Kupiłeś chleb?
Spojrzał na mnie tak, jakbym zadała pytanie w zupełnie obcym języku. To nie było niezrozumienie. To była chwila ciszy długa, krępująca i niepasująca do żadnej z naszych codziennych ram.
Jaki chleb? powiedział w końcu. Nie zapytał, tylko stwierdził. Bez pytajnika.
Zwykły. Szary, z Społem, zawsze tam bierzesz.
Odłożył torbę na podłogę, rozejrzał się po kuchni, jakby widział ją pierwszy raz.
Nie wchodziłem do sklepu.
Kiwnąłem głową i odwróciłem się do kuchenki. Nic wielkiego powiedziałem sobie. Zmęczony. Tydzień poza domem, konferencja w Poznaniu, hotel, obce jedzenie, powietrze inne niż u nas. Oczywiście, zmęczony.
Ale chleb zawsze kupował. Siedemnaście lat, ilekroć wracał skądkolwiek, choćby po krótkim wyjeździe, wstępował do Społem na rogu Żeromskiego i przynosił szary chleb. Nie było to żadną umową, ani koniecznością. Po prostu taki był tak wyglądał jego powrót do domu.
Zamieszałem zupę, nic nie powiedziałem.
Ma na imię Wojciech. Wojtek. Mam pięćdziesiąt osiem lat, on sześćdziesiąt jeden. Mieszkamy w Radomiu, w dwupokojowym mieszkaniu na czwartym piętrze, które kupiliśmy jeszcze w 1999, gdy Agatka była mała. Agata dawno dorosła, mieszka w Warszawie, dzwoni w niedziele. Pracuję w szkolnej bibliotece, Wojtek od trzech lat jest na emeryturze, ale dorabia, prowadzi wykłady z przepisów budowlanych w technikum. Żyjemy spokojnie, jednostajnie, prawie się nie kłócimy. To ważne. Nie było niczego, co tłumaczyłoby to, co zaczęło się po jego powrocie.
Jedliśmy kolację w milczeniu. Jadł uważnie, patrzył w stół. Myślałem, iż zaraz podniesie wzrok i powie coś o wyjeździe, kolegach, windzie w hotelu, która nie działała, o tym jak mu brakowało domowego żurku. Zawsze opowiadał coś przy pierwszej kolacji po powrocie.
Jak tam Poznań? zapytałem.
W porządku.
Seminarium się udało?
Tak.
Odłożyłem łyżkę.
Wojtek, wszystko w porządku?
Popatrzył na mnie. Oczy zwyczajne, szare, trochę zmęczone.
W porządku. Tylko zmęczony.
Posprzątałem ze stołu. On poszedł do pokoju, położył się z telefonem. Tak jakby nic się nie stało. Tylko nie było chleba. I nie było rozmowy. I jeszcze czegoś, czego nie umiałem nazwać.
Pierwszą noc zwaliłem na zmęczenie. Drugą też.
W piątek zauważyłem pierwsze naprawdę dziwne.
Piłem kawę przy oknie, gapiłem się na podwórko. Wyszedł z łazienki, poszedł do kuchni, nalał sobie wody. Potem sięgnął po słoik z kaszą gryczaną, otworzył go, powąchał i odłożył na miejsce. Nic nie powiedziałem. Ale Wojtek nie jadał gryczanej. Nigdy. Pamiętam, przy pierwszym spotkaniu choćby żartował, iż gryczana jest nudniejsza niż kuchnia szpitalna. Zawsze się z tego śmialiśmy. Gotowałem mu ryż, pęczak, jaglaną wszystko poza gryczaną.
A teraz sięgnął i powąchał. Jakby chciał spróbować.
Masz ochotę na gryczaną? zapytałem, starając się zabrzmieć naturalnie.
Nie odparł i wrócił do pokoju.
Długo patrzyłem na ten słoik.
W sobotę zadzwoniła Agata.
Tata wrócił? zapytała od razu.
Wrócił, w środę.
Jak się ma?
Zastanowiłem się sekundę tylko krótką.
Zmęczony. Nic specjalnego.
W październiku przyjadę z Danielem, mamy urlop.
Świetnie, kochanie. Czekamy.
Nie powiedziałem jej nic. I co miałbym powiedzieć? Że tata nie kupił chleba i wąchał kaszę? Brzmi śmiesznie, a nie poważnie.
Ale już wiedziałem, iż jest coś nie tak. Nie głową, nie logiką. Czymś w środku, co mieszka między żebrami i czasem delikatnie ostrzega.
W niedzielę zaproponowałem spacer. Czasem chodziliśmy do parku Kościuszki, nie zawsze, ale często. Lubił ławkę przy stawie, kupował nam po kubku kwasu w budce, jeżeli była otwarta, narzekał na plecy, a ja radziłem ćwiczyć, on machał ręką, śmialiśmy się. Mały, nieistotny rytuał, jakich mieliśmy wiele.
Może pójdziemy do parku? zapytałem.
Oderwał wzrok od telefonu.
Do którego?
Do Kościuszki. Ładna pogoda.
Zastanowił się. To też było dziwne, bo zwykle od razu mówił chodźmy albo poczekaj, tylko kurtka. Tu nie było nad czym myśleć.
Dobrze powiedział w końcu.
Szliśmy w ciszy. Nie naciskałem, tylko podpatrywałem. Patrzył wokół siebie spokojnie, bez zainteresowania, ale i bez rozluźnienia typowego dla niedzielnych spacerów. Jak ktoś, kto zapamiętuje drogę w obcym miejscu.
Przy wejściu stał starszy pan z psem, rudym, tłustym cocker spanielem.
Patrz, Psotka odezwałem się. Tak nazywaliśmy wszystkie spaniele po tym, jak osiem lat temu nasza sąsiadka Kazimiera miała taką właśnie Psotkę. To było nasze słowo, nasz żart.
Spojrzał na psa. Żadnej reakcji.
Psotka powtórzyłem ciszej.
Fajny pies powiedział. Uprzejmie. Neutralnie.
Zatrzymałem się przy krzaku dzikiej róży na chwilę, udając, iż oglądam owoce. Serce waliło szybciej niż powinno.
Nie pamiętał Psotki. Albo udawał, iż nie pamięta. Tylko po co?
Przy stawie nie było budki z kwasem zwinięta po lecie. Wojtek usiadł na ławce i patrzył na wodę.
Dobrze tu powiedział.
Przychodzimy tu często.
Tak?
Odwróciłem się do niego.
Wojtek. Chodzimy tu od dziesięciu lat.
Kiwnął głową. Spokojnie.
No tak. Mówiłem tylko, iż dobrze.
Coś we mnie wtedy zawiązało się na supeł. W nocy znalazłem słowo. Nie powiedział pamiętam ani oczywiście. Tylko no tak takim tonem, jak zgadza się z czymś obcym.
Długo nie spałem. Myślałem, jak to się nazywa, gdy bliski człowiek staje się kimś innym. W psychologii podobno są takie rzeczy; czytałem kiedyś, iż u niektórych po stresie, silnych przeżyciach, wszystko zmienia się tak, jakby ktoś podmienił człowieka. Jak to się nazywa naukowo? Nie pamiętam. Ale przecież nie było żadnego szoku. Konferencja budowlana w Poznaniu to nie powód, żeby stać się innym człowiekiem.
Wstałem w nocy, napiłem się wody, postałem przy oknie. Podwórko puste, latarnia miga, jak zawsze. Patrzyłem i myślałem poczekam. Może to coś, o czym nie mówi. Może się z kimś pokłócił, źle się czuł, albo po prostu, no, człowieka czasem coś przytłacza. Szczególnie po sześćdziesiątce, gdy życie już porwało swoje, a jednak nie wiadomo, co dalej i jak długo.
Wróciłem do łóżka. Spał na boku, twarzą do ściany. Położyłem mu rękę na plecach lekko, jak zawsze. Nie poruszył się.
Rano w poniedziałek zadzwoniłem do Niny. Przyjaźnimy się od studiów, mieszka na drugim końcu Radomia, pracuje w przychodni w rejestracji. Nina jest konkretna, bez baśni i żartów, i to w niej lubię.
Ninka, odwiedzę cię?
Coś się stało?
Chyba nie, może. Po prostu potrzebuję pogadać.
Przyjdź na piątą, będę w domu.
U Niny zawsze pachnie drożdżówką, choćby jak nie piecze. Usiadłem w kuchni, nalała herbaty. Opowiedziałem. O chlebie, kaszy, Psotce, o no tak przy stawie.
Nina słuchała uważnie, nie przerywała. Potem milczała.
Marek, może to depresja. Albo coś z pamięcią. Jesteście już po sześćdziesiątce.
On ma sześćdziesiąt jeden.
No to co. U Kowalskiego z piątego też w tym wieku się zaczęło.
Wojtek zawsze wszystko pamiętał lepiej niż ja. Daty, nazwiska, wszystko.
Wszystko się kiedyś zmienia.
Patrzyłem w kubek.
Ninka, to nie roztargnienie. On patrzy na mnie Normalnie, wszystko zwykle, ale czasem jak ktoś, kto widzi cię pierwszy raz i stara się być uprzejmy.
Złamała kawałek ciasta.
Wysypiasz się?
Nie.
No właśnie. Nakręcasz się. Zmęczony wrócił, może coś w pracy, nie powie ci wszystkiego przecież. Daj mu tydzień.
Kiwnąłem głową. Może miała rację.
A w drodze do domu znów widziałem ten słoik z kaszą gryczaną i tamtą drobnostkę, której nie umiałem przełknąć.
Był w domu. Siedział przy kuchennym stole z papierami. Wstawiłem czajnik, rozpakowałem zakupy. Nie podniósł choćby głowy.
Byłem u Niny.
Mhm.
Mam dla ciebie ciasto.
Podniósł głowę. Spojrzał.
Z czym?
Z kapustą. Twoje ulubione.
Nie przepadam za kapustą.
Odłożyłem zakupy. Powoli. Bardzo powoli.
Wojtek
Co?
Od dziecka lubiłeś ciasto z kapustą. Sam mówiłeś. Mówiłeś, iż twoja mama piekła z kapustą zawsze.
Spojrzał na mnie spokojnie.
Mama robiła z jabłkami.
Cisza.
Jego mama, Zofia Chmielewska, zmarła dwanaście lat temu. Dobrze ją znałem. Widziałem, jak piekła zawsze z kapustą i jajkiem. To było jej popisowe danie.
Wojtek, Zofia piekła z kapustą powiedziałem cicho. Pamiętam.
Może i z kapustą. To było dawno wzruszył ramionami, wrócił do papierów.
Wyszedłem do pokoju. Stanąłem przy oknie. Patrzyłem na ulicę, auta, ludzi, zwykłą jesienną ulicę.
Pamiętam ten zapach, ciasną kuchnię Zofii, ceratę w kwiatki. On też pamiętał. Opowiadał o tym kilka razy z czułością. Człowiek nie zapomina czym pachniała kuchnia mamy.
Zadzwoniłem do jego siostry, Iwony. Mieszka w Płocku, nie są blisko, ale mają kontakt. Wybrałem numer.
Mareczku! zawsze tak, ciepło, głośno. Co tam?
Iwona, mam pytanie. Pamiętasz co wasza mama piekła?
Chwila przerwy.
No ciasta z kapustą, z jajkiem. Czemu pytasz?
Tak sobie. Przepis chciałem sobie przypomnieć. Dzięki.
Odłożyłem telefon. Nogi jak z waty. Absurd nogi z waty przez ciasto z kapustą ale nie mogłem się ruszyć.
Coś z pamięcią. Może neurologicznie, myślę. Trzeba lekarza. Trzeba pogadać szczerze.
Przy kolacji pytam:
Głowa cię nie boli ostatnio?
Nie.
Śpisz dobrze?
Dobrze.
Może chciałbyś się przebadać u lekarza? Tak na kontrolę.
Odłożył widelec.
Po co?
Ciśnienie sprawdzić. Dawno nie byłeś.
Mierzę w domu. Dobre.
Martwię się po prostu.
Popatrzył na mnie długo. Badawczo.
Myślisz, iż coś mi jest?
Po prostu się martwię.
Marek, jest dobrze. Wystarczy.
Wziął widelec. Temat zamknięty. Wojtek tak potrafił jednym zdaniem wyznaczył kres tematu i już, bez kłótni, spokojnie. Znałem to.
Ale patrzyłem jak je, jak trzyma widelec, jak pochyla głowę i coś we mnie robiło własny, ukryty rachunek. Tak siedzi, zawsze? A może dawniej wyprostowany bardziej? Widelec prawą ręką praworęczny. Zawsze.
Zebrałem naczynia i poszedłem do łazienki. Spojrzałem w lustro. Patrzyła na mnie zmęczona twarz, krótkie, siwiejące włosy, których już nie farbuję, zmarszczki przy oczach, które Wojtek nazywał kiedyś roześmianymi, bo pojawiały się po śmiechu, nie od starości. Popatrzyłem i pomyślałem: Marek, już sobie dopowiadasz. Nie wiesz, jak trzyma widelec. Ciebie przeraża obcość. Zmiany się zdarzają. Zwłaszcza gdy coś ci umknęło.
Umyłem się i położyłem spać.
Obudziła mnie cisza. Nie dźwięk cisza, i wrażenie, iż nikogo nie ma obok. Wyciągnąłem rękę, nie znalazłem go. Jego połowa łóżka była zimna.
Wstałem. W kuchni paliło się światło. Siedział przy stole i coś pisał w notesie. manualnie dziwne, bo od lat niczego nie pisał manualnie, poza podpisami.
Wojtek?
Podniósł głowę. Spokojnie. Jakby czekał.
Nie mogę spać powiedział.
Co piszesz?
Tak sobie. Przemyślenia.
Mogę?
Pauza.
To prywatne.
Patrzyłem na niego. Spokojnie wytrzymywał spojrzenie.
Wojtek nigdy nie powiedziałby to prywatne przy moich pytaniach. Przez siedemnaście lat pytałem, zawsze mówił szczerze. Owszem, mieliśmy swoje światy. Ale nie z tą intonacją.
Dobrze powiedziałem i wróciłem do sypialni.
Leżałem. Słyszałem jak jeszcze coś pisze, potem wstał, zgasił światło, przyszedł, położył się. Nie spał długo.
Rano nie było notesu na stole.
Szukalem go. Nie wiem dlaczego, po prostu tak. Sprawdziłem szuflady w kuchni nic. Jego szafka przy łóżku nigdy nie zaglądałem, nigdy, to była prywatna strefa. Prawie pusta. Stare okulary, jakaś moneta, karteczki z numerami. Notatnika nie było.
Zabrał go ze sobą.
Pojechałem do pracy. W bibliotece dobrze, cicho, pachnie książkami i trochę kurzem to uspokaja. Ustawiałem oddane tomy, pomagałem młodej Lenie znaleźć numery gazet. Dzień jak co dzień.
W przerwie siedziałem w kantorku i myślałem, jak się poznaje, iż ktoś się zmienił. Nie powierzchownie, nie z wiekiem, tylko naprawdę. Co to w ogóle znaczy, jeżeli znasz człowieka siedemnaście lat, wiesz, jak pachnie, jak się śmieje, czego się boi, co lubi, a potem w nim coś przesuwa się i nie wiesz, kim on jest.
To się chyba nazywa psychologiczna zamiana. Przypomniałem sobie nagle słowo. Czytałem gdzieś jakby bliska osoba zmieniała się tak bardzo, iż masz wrażenie: to nie ona. Może to być objaw choroby, stresu, albo po prostu życie. Ludzie się zmieniają. Często po pięćdziesiątce, po sześćdziesiątce, gdy dzieci już dorosły, praca za nimi lub prawie, zostajecie sami we dwójkę i nagle nie wiecie, kto siedzi obok.
Ale ja znałem Wojtka. Naprawdę znałem.
Wieczorem był w domu przede mną. Stał w kuchni i patrzył przez okno. Po prostu stał.
Wojtek, co robisz?
Patrzę.
Na co?
Po prostu patrzę.
Od każdego brzmiałoby to dziwnie, od niego szczególnie. Nigdy nie był zamyślonym typem. Lubił działać, nigdy nie stał bezczynnie, najwyżej myślał wtedy głośno. Samo patrzenie przez okno nie było w jego stylu.
Jak minął dzień? zapytałem.
Zwyczajnie. Wykłady. Jak zawsze.
Studenci?
Jak zwykle.
Minąłem go, wyjąłem kurczaka z lodówki. Zacząłem gotować.
Opowiedz mi coś o Poznaniu rzuciłem bez odwracania się.
O czym dokładnie?
No, o wszystkim. Gdzie mieszkałeś, co widziałeś? Tydzień byłeś.
Chwila przerwy.
Mieszkałem w hotelu. Zwykłym. Seminarium w sali konferencyjnej na uniwersytecie. Pokazywali nam nowy blok jako przykład. To tyle.
A ludzie? Jacyś znajomi z pracy?
Byli.
Kto?
Zamilkł. Odwróciłem się. Patrzył gdzieś obok.
No, z technikum dwóch. Z innych miast ktoś też.
Był Jagielski?
Tadeusz Jagielski, kierownik działu technikum, od trzech lat jeżdżą z Wojtkiem na te seminaria, razem łowią czasem ryby, Wojtek mówił mi o nim nie raz.
Jagielski? Nie, nie było go.
Przecież zawsze jeździ.
Tym razem nie.
Odwróciłem się do kuchenki. Może rzeczywiście nie był.
W nocy, gdy Wojtek spał, napisałem SMS do żony Jagielskiego: Pani Basiu, chciałem tylko zapytać, czy Tadeusz dobrze wrócił z Poznania?. Odpisała po kilku minutach: Dzień dobry. Tadek nie był w Poznaniu, w tym roku nie pojechał. Cały czas był w domu. A coś się stało?
Odpisałem, iż pomyłka, przeprosiłem.
Odłożyłem telefon. Leżałem w ciszy.
Nie wie, czy Jagielski był na seminarium. Człowiek, z którym pracuje, łowi ryby nie wie.
Albo wie, iż nie było i kłamie. Po co?
Może się pokłócili, nie chce gadać. Może coś się wydarzyło. A może Może w ogóle tam nie był. Może ten tydzień spędził gdzie indziej.
Dość. To paranoja. Ale myśl się pojawia.
Następnego dnia, w środę, znalazłem pretekst. Powiedziałem, iż trzeba kupić nowe zasłony, więc wybierzmy się do Textilo na Żeromskiego duży sklep z tkaninami. Byliśmy tam nieraz. zwykle się nudził, powtarzał bierz, co chcesz, ja się nie znam, a po wszystkim jedliśmy pączki w pobliskiej kawiarence. Taki nasz drobny rytuał.
Pojedziemy dzisiaj? zapytałem.
Dokąd?
Do Textilo. Po zasłony.
Te stare jeszcze dobre.
Już nie. Chodź, pojedziemy.
Wzruszył ramionami.
Okej.
Pojechaliśmy. Ja specjalnie przeciągałem, wybierałem materiały, pytałem o zdanie, on był roztargniony. Potem: Idziemy po pączki?
Gdzie?
No, obok, kawiarnia. Zawsze tam idziemy.
Spojrzał na mnie.
Nie znam takiej kawiarni.
Uśmiechnąłem się szeroko, żeby wyglądać naturalnie.
Może nie pamiętasz. Chodź, pokażę.
Wyszliśmy, za rogiem, w małym pasażu, żółta szyld Słodki Kącik, tam zawsze pachniało cukrem pudrem. Dwadzieścia lat już ten lokal.
O, zobacz.
Spojrzał na szybę.
No, nie kojarzę.
Wzięliśmy po pączku. Obserwowałem go. Jadł zwyczajnie, patrzył na ludzi, zapytał, czy mi ciepło.
Tylko raz, patrząc na żółty szyld, zatrzymał wzrok trochę dłużej jakby próbował cos sobie przypomnieć. Albo zapisać.
Wojtek powiedziałem cicho. Pamiętasz mnie?
Odwrócił się zaskoczony.
Jak to, pamiętam? Jesteś Marek, mój mąż.
Wiem, iż Marek. Pytam, czy pamiętasz nas. To, co było.
Co się dzieje, Marek?
Nic. Tylko ostatnio jesteś inny.
Ludzie się zmieniają.
Używasz dokładnie tych słów, których sam użyłem dwa dni temu w myślach. Ty zawsze mówiłeś: ludzie się nie zmieniają.
Milczał. Jadł pączka.
Może ja też się zmieniam powiedział w końcu.
Wróciliśmy. Patrzyłem za okno autobusu i myślałem, iż lęk przed rozpoznaniem obcej osoby w bliskim człowieku nie jest wymysłem. To się zdarza. Zawsze stoi za tym coś, o czym się milczy.
W czwartek, gdy wyszedł, wszedłem do jego gabinetu. Mały pokoik, nazywaliśmy go gabinetem, choć to po prostu trzeci pokój zrobiony z dawnej kuchni. Biurko, szafa z książkami, półki z segregatorami.
Nie chciałem szperać, naprawdę. Usiadłem przy biurku, otworzyłem górną szufladę.
Był tam notes.
Wziąłem go. Otworzyłem. Pierwsze strony puste. W środku zaczynały się notatki. Małym, równym pismem nie Wojtka. Jego charakter pisma znam: szeroki, niestaranny, jak u lekarza. Ten był drobny, równiutki. Niemal kaligrafia.
Przeczytałem.
Tam były listy. Po prostu listy. Marek. Mąż. 58 lat. Pracuje w bibliotece. Córka Agata, Warszawa. Kawa bez cukru. Chce zmienić zasłony. Nina, przyjaciółka, przychodnia. Potem: Ciasto z kapustą podobno lubi. Park Kościuszki w niedziele. Spaniel Psotka żart. Dalej: Zofia, matka. Kapusta czy jabłka sprawdzić.
Zabrakło mi tchu.
Notatki człowieka, który się uczy czyjegoś życia. Tworzy mapę. Zapamiętuje szczegóły, by nie popełnić błędu.
Zamknąłem notes. Odłożyłem. Poszedłem do kuchni, nalałem wody, wypiłem dwie szklanki.
Myśli proste, ostre. Jak w chwili, gdy naraz jest za dużo.
Kim jest ten człowiek?
Mieszka u mnie od tygodnia. Wygląda jak Wojtek. Mówi jego głosem. Wie, jak się nazywam, iż mamy córkę, iż piję kawę bez cukru. Ale to wszystko zapisał. Uczy się nas z kartki.
Zadzwoniłem do pracy jestem chory, biorę wolny dzień. Siedziałem w fotelu i patrzyłem przed siebie.
Amnezja. Stan dysocjacyjny, są takie rzeczy czytałem. Po jakimś przeżyciu człowiek gubi własne wspomnienia, zbiera je na nowo, nie mówi o tym, bo się wstydzi albo boi. To by wyjaśniało.
Prawie wszystko.
Bo pismo jest inne. I tego nie wytłumaczę.
Raczej nigdy nie zwracałem uwagi na pismo, ale tu nie mogłem się pomylić. Znam jego pismo z list zakupów, kartek urodzinowych, notatek zawsze narzekałem, iż nie da się odczytać. Tamto w notesie nie do pomylenia.
Może ludzie zmieniają pismo. Po udarze, mówią. Ale po udarze byłoby coś więcej, nie da się ukryć.
Przetarłem twarz dłońmi.
Wrócił o siódmej. Obiad gotowy, ja ogarnięty. Dlaczego? Tak po prostu trzeba coś robić.
Zmęczony? spytał. Nie byłeś w pracy.
Głowa bolała. Już przeszło.
Kiwnął głową, odstawił teczkę, poszedł umyć ręce. Zwykły wieczór.
Przy kolacji patrzyłem na niego i myślałem o tym, jak wygląda zniknięcie kogoś bliskiego. Nie w sensie dosłownym. Takie, iż obok zostaje skorupa, a gdzieś w środku to, co było najważniejsze już zginęło, albo zmieniło się tak bardzo, iż już nie to.
Wojtek
Hm?
Opowiedz mi coś o nas. O tym, jak się poznaliśmy.
Podniósł wzrok, spokojnie.
Po co?
Po prostu chcę to usłyszeć.
Odłożył widelec, pomyślał.
Poznaliśmy się przez znajomych powiedział. Na urodzinach. Miałeś niebieską koszulę.
Czekałem. To prawda urodziny Marcina, 23 września 1997 roku, niebieska koszula.
Potem spotkaliśmy się parę razy mówił dalej. I zaczęliśmy ze sobą być.
Chwila zawieszenia.
I tyle dodał.
Patrzyłem mu w oczy.
A potem?
No, pobraliśmy się. Agata się urodziła. Kupiliśmy mieszkanie.
Wojtek. Kiedy mi się oświadczyłeś, gdzie pojechaliśmy potem?
Marek
Po prostu powiedz.
Milczał długo.
Nie pamiętam szczegółów powiedział wreszcie. To było dawno.
Sam mówiłeś, iż pamiętasz każdy szczegół. Opowiadałeś to na naszej srebrnej rocznicy.
Cisza.
Wojtek. Gdzie pojechaliśmy, po tych oświadczynach?
Patrzył na mnie długo. W oczach nie było złości ani wstydu. Coś jeszcze. Rachuba? Rezygnacja?
Marek powiedział cicho Po co ci to teraz?
Chcę wiedzieć, czy pamiętasz.
Jestem zmęczony. To było dawno. Nie musimy pamiętać wszystkiego.
To nie jest drobiazg.
Dla mnie tak.
Wstałem od stołu. Zabrałem talerze, choć nie skończyliśmy. Nic nie powiedział.
Pojechaliśmy kiedyś nad Pilicę. Mała rzeka koło Radomia, pociąg, autobus, potem błądziliśmy po lesie, niosłem cię przez kałużę, miałeś mokre buty, a potem nad brzegiem powiedziałem, iż chcę być z tobą do końca życia. On tę historię uwielbiał i opowiadał nie raz.
Ten człowiek przy moim stole nie zna tej historii.
W nocy napisałem do Niny długi SMS. O notesie, o piśmie, o Pilicy.
Odpisała o pierwszej: Marek. Idźcie do lekarza. To może być cokolwiek u niego i u ciebie. Zadzwoń do mnie jutro.
Odłożyłem telefon. Leżałem w ciemności. On oddychał spokojnie obok. Patrzyłem w sufit.
Myślałem o znikaniu bliskiej osoby. Że czasem ludzie nie odchodzą, tylko znikają, zostając tuż obok. I to trudniejsze niż każda rozłąka.
W piątek rano zdecydowałem, iż powiem mu wprost. Że wiem o notesie, dzwoniłem do Iwony, pisałem do Basi, iż Jagielski nie był w Poznaniu. Mam pytania. Chcę odpowiedzi. Nie jestem jego wrogiem, tylko potrzebuję prawdy.
Był już w kuchni. Robił sobie herbatę.
Wojtek
Hm?
Muszę z tobą porozmawiać.
Odwrócił się, spojrzał na mnie długo.
Wiem powiedział.
Zatrzymałem się.
Wiesz co?
Że coś już wiesz. Widziałem, iż byłeś w gabinecie.
Milczenie. Nie przeprosiłem. Czekałem.
Usiądź powiedział.
Usiedliśmy. Trzymał kubek w obu dłoniach. Patrzył w herbatę.
Ciężko to wyjaśnić zaczął.
Spróbuj.
To, co myślisz, jest chyba najprostsze i trochę prawdziwe.
Co znaczy trochę?
To znaczy.. nie pamiętam wszystkiego. Zamilkł. Nie po kolei. Większych rzeczy.
Pilica powiedziałem.
Podniósł wzrok.
Słucham?
Po oświadczynach byliśmy nad Pilicą. Pamiętasz?
Coś drgnęło mu w twarzy. Ledwo.
Nie odparł.
Psotkę pamiętasz?
Cisza.
Nie.
Swoją mamę, Zofię?
Twarz. Głos. Szczegółów nie.
Siedziałem i patrzyłem. On patrzył w kubek.
Wojtek. Kiedy się to zaczęło?
Nie wiem dokładnie. Powoli.
I nic nie powiedziałeś.
Nie wiedziałem jak.
Robiłeś notatki, by nie popełnić błędu?
Tak.
Masz inne pismo.
Długa cisza. Odstawił kubek.
Wiem powiedział.
Jak to wyjaśnić?
Nie odpowiedział. Patrzył w blat. Czekałem długo.
Wojtek, spójrz na mnie.
Podniósł wzrok. Szare oczy. Te same.
Jesteś Wojtek? Mój Wojtek?
I pierwszy raz zobaczyłem w tych oczach życie. Coś jak ból. Albo zagubienie. Albo coś, dla czego nie znam słowa.
Marek powiedział. Nie wiem, co ci mam odpowiedzieć.
Patrzyłem na jego ręce na kubku. Zmarszczkę przy ustach, która zawsze tam była. Siwe włosy przy skroniach.
To szczera odpowiedź?
Najszczersza, jaką mam.
Za oknem padał deszcz. Zwyczajny, radomski jesienny deszcz. Słyszałem krople o parapet. Najzwyklejszy dźwięk.
Co mam z tym zrobić? spytałem w pustkę.
Nie wiem odparł. I to też brzmiało prawdziwie.
Wstałem, nalałem sobie kawy. Bez cukru. Stanąłem przy oknie. Patrzyłem na mokrą ulicę.
Za mną też wstał. Słyszałem, jak podchodzi. Zatrzymał się krok ode mnie.
Marek.
Tak?
Głos twój pamiętam. Od zawsze. Jak mówisz. To pamiętam.
Nie odwróciłem się.
To za mało.
Wiem.
Deszcz nie przestawał. Na ulicy trąbił samochód, potem znowu cisza.
Potrzebuję czasu powiedziałem w końcu.
Dobrze.
Nie obiecuję, iż wiem, jak będzie.
Rozumiem.
Odwróciłem się. Spojrzałem na niego. Stał i patrzył, jakby bardzo chciał coś powiedzieć, ale nie umiał. Albo nie mógł.
Powiedz mi jedno poprosiłem.
Co?
Chcesz tu być?
Milczał chwilę. Deszcz stukał.
Tak powiedział. Chcę tu być.
Patrzyłem na niego. Na tego człowieka w moim mieszkaniu, znającego moje imię, robiącego notatki, niepamiętającego Pilicy, innym pismem, a jednak trzymającego kubek jak zawsze trzymał Wojtek.
To idź po chleb powiedziałem. Szary. Ze Społem na rogu Żeromskiego.
Kiwnął. Wziął kurtkę. Ruszył do drzwi. Zatrzymał się.
Marek.
Tak?
Pilica. Opowiesz mi kiedyś?
Patrzyłem długo.
Zobaczymy odpowiedziałem.
Zamknął drzwi. Stałem z kubkiem kawy przy oknie i słyszałem, jak schodzi po schodach. Czwarte piętro szesnaście schodków. Zawsze liczyłem.
Szesnaście.
Wyszedł na podwórko. Widziałem przez okno. Szedł w stronę bramy i podniósł kołnierz na deszcz. Zwykły człowiek w zwykły deszczowy dzień.
Na rogu skręcił w prawo. Do Społem.
Trzymałem kubek i nie wiedziałem, co myśleć. W środku cisza po długim hałasie nie spokój, nie ulga, po prostu cisza, w której jeszcze nie ma odpowiedzi, ale już nie muszę udawać, iż mi niepotrzebne.
Telefon zawibrował. Nina.
No jak? zapytała.
Nie wiem.
Rozmawiałeś?
Tak.
I?
Patrzyłem za okno. Róg pusty.
Ninka, czy dałabyś radę żyć z kimś, kto nie pamięta, kim jest?
Chwila milczenia.
On ci to powiedział?
Tak jakby.
Marek, to lekarz. Naprawdę. To nie są sprawy do rozmów na kuchni.
Wiem.
Co zrobisz?
Odłożyłem kubek na parapet.
Nie wiem. Poszedł po chleb.
Po jaki?
Szary. Ze Społem.
Nina milczała.
Marek, boisz mnie trochę.
Wszystko dobrze. Zadzwonię potem.
Odłożyłem telefon. Wziąłem kubek. Łyk kawy już letnia, ale wciąż dobra.
Szesnaście schodków. Zawsze liczyłem.
Po dwudziestu minutach trzasnęły drzwi na dole. Potem kroki na schodach. Szesnaście stopni w górę.
Nie ruszyłem się z miejsca.
Klucz w zamku. Drzwi.
Proszę zawołał z korytarza. Szary. Ostatni był.
Odwróciłem się. Stał w progu kuchni z chlebem w ręku. Mokry, włosy przylepione do czoła.
Połóż na stole powiedziałem.
Położył.
Patrzyliśmy na siebie.
Herbaty? spytałem.
Poproszę.
Wstawiłem czajnik. Zdjął kurtkę, powiesił. Usiadł przy stole. Stałem plecami i słyszałem, jak milczy. Bez napięcia. Po prostu milczy.
Marek powiedział cicho. Opowiesz mi o Pilicy?
Czajnik zaczynał cicho syczeć. Coraz głośniej.
Stałem i myślałem.
Nie teraz odpowiedziałem. Może potem.
Dobrze odparł.
Czajnik już wrzał.













