Weszłam do mieszkania w środę o siódmej wieczorem. Od razu poczułam ten zapach. Nie pot, nie brud. Zapach faceta, który cały dzień leżał na kanapie. Pilot, konsola, pusta butelka po coli, chipsy pokruszone w misce. Z dużego pokoju dochodziło „kurde, no strzelaj!” i dźwięk strzelaniny.
— Jestem — rzuciłam w przestrzeń.
Mariusz nie odpowiedział. choćby nie odwrócił głowy. Siedział w słuchawkach, w dresie, z nogami na stoliku. Piąty rok z rzędu. Odkąd zamknął warsztat na warszawskiej Pradze, miał jedną pracę: przejść kolejny poziom.
W kuchni zlew był pełen. Na patelni zastygł tłuszcz i resztki jajecznicy, na desce leżał nóż z masłem, obok stała otwarta śmietana. W łazience z pralki wystawał koc, który rano włożyłam do bębna. Wyjął, otulił się, wrócił na kanapę.
Zdjęłam kurtkę. Postawiłam torbę z Żabki na podłodze w przedpokoju — wiejska kwaśna śmietana, parówki, kajzerki, pomidory. Chciałam zrobić szybki obiad. Zamiast tego stałam i patrzyłam na swoje odbicie w lustrze.
— A, jesteś. Co na obiad? — zawołał z pokoju. — I gdzie moje szare skarpetki? Nie mogłem znaleźć rano.
— Nie wiem — powiedziałam.
I wtedy poczułam to trzask. Gdzieś pod mostkiem, jak pstryczek od starej lampy. Wszystko, co miałam w głowie — „zaraz się przebiorę, nastawię wodę, zrobię kanapki” — wyłączyło się. Zostało tylko zmęczenie. Takie, które ma wagę.
Przebrałam się w nową piżamę, tę w drobne granatowe paski, którą kupiłam na wyprzedaży w Reserved i jeszcze ani razu nie włożyłam. Wzięłam z półki „Czułą przewodniczkę” Natalii de Barbaro. Leżała od listopada. Zaczęłam czytać w sypialni, z poduszką pod plecami.
Po dwudziestu minutach wstałam, otworzyłam aplikację Glovo. Zamówiłam pizzę quattro formaggi, sałatkę z rukolą i herbatę jaśminową. Nacisnęłam „zamów i zapłać”. Kwota: osiemdziesiąt cztery złote. Płatność kartą. Czas dostawy: trzydzieści pięć minut.
Położyłam się z powrotem.
Mariusz znowu coś krzyknął do ekranu. Ktoś dzwonił do drzwi. Nie ruszyłam się.
— Otworzysz?! — zawołał.
Cisza.
— Ej, kurier chyba!
Cisza.
Usłyszałam, jak zrywa słuchawki, wstaje, otwiera drzwi. Głos kuriera: „Zamówienie dla pani Alicji”. Mariusz: „Jakie zamówienie?”. „Pizza”. „Jaka pizza, ja nic nie zamawiałem”. „Proszę podpisać. Opłacone kartą”. Potem trzaśnięcie drzwi.
Mariusz wszedł do sypialni. W dłoni trzymał papierową torbę. Nie pudełko — torba była płaska, pizza na grubym cieście. Ser już wypłynął przez boczne otwory.
— Ala, co to ma być?
— Pizza.
— Widzę, iż pizza. Ty dla siebie zamówiłaś?
— Tak.
— A ja?
— A ty co zjadłeś rano? — zapytałam, nie unosząc głowy znad książki. — Śmietanę? Chleb? Jajka?
— No ale…
— Mariusz, ile razy w tym tygodniu otworzyłeś lodówkę, żeby coś ugotować? Nie zrobić sobie kanapki. Ugotować.
Popatrzył na mnie z góry. Torba mu się zgięła w ręku, z brzegu kapał olej. Wyglądał, jakby ktoś mu powiedział, iż zabrali mu ulubioną drużynę z ligi.
— Ty chyba żartujesz.
Wstałam. Podeszłam do szafy, otworzyłam ją i wyciągnęłam z górnej półki teczki. Wcześniej leżały w szafce nocnej po jego stronie. Umowy: rachunek za prąd, ubezpieczenie, kredyt na auto. Położyłam je na łóżku, obok pizzy.
— Co robisz? — spytał.
— Od jutra rachunki dzielimy. Ty pędzisz na konsolę, to pędź i do opłat. Ja już nie będę ogarniać wszystkiego sama. Kredyt za samochód — twój. Mieszkanie — nasze, ale media po połowie. Internet też. Bo z niego korzystasz więcej niż z wody.
Mariusz zaśmiał się, ale twardo, jakby mu się czknęło.
— Chyba cię pogięło. Przecież ja nie mam dochodu. Skąd ci przyjdzie do głowy…
— To poszukaj. Na Pradze szukają mechaników.
— Ala, no weź. Po pięciu latach?
Zamknęłam szafę. Wytarłam dłonie w nogawkę piżamy.
— Właśnie po pięciu latach. Na jutro masz umysł otwarty, a nie tylko pokój zamknięty.
Zabrał torbę z pizzą. Myślałam, iż rzuci coś jeszcze, ale on tylko obrócił się i wyszedł. Po chwili usłyszałam, jak w kuchni otwiera szafkę. Potem brzęk kubka. Potem odkręcił kran. Nie odezwał się już.
Następnego ranka wstałam przed budzikiem. W kuchni — nowy widok: patelnia umyta, deska wstawiona do zlewu, na blacie okruszki — ale mokre, świeże. On spał na kanapie, koc naciągnięty na głowę. Konsola zgaszona. Przy chlebaku leżała kartka: „Szare skarpetki są w koszu na pranie, nie wiem gdzie indziej. Pogadamy wieczorem”. Poniżej dopisek, drobno: „Może mi coś zamówisz, bo ja nie wiem co zjeść”. Na słowie „zamówisz” odbił się tłuszcz.
W pracy przy biurku otworzyłam skrzynkę. Wiadomość z Urzędu Pracy, newsletter, potem powiadomienie z banku: z konta zeszło osiemdziesiąt cztery złote. I jeszcze jedno powiadomienie — z aplikacji do zarządzania mieszkaniem: zaległość za czynsz, dwieście trzydzieści złotych. Ktoś musiał nie zaktualizować danych. Nazwisko: Alicja Kruk. Adres: ulica Targowa, Praga, Warszawa.
Zadzwoniłam do spółdzielni.
— Dzień dobry, mówi Alicja Kruk. Mam pytanie o zaległość za luty. Proszę mi podać numer konta do spłaty i odsetki.
Kobieta w słuchawce długo czegoś szukała. Potem powiedziała kwotę: dwieście trzydzieści dwa złote i szesnaście groszy. Odsetki — trzy złote.
— To proszę o notę na mój adres. I proszę dopisać, iż od marca rachunki proszę rozdzielić: część moja i część Mariusza Wójcika. Numer konta ten sam.
— A pan Mariusz ma umowę?
— Jest współwłaścicielem. Proszę wysłać mu wezwanie do zapłaty na adres.
Po drugiej stronie zamilkło. Ale przyjęła. Zanim się rozłączyłam, powiedziałam jeszcze: — I proszę wyłączyć internet w pakiecie, jeżeli mogę złożyć wniosek. Ma być osobno.
Wieczorem wróciłam. W drzwiach stał Mariusz, ubrany w dżinsy i koszulę. Pierwszy raz od tygodni nie miał na sobie dresu.
— Rozmawiałem z Andrzejem z Janowa. Mówi, iż mam być jutro na siódmą w warsztacie. Tylko… nie mam jak dojechać. Auto stoi, wiesz, bez przeglądu.
— To jedź komunikacją. Autobus 125, potem przesiadka w Rembertowie. Znasz trasę.
— Ala…
Wyjęłam telefon. Otworzyłam aplikację bankową. Zrobiłam przelew do spółdzielni. Na ekranie mignęło: „Dwieście trzydzieści dwa złote i szesnaście groszy”. Potem przełączyłam na Glovo. Wyczyściłam adres dostawy. Zamknęłam aplikację.
— Jutro rano zrobię ci kanapki. Jak wrócisz, ugotuję rosół. Ale dopóki nie przyjdziesz z umową, żadnego zamawiania jedzenia. Ani dla ciebie, ani dla mnie.
— To co ty teraz zjesz?
— Coś sobie ugotuję.
Weszłam do kuchni. Otworzyłam lodówkę i wyjęłam jajka, masło, śmietanę. Wstawiłam patelnię na gaz. Mariusz stał w progu z kluczami w ręku, obracał je w palcach. Czterdzieści dwa lata, a wyglądał, jakby pierwszy raz czekał, aż ktoś powie, iż może odejść.
— Ala… a jak mnie nie przyjmą?
— To wrócisz i powiesz mi to prosto w oczy. I pójdziesz na drugi warsztat.
— A jak nie znajdę nic w Warszawie?
— To pojedziesz do Piaseczna. Albo do Wołomina. To twój samochód, twoja sprawa.
Zużyłam całą kostkę masła. Zrobiłam omlet z serem i szczypiorkiem. Zjadłam na stojąco, przy oknie, patrząc, jak za szybą na Targowej zapalają się latarnie. Mariusz cisnął klucze do miski w przedpokoju. Usiadł na kanapie. Ale telewizora nie włączył. Siedział i patrzył w wyłączony ekran.
Wieczorem, przed snem, usłyszałam, jak krząta się w kuchni. Potem zapukał do sypialni. Nie weszłam, nie otworzyłam. Powiedział przez drzwi:
— Zrobiłem ci herbatę.
— Zostaw na stole.
Rano wstałam pierwsza. Na kuchennym blacie stał kubek z zimną herbatą. Obok leżała kartka: „Dzięki za rachunki. Pojadę do Janowa. Wrócę przed siedemnastą”. I drobniej: „Nie zamawiaj beze mnie”. Uśmiechnęłam się i od razu to zetrzeć — zebrać kartkę, zgnieść, wyrzucić.
Nie zgniotłam. Zostawiłam ją pod magnesem na lodówce. Potem wyjęłam z torebki paragon z Glovo. Osiemdziesiąt cztery złote. Schowałam go do pudełka po butach, w którym trzymałam umowy na mieszkanie. Po raz pierwszy od dawna miałam ochotę wrócić wieczorem do domu.














