa. Piotra przewiało, nic do jedzenia, musieliśmy zamawiać pizzę, teraz mnie brzuch boli! Zostawiłaś nas samych.

Ja tylko zrobiłam wam miejsce. Chcieliście komfortu i mieliście. Ja zadbałam o swój.

Mamo, już dość odezwał się cicho Piotr. Podeszedł do Anny i złapał jej dłonie. Porozmawialiśmy z rodzicami. Tata uznał, iż tak nie można. Zaraz przeniosę ich rzeczy do salonu. Kanapę naprawiłem, trochę podłożyłem, jest ok. Ty wrócisz do sypialni.

Anna spojrzała ze zdumieniem Piotr sam naprawił kanapę? Dwie noce na podłodze potrafią rzeczywiście nauczyć pokory.

A co z tatą i jego kręgosłupem? zapytała.

Tata twierdzi, iż jak śpi wygodnie, to nic go nie boli burknął Janusz, pojawiając się w drzwiach kuchni. I tak wyjeżdżamy piątego, do rodziny, ścigają nas.

Stanisława chciała jeszcze zaprotestować, ale widząc determinację syna i spokój synowej tylko machnęła ręką.

Róbcie, jak chcecie. I tak mam tylko kłopoty…

Tego wieczoru, gdy rodzice zasnęli na naprawionej kanapie, Anna i Piotr wylegiwali się w swoim łóżku.

Naprawdę tyle wydałaś na hotel? szepnął Piotr, obejmując żonę.

Naprawdę. I nie żałuję ani złotówki.

Oddam Ci, przysięgam.

Nie trzeba. Potraktuj to jako kurs asertywności. Dla Ciebie.

Piotr milczał i przytulił się mocniej.

Nigdy już nie poproszę Cię, żebyś spała na podłodze. I… krem też Ci kupię. Taki sam, jak tamten trzy tysiące!

Trzymam Cię za słowo uśmiechnęła się Anna w ciemności. A materac wyrzuć albo oddaj wrogom.

Przeciąłem go już na kawałki. Przypadkowo. Rano, nożyczkami.

Anna parsknęła śmiechem. Całe napięcie ostatnich dni odpłynęło. Była u siebie, w swoim łóżku, w swoim domu. I wiedziała, iż o granice własnego świata trzeba walczyć choćby jeżeli kosztuje to sporo i wymaga radykalnych rozwiązań. Ale szacunek do samej siebie jest wart o wiele więcej niż najdroższy krem z półki.

Idź do oryginalnego materiału