Mąż według testamentu

twojacena.pl 8 godzin temu

Wysoka kobieta o mocnym głosie właśnie wychodzi z przedziału. W mgnieniu oka rozgoniła wszystkich, którzy przeszkadzali pasażerom w odpoczynku.
Trzeba przyznać, iż choćby najbardziej bezczelni i postawni mężczyźni podporządkowali się jej jak na komendę.
Upięte wokół głowy jasne, pszeniczne warkocze, niebieskie oczy jak chabry, policzki aż płoną rumieńcem. Spojrzała w stronę toalety. W tym momencie wyskoczył z niej niski, szczupły mężczyzna, włosy białe jak puch, z twarzą wciąż z wyrazem dziecięcego zachwytu.

Janku! Już myślałam, iż cię zgubiłam! Słyszę harmider w korytarzu, konduktorka się boi podejść. Zastanawiam się, jak sobie radzisz? Przecież tacy mogą pobić, choćby bez powodu! rzuca kobieta.

Oj, Weroniko! Ja bym ich pogonił! Czemu wyszłaś, Werciu? Przecież jesteś dama! mężczyzna nieśmiało się uśmiecha i migiem wskakuje do przedziału.

Kobieta mierzy mnie i jeszcze dwie znudzone osoby. Zagrożenia nie widzi, więc znika za drzwiami.

A potem spotykam ją jeszcze raz w wagonie restauracyjnym.

Wolnych miejsc brak, więc dosiadam się do niej przy stoliku. Jej męża brak. Zjadłszy mięso i ziemniaki, z rozmachem przedstawia się:

Jestem Weronika Andruszkiewicz. Można mówić po prostu Werka.

Podróżuje pani sama? Mąż zaraz przyjdzie?

Odpoczywa. Nie przyjdzie. Okutałam mu szyję szalikiem, dałam żurawinowego kompotu. Wyobraź sobie, jedziemy pociągiem, a Jasiu zachorować postanowił! Wyszedł na peron dywan trzepać w samym swetrze. Przeoczyłam! odpowiada z wyrzutem.

Na pewno bardzo go pani kocha! Myślała pani, iż to chuligani, wyszła, by obronić. To pani go chroni, nie odwrotnie. choćby teraz, słychać w głosie czułość zauważam na głos.

Jasiu to taki… dostał się do mnie po testamentem. Nie mój z urzędu mąż. Mieszkamy razem, ale on wciąż w żałobie. Jego pierwsza żona niedawno odeszła. Święta kobieta! Jaka była dobra! mówi z westchnieniem.

Po testamencie? nie kryję zdziwienia.

Weronika wzdycha i zaczyna opowiadać.

Jasiu dawniej był z Lidią. Przyjaźnili się od czasów szkolnych, razem studiowali. Pobrali się. Był bardzo uzdolniony, wszystko potrafił wymyślić, miał smykałkę do interesów firmy składały mu oferty, finansowo powodziło się im dobrze. Za to w zwykłym życiu był całkiem niezaradny. W sklepie zapominał o reszcie, przez ulicę przechodził, gdzie popadnie, nie wiedział, gdzie co kupić ani jak zorganizować codzienność. Niezwykle naiwny. Potrafił nieznajomemu oddać ostatni grosz.

Oni byli osobliwi. My się tu szarpiemy, nie możemy zarobić, a jemu pieniądze same wpadają! dziwili się ich znajomi.

Lidia nie skarżyła się na życie. Miała energii za dwoje. Sama szykowała męża do pracy, sprawdzała, czy ma rękawiczki, szalik, kupiła potem samochód, żeby go wozić. Bo kiedyś Jasiu wsiadł do taksówki i podał zły adres, bo się zamyślił. Idealnie się uzupełniali.

Gdy raz trafiła do szpitala, po powrocie przeżyła szok mąż przez tydzień jadł suchy makaron, pił wodę. Nie włączył choćby czajnika, a zamrożone pierogi nietknięte leżały w zamrażarce.

Bez ciebie nic mi się nie chce. choćby apetytu brak! uśmiechnął się Jasiu.

Ich syn, Andrzejek, podobny był do ojca: genialny, ale zagubiony. Uznawano go za wybitnie zdolnego, ale był bardzo nieśmiały i roztargniony. Żonę wziął spokojną Olę ze wsi, głową rodziny była Lidia. Wszystkich trzymała razem tym bardziej, gdy pojawił się wnuk Leszek. Aż pewnego dnia zachorowała i zaniemogła.

Dom opustoszał. Jasiu nie wiedział, co robić. Najlepszych lekarzy sprowadzał, gotów był wydać każde pieniądze. Nic to jednak nie zmieniło.

Lidia cierpiała, ale najbardziej martwiła się o męża i syna. Jak oni sobie poradzą? Przecież przepadną! Modliła się, żeby Bóg im pomógł, żeby nie zostali bez opieki.

Wtedy właśnie pojawiła się Weronika opiekunka, daleka kuzynka prowadzącego ją doktora.

Gdy pierwszy raz weszła do mieszkania, przywitał ją niemalże eteryczny mężczyzna mówił tak, iż prawie nie dało się go usłyszeć. Wszędzie panował rozgardiasz, góra prania, brudne naczynia (chociaż zmywarka była) i ciężkie powietrze.

Na łóżku leżała drobna, blada Lidia z wielkimi oczami. Uśmiechnęła się do Weroniki, a ta zakasała rękawy.

Wieczorem mieszkanie już pachniało świeżością i kotletami. Kuchnia pełna zapachów pierogi, kurczak, ciasta. Lidia zasnęła w świeżej pościeli, a Jasiu, próbujący ulotnić się z domu w samej kurtce, został surowo zatrzymany:

Gdzie to się wybierzecie w takim zimnie w letnim ubraniu? Żonie potrzebny pan zdrowy! Proszę, kurtka, tu szalik zawijam jeszcze. I czapka na uszy! Marsz! rozkazuje Weronika basem.

Lidii zakręciły się łzy w oczach. Tyle kurzu, syfu a teraz czystość i spokój. Weronika głośna, masywna jak słoń w składzie porcelany, ale złote ręce i serce.

Dzięki Ci, Boże. Są już pod opieką wyszeptała.

Gdy było najgorzej, zebrała się na rozmowę z Weroniką. Początkowo pytała zwyczajnie: gdzie mieszkasz, co u ciebie. Werka zajmowała pokój z matką i siostrą ciasnota, dużo ludzi, więc wolała być jak najdłużej w pracy. Miała 45 lat, niezamężna. Romansów trochę, ale nie do ślubu. Żartowała, iż sobie sama świetnie poradzi.

Wtedy Lidia powiedziała:

Weroniko, opiekuj się nim, kiedy mnie zabraknie. Zostawiam ci męża takim symbolicznym testamentem. On taki podatny na przeziębienia, ufa każdemu…

Werka aż zaniemówiła. Gdy już chciała odmówić, Lidia poprosiła z płaczem. Więc przyrzekła.

Gdy Lidia odeszła, Weronika chciała odsunąć się ludzie mogliby różnie gadać, iż dla mieszkania… No i choćby się nie podobali sobie nawzajem, taki jakiś… dobry człowiek, nie mężczyzna. Ale przecież obiecała.

Zajrzała do mieszkania. Otworzyła nie zamknięte. W głębi pokoju Jasiu klęczał ze szlafrokiem żony w dłoniach, szlochał żałośnie jak porzucony pies. Werka podeszła, on złapał ją za rękę, rozpłakał się jeszcze bardziej.

No już, nie płacz, poradzimy sobie. Herbata będzie, potrzymaj się! i Weronika zakrzątnęła się.

Była bardzo litościwa. I dobra.
Dom ożył. Jasiu przy każdych odwiedzinach czekał przy drzwiach. Cieszył się.

Potem się przeprowadziłam. Po co go samego zostawiać? Moim tylko się ulżyło więcej miejsca. Otrzymałam adekwatnie dużego dziecka, nie męża. Ale mądrego! Z pieniędzmi nie ma żadnych problemów. Kazał mi rzucić pracę, a przecież byłam opiekunką w kilku miejscach. Złośliwcy próbowali coś gadać, ale gwałtownie ich uciszyłam. No bo ludzie psy i koty z ulicy przygarniają, a człowieka już nie można? Okazujesz serce, wspierasz, ile się da. Dobry jest, Jasiu. Czuły. Potrzebujemy się nawzajem! Jedziemy do jego syna, poprosił, żebym pomogła z wnuczkiem. A ja się cieszę. Dziesięcioro bym wykarmiła, gdyby trzeba! mówi z dumą Weronika.

W tym momencie drzwi do wagonu restauracyjnego otwierają się. Z wiązanką polnych kwiatów i długo zwisającym szalikiem wchodzi jej Jasiu.

Po co wstałeś! Przecież jeszcze słaby jesteś! Zaraz, zgrzałeś się, musisz się przebrać! a Weronika razem z tym swoim dziedzictwem kieruje się do wyjścia.

A on cały czas szepcze:

Werciu! Kupiłem ci kwiatki od babć na peronie! Podobają się?

Weronika aż spłonęła rumieńcem jeszcze mocniej i położyła mu rękę na ramieniu.

Wysiedli wcześniej. Ona taszczy ciężką walizkę, Jasiu niesie jej mniejszą torbę. Cały czas trzyma go za kołnierz kurtki w tłumie żeby się nie zgubił. Szli, uśmiechając się do siebie jak dwa słoneczka. Już wiadomo: ona naprawdę zostanie jego drugą żoną.

Idź do oryginalnego materiału