Mąż wyjechał do „chorych” rodziców, więc postanowiłam zrobić niespodziankę i przyjechałam bez uprzedzenia…

twojacena.pl 7 godzin temu

Każdego ranka budziłem się w mieszkaniu przy ul. Grójeckiej w Warszawie, słysząc szum deszczu uderzającego o parapet. Szarość za oknem wydawała się współgrać z moim nastrojem niepokój, poczucie niepewności, cienie podejrzeń krążyły nad głową.
Od trzech tygodni moja żona, Dorota, niemal rytualnie pakowała sportową torbę i oznajmiała:
Rodzice źle się czują, muszę pojechać do nich na kilka dni.
Za pierwszym razem przyjąłem jej słowa ze zrozumieniem. Pani Halina, teściowa, niedawno miała zabieg wycięcia pęcherzyka żółciowego, a pan Zbigniew, teść, skarżył się na podwyższone ciśnienie. W wieku sześćdziesięciu pięciu lat, to normalne. Zdrowie potrafi płatać figle.
Jasne, jedź powiedziałem. Pozdrów ich, powiedz, iż bardzo się martwię.
Wyjeżdżała w piątek wieczorem, wracała w poniedziałek rano, zmęczona, niemal milcząca, jak po ciężkich dyżurach. Na pytania dotyczące rodziców odpowiadała krótko:
Lepiej, ale jeszcze słabi.
Co konkretnie boli mamę? dociekałem.
Wszystko. Taki wiek machała ręką.
Tydzień później sytuacja się powtórzyła.
Znowu źle? spytałem zdziwiony.
Mama się przewróciła, stłukła. Tata się denerwuje. Trzeba do nich pojechać tłumaczyła, wkładając do torby czyste koszulki.
Może powinienem pojechać z tobą? Pomóc w czymś?
Nie trzeba. I tak ciasno u nich. Lepiej zostań w domu.
Zawsze starałem się trzymać dystans w relacjach z rodzicami Doroty. Nie narzucałem się, nie próbowałem doradzać. Teściowa była raczej chłodna, uprzejma, ale bez serdeczności. Rozmawialiśmy grzecznie, ale nigdy nie udało się zbudować prawdziwej bliskości.
Trzecia wizytacja Doroty u rodziców miała miejsce kolejny weekend.
A tym razem? spytałem, patrząc jak składa w torbę jeansy i sweter.
Tata bardzo źle się czuje. Ciśnienie mu skacze, mama nie daje rady sama.
Wezwaliście lekarza?
Tak, ale wiesz, jak teraz jest z lekarzami pierwszego kontaktu. Przepisał tabletki i tyle.
Dorota opowiadała przekonująco, ale jej ton brzmiał mechanicznie, bez emocji osoby autentycznie zmartwionej.
Może powinni trafić do szpitala?
Nie chcą. Boją się. Wolą w domu.
Zamknęła torbę i pocałowała mnie w policzek.
Nie martw się. Postaram się wrócić jak najszybciej.
Po wyjeździe zostałem sam z narastającym niepokojem. Próbowałem przypomnieć sobie ostatnią rozmowę z teściową. Minął chyba miesiąc. Halina zadzwoniła, by złożyć życzenia mojej mamie.
Wtedy brzmiała pogodnie, pytała o pracę, opowiadała o działce. Ani słowa o problemach zdrowotnych, wręcz przeciwnie chwaliła się zbiorami pomidorów i planami na zimę.
Dziwne mruknąłem patrząc na jesienny deszcz za oknem. jeżeli jest tak źle, czemu nie dzwoni? Zawsze informowała, gdy coś się działo.
W poniedziałek Dorota wróciła jeszcze bardziej przygnębiona.
Jak tam rodzice? spytałem.
Tata lepiej, mama słaba.
A co mówił lekarz?
Jaki lekarz?
Ten, co przychodził. Wspominałaś o nim.
Ach, tak Polecił obserwować, jak się pogorszy to szpital.
Szybko się przebrała i rzuciła do komputera. Rozmowa nie miała szans na dalszy ciąg.
Wieczorem, kiedy żona była pod prysznicem, zajrzałem do jej telefonu. Nigdy nie zaglądałem, ale tym razem intuicja podpowiadała, żeby sprawdzić.
Brak połączeń z rodzicami. Zero telefonów do Haliny czy Zbigniewa przez ostatnie dwa tygodnie.
jeżeli mieszka u nich przez weekend, nie musi dzwonić pomyślałem.
Jednak zwykle w takich sytuacjach teściowie choć raz kontaktowali się ze mną. Był spokój nie odezwali się ani razu.
Czwarty wyjazd zapowiedziała w piątek.
Znów rodzice? upewniłem się.
Tak. Mama ma gorączkę. Chyba się przeziębiła.
Dorota, może tym razem pojadę z tobą? Pomogę.
Po co ci to? odpowiedziała chłodno. Ty masz swoje sprawy.
Nie sprawia mi to kłopotu. W końcu to także moi rodzice.
Nie trzeba. I tak jest za ciasno. Jeszcze się zarazisz.
Dorota uniknęła kontaktu wzrokowego, pakując rzeczy w pośpiechu, jakby spieszyła na pociąg.
Na którą się wybierasz? zapytałem.
Na zwykłą Koleje Mazowieckie, o siódmej wieczorem.
Chcesz, odprowadzę cię na dworzec?
Nie trzeba. Poradzę sobie.
Pocałowała mnie i wyszła szybko, zostawiając za sobą dziwną ciszę i nierozwiązane zagadki.
Sobota minęła mi na rozmyślaniu. Wciąż walczyłem ze sobą. Z jednej strony bałem się oskarżać Dorotę bez dowodów. Z drugiej coś było nie tak.
Czy naprawdę jestem podejrzliwym mężem? Może rzeczywiście jej rodzice są chorzy próbowałem wytłumaczyć sobie.
W porze obiadu zdecydowałem się. jeżeli teściowie faktycznie chorują, ucieszą się z mojej obecności. Upiekłem szarlotkę, kupiłem owoce i trochę słodyczy, spakowałem wszystko i pojechałem do rodziców Doroty.
Zrobię im niespodziankę pomyślałem. A przy okazji i Dorocie.
W kuchni pachniało jabłkami i cynamonem, gdy szarlotka stygnęła. Owoce zapakowałem do reklamówki, ubrałem się elegancko i wyruszyłem na dworzec Warszawa Zachodnia.
Podczas podróży uśmiechałem się, wyobrażając sobie zdziwienie Doroty, gdy nagle pojawię się z torbą smakołyków. Ona otworzy drzwi, zobaczy mnie, przez chwilę będzie zaskoczona, potem się rozpromieni.
Adam? Skąd ty tutaj? powie.
Chciałem odwiedzić was, zobaczyć jak się czujecie.
Podróż do podwarszawskiego Wołomina zajęła nieco ponad godzinę. Teściowie mieszkali w małym domku z ogrodem, dorastała tu Dorota, znała każdy zakątek.
Podszedłem do furtki i zadzwoniłem dzwonkiem. Po chwili wyszła pani Halina.
Adam? Co ty tu robisz? spytała zdziwiona.
Wyglądała wyśmienicie. Zaróżowione policzki, błyszczące oczy, żadnych oznak choroby. Miała na sobie dres, włosy związane.
Dzień dobry, pani Halino. Przyjechałem odwiedzić was. Dorota mówiła, iż jesteście chorzy.
Chorzy? roześmiała się. Jaka choroba? My zdrowi jak dęby! Skąd ten pomysł?
Wtedy poczułem, jak krew napływa mi do twarzy, serce bije szybko, a reklamówka z szarlotką wydaje się cięższa.
Dorota twierdziła, iż wam pomaga, iż potrzebujecie wsparcia.
Pomaga? teściowa zaprzeczyła. Adamie, syna nie widzieliśmy od tygodni!
W tle usłyszałem głos teścia.
Halina, kto przyszedł?
Adam do nas przyszedł! odpowiedziała.
Pan Zbigniew pojawił się w korytarzu. Siedemdziesiąt lat, siwy, silny, w roboczych spodniach i flanelowej koszuli. Pewnie przed chwilą był w garażu.
O, zięć! ucieszył się. Jakie to rzadkie odwiedziny!
Panie Zbigniewie, gdzie jest Dorota? zapytałem wprost.
Skąd mam wiedzieć? wzruszył ramionami. Może w pracy? Może u was w domu?
Dorota mówiła, iż przyjechała do was, iż pomagacie jej się leczyć.
Teść spojrzał na teściową.
Adamie, my nie chorujemy. Dorota nie była u nas od dawna. Ostatni raz przypomnij, Halina?
Na świętego Piotra, w lipcu. Przyjechała na urodziny ojca.
Tak, potem choćby nie dzwoniła potwierdził teść.
W środku poczułem, iż wszystko się rozsypało. Każda wyjazd Doroty okazała się kłamstwem, czystą manipulacją.
Adamie, coś się stało? zapytała teściowa. Wyglądasz blado. Wejdź, napij się herbaty.
Nie, muszę już wracać odpowiedziałem.
Ale jak to? Przecież przywiozłeś szarlotkę! nalegała.
Proszę, częstujcie się. podałem reklamówkę.
A Dorota gdzie? dociekał teść. Nie z tobą przyjechała?
Nie wiem odpowiedziałem szczerze.
Teściowie odprowadzili mnie do furtki. Szło mi się ciężko, myśli były chaotyczne.
W drodze na przystanek patrzyłem na szare, wrześniowe pejzaże. Każdy wyjazd Doroty do chorych rodziców wydawał się teraz cynicznym kłamstwem.
Czyli, gdy martwiłem się o rodziców, ona nie byłem w stanie dokończyć myśli.
W pociągu chciałem zadzwonić do żony, potem się rozmyśliłem. Co miałbym zapytać? Gdzie była, z kim, dlaczego kłamała?
Zdecydowałem poczekać w domu. Porozmawiać, gdy spojrzę jej w oczy.
Wróciłem do mieszkania przed ósmą wieczorem. Cisza. Usiadłem na kanapie i czekałem.
Dorota wróciła jak zwykle w poniedziałek rano. Dźwięk kluczy w zamku, drzwi, zmęczona twarz, ta sama sportowa torba.
Cześć rzuciła krótko, idąc do sypialni. Jak weekend?
Spokojnie. U ciebie?
Ciężko. Rodzice bardzo źle.
Naprawdę? Co im dokładnie dolega?
Mama gorączkuje, tata mierzył ciśnienie całą noc.
Nie patrzyła mi w oczy, rozpakowywała brudną bieliznę.
Dorota, popatrz na mnie.
Spojrzała z niepokojem.
Gdzie byłaś przez te dni?
U rodziców. Przecież mówiłam.
Twoi rodzice są zdrowi. Nie widzieli cię od tygodni.
Zamarła z koszulką w dłoni.
O czym mówisz?
Byłem w Wołominie. Chciałem pomóc z chorymi. Halina śmiała się, pytając o chorobę.
Twarz Doroty pobladła.
Byłeś u rodziców? Po co?
Bo uwierzyłem ci. Myślałem, iż naprawdę chorują.
Adam, nie rozumiesz
Czego nie rozumiem? Że od miesiąca mnie okłamujesz? Że używasz rodziców jako przykrywki?
To nie kłamstwo
Więc co? Gdzie spędzałaś weekendy? Z kim?
Odwróciła się do okna.
Nie mogę tego teraz wyjaśnić.
Nie możesz czy nie chcesz?
Adam, uwierz mi. To nie tak, jak myślisz.
A jak myślę? zapytałem chłodno.
No iż mam kogoś. Innego.
Czy to prawda?
Dorota milczała. Minuta ciszy, potem wyznała cicho:
Tak.
Skinąłem głową. Nie czułem gniewu, tylko pustkę i jasność.
Zrozumiałem.
Adamie, to nie jest poważne! Po prostu tak się stało
Od miesiąca?
Nie, wcześniej. Nie potrafiłam ci powiedzieć.
Dlatego wymyśliłaś chorobę rodziców?
Chciałam zrozumieć siebie. Wiedzieć czego chcę.
I wiesz?
Znów cisza.
Dorota, pytam: wiesz czego chcesz?
Nie wiem odpowiedziała szczerze.
Ja wiem odparłem. Potrzebuję osoby, która nie kłamie. Która nie chowa się za rodzicami.
To nie romans
Nazwij jak chcesz. Liczy się jedno kłamałaś cały miesiąc.
Poszedłem do sypialni, wyciągnąłem małą walizkę.
Co robisz? spytała zaniepokojona.
Pakuję się. Zamieszkam u przyjaciela. Musimy zbudować dystans.
Dlaczego? Przecież możemy porozmawiać!
O czym? O tym, jak mnie oszukałaś? Jak martwiłem się o twoich zdrowych rodziców?
Nie chciałam cię zranić
Więc zraniłaś mocniej.
Wziąłem dokumenty, spakowałem telefon i ładowarkę.
jeżeli będziesz chciała coś wyjaśnić, możesz zadzwonić. Ale trudno wybaczyć miesiąc kłamstwa.
A nasz dom? Nasza rodzina?
Rodzina to zaufanie. Dom podzielimy przez adwokatów.
Podszedłem do drzwi.
Zaczekaj prosiła Może się uda jeszcze spróbować? Zerwę te relacje, spróbujemy od początku
Od czego? Od kolejnego kłamstwa o chorych rodzicach?
Nie będę już kłamać. Obiecuję.
Dorota, obiecałaś mi wierność. Widzisz, jak wyszło z obietnic.
Wyszedłem i zamknąłem drzwi. W klatce schodowej panowała cisza, tylko z góry słychać było muzykę.
Na ulicy siąpił drobny deszcz, taki jak na początku tej historii. Podniosłem kołnierz i ruszyłem w stronę metra.
Telefon zadzwonił podczas schodzenia do podziemi. Wyświetliło się imię Doroty. Odrzuciłem połączenie i schowałem aparat do torby.
Podjąłem decyzję. Nie mogłem żyć z osobą, która miesiąc wykorzystywała chorobę rodziców jako alibi dla zdrady. Zaufanie się skończyło, rodzina też.
Przede mną czekał kontakt z adwokatem, podział majątku, nowy rozdział życia. Ale przynajmniej ten rozdział będzie uczciwy. Bez kłamstw i ukrywania się za chorymi rodzicami.
Pociąg metra zabierał mnie od przeszłości ku nieznanej, ale prawdziwej przyszłości.
Od tamtej pory wiem jedno cokolwiek się Wam przytrafi, warto być uczciwym wobec siebie i innych. Kłamstwo prędzej czy później wyjdzie na jaw, a zaufania nie da się łatwo odbudować.

Idź do oryginalnego materiału