Mąż przyprowadził do domu kolegę, żeby ten zatrzymał się u nas na tydzień, a ja po cichu spakowałam rzeczy i wyjechałam do sanatorium
No, wchodź, nie krępuj się, czuj się jak u siebie rozległ się w przedpokoju radosny głos Janusza, mojego męża. Za moment usłyszałam tępy stuk czegoś ciężkiego, co upadło na podłogę. Milenko, zaraz nakryjesz do stołu, idealnie trafiliśmy!
Milena zamarła z chochlą w ręku. Nie spodziewała się gości. Dziś miał być cichy, rodzinny wieczór przy telewizorze, jedynym oczekiwanym gościem był upragniony spokój po ciężkim tygodniu pracy w księgowości. Odłożyła chochlę na podstawkę, wytarła ręce w ściereczkę i wyszła do korytarza.
To, co zobaczyła, nie wróżyło nic dobrego. Janusz aż promieniał, pomagając zdjąć kurtkę korpulentnemu mężczyźnie z zaczerwienionym nosem. W rogu samotnie stała ogromna sportowa torba tak wypchana, iż suwak ledwo co wytrzymał napięcie.
O, Milenka! uśmiechnął się Janusz szeroko. Mam dla ciebie niespodziankę. Pamiętasz Mirosława? Studiowaliśmy razem. No ten, co najlepiej grał na gitarze!
Milena pamiętała go mgliście: hałaśliwy chłopak z ostatniej ławki, który zawsze pożyczał papierosy i notatki. Teraz po dawnym studencie została tylko szeroka postura, spory brzuch, łysina i błądzący, oceniający wzrok.
Dzień dobry, gospodyni burknął gość, zdejmując buty, i niedbale kopnął je pod półkę na obuwie. Mieszkanko macie niczego sobie. Przestronne.
Dobry wieczór odpowiedziała Milena, kierując pytające spojrzenie na męża.
Janusz gwałtownie podszedł, ujął ją za ramiona, szepcząc, by Mirosław, który poszedł myć ręce, nie usłyszał:
Milena, sprawa jest poważna. Mirek w kłopotach żona go wyrzuciła, teściowa mieszkanie przepisała tylko na siebie, on tam choćby zameldowany nie był. Nie ma gdzie się podziać, pieniędzy u niego jak na lekarstwo. Przenocuje u nas tydzień, jak znajdzie coś do wynajęcia albo pogodzi się z żoną. No nie mogłem go zostawić na ulicy, znasz mnie.
Milena znała go aż za dobrze. Janusz miał dobre serce, ale ten jego brak asertywności często wpędzał ich w kłopoty. Szczególnie w przypadku znajomych, którzy byli mistrzami w wyciskaniu z niego litości przez wspomnienia dawnych dobrych czasów.
Tydzień? powtórzyła cicho. Janusz, mieszkamy w dwupokojowym. Gdzie on ma spać? W salonie? A my gdzie odpoczniemy po pracy?
No coś ty, Milenka machnął ręką mąż tydzień przeżyjemy, herbatę napijemy się w kuchni. Ważniejsze, iż komuś pomożemy. Mirek jest spokojny, choćby go nie zauważysz.
Spokojny facet wyszedł z łazienki, wycierając ręce w jej świeżo powieszony, elegancki ręcznik.
A jeść to będziemy? zapytał wesoło, zaglądając do kuchni jak gospodarz w swoim domu. Od rana głodny, zanim się zebrałem… no i jeszcze stres.
Kolacja przypominała teatr jednego aktora. Mirosław jadł jakby szykował się na głodówkę: barszcz znikał w tempie błyskawicy, kotlety jeden po drugim. Do tego nie szczędził komentarzy:
Barszczyk dobry, choć trochę mało czosnku, moja była, Basia, robiła taki, żeby łyżka stała, a tu trochę jakby dietetyczny…
Milena zacisnęła wargi, milcząc. Janusz uśmiechał się przepraszająco i dokładał Mirekowi dokładki.
Jedz, Mirek, Milena świetnie gotuje.
Nie powiem, nie powiem machnął ręką Mirek, napełniając kieliszek przyniesioną przez siebie wódką jak na mieszczkę ujdzie. My robotnicy jesteśmy przyzwyczajeni do cięższego żarcia. A piwka nie masz? Bo z kotletem to aż się prosi…
Wieczór spędzili w salonie, gdzie telewizor huczał tak, iż szyby w kredensie drżały. Mirek rozsiadł się na kanapie i komentował każdą scenę filmu sensacyjnego, Janusz przytakiwał, donosząc kolejne herbaty i kanapki. Milenie nie znalazło się miejsce w jej własnym salonie. Przeniosła się do sypialni, ale choćby czytanie nie pomogło zagłuszyć huku wystrzałów i śmiechu gościa.
Poranek nie wróżył niczego lepszego. Wchodząc do kuchni by zaparzyć kawę, znalazła górę brudnych naczyń, okruchy na obrusie, plamy od keczupu i pustą butelkę. Mirek spał w salonie rozparty na rozłożonej wersalce, jego chrapanie dawało się słyszeć w całym domu, a mieszkanie wypełniał zapach alkoholu i przepoconych skarpet.
Janusz, zaspany i skołowany, wyszedł z łazienki.
Przepraszam, Milena, zasiedzieliśmy się, posprzątam wieczorem wyszeptał.
A na czym będziecie jeść śniadanie? Wszystko brudne odpowiedziała, spoglądając na zegarek.
Umyję coś na szybko…
Milena napiła się kawy, nie patrząc w stronę salonu, po czym wyszła do pracy. Cały dzień czuła, iż nie chce wracać do własnego mieszkania, które tak starannie urządzała.
Wieczór tylko utwierdził ją w obawach. Naczynia niby umyte, ale źle z plamami. W kuchni ciężko od zapachu smażeniny. Mirek siedział w podkoszulku i palił przy otwartym oknie, chociaż Milena setki razy prosiła, by w mieszkaniu nie palić.
O, gospodyni wróciła! rzucił, wypuszczając dym Smażyliśmy z Januszem kartofle na słoninie. Swojskie, sami zrobiliśmy! Ale musieliśmy do sklepu, bo nie mieliście słoniny. Janusz dał kasę, u mnie blokada na koncie.
Kuchenka cała w tłuszczu. Na podłodze łupinki po ziemniakach.
Nie jestem głodna odpowiedziała sucho. Janusz, słowo.
Zaciągnęła męża do sypialni, zamknęła drzwi.
Co to ma znaczyć? Czemu pali w kuchni, czemu taki bałagan? Obiecałeś, iż choćby go nie zauważę.
Milena, nie denerwuj się próbował ją objąć Janusz, ale odepchnęła go. Chłop przeżywa, stresuje się. Posprzątamy potem. On jest prosty, bez ceregieli. Jeszcze tylko kilka dni, szuka już mieszkania!
Serio? Szuka? Siedząc z piwem przed telewizorem?
Dzwonił do kogoś dzisiaj! Milenka, nie bądź taka surowa. Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie.
Następne trzy dni były nie do zniesienia. Mirosław cały czas był w domu, bo na urlopie bezpłatnym. Zajadał wszystko, co Milena przygotowała na dwa dni, w jeden wieczór. Chodził w samych slipkach, nie krępując się jej obecnością. Zajmował łazienkę na godzinę zostawiając wszędzie kałuże.
Kulminacja nastąpiła w piątek.
Milena przyszła wcześniej z pracy, marząc o gorącej kąpieli i spaniu. Otwiera drzwi, słyszy śmiechy i muzykę. W przedpokoju oprócz butów Janusza i Mirka, damskie szpilki i czyjeś męskie kozaki.
Wchodzi do salonu. Zaduch papierosowy. Przy stole siedzi Mirek, nieznajomy facet i wyzywająco pomalowana dziewczyna. Janusz skulony w rogu wygląda na zbitego psa. Na stole bateria butelek, przekąski rozłożone prosto na jej ulubionym stoliku, bez serwetki.
O, żona przyszła! zawył Mirek. Janusz, leć z kolejną kolejką! Milenko, poznaj: to Żenek i Sylwusia, integrujemy się, piątek w końcu!
Milena spojrzała na okrągły ślad po szklance na politurze stołu, na pety gaszone w kryształowej cukierniczce. Spojrzała na męża, który nie potrafił spojrzeć jej w oczy.
Nie krzyczała. Nie tłukła talerzy, nie wygoniła gości. W środku coś w niej się przełączyło, zastępując irytację lodowatym spokojem.
Dobry wieczór powiedziała równo Nie chcę przeszkadzać.
Odwróciła się i zamknęła za sobą drzwi sypialni na klucz. Hałas ucichł, potem muzyka znów zagrzmiała, ale już ciszej.
Milena wyciągnęła z szafy dużą walizkę i rozpoczęła pakowanie metodycznie: szlafrok, kapcie, kostium kąpielowy, kilka sukienek, wygodne spodnie, kosmetyki i książki. Dziękowała losowi, iż miała jeszcze dwa tygodnie zaległego urlopu, i iż miała własne oszczędności, których Janusz nie ruszał.
Włączyła laptop, weszła na stronę sanatorium w Ciechocinku, o którym marzyła od dawna luksusowy apartament z widokiem na park, trzy posiłki dziennie, SPA, masaże. Opłacone. Rezerwacja potwierdzona. Wyjazd jutro rano.
Po spakowaniu zasnęła ze stopkami do uszu. Impreza stała się dalekim echem.
Rano w domu panowała martwa cisza. Goście rozeszli się grubo po północy, Janusz i Mirek spali jak zabici. Milena wstała, wzięła prysznic, ubrała się, chwyciła walizkę i wyszła. Na stole, pośród resztek uczty, zostawiła krótką notatkę: Pojechałam do sanatorium. Wrócę za tydzień. W lodówce nie ma jedzenia. Rachunki za mieszkanie opłać sam.
Taksówka czekała na dole. Kiedy odjeżdżała, poczuła, jakby z jej ramion spadł kamień.
Pierwsze dwa dni w sanatorium były jak sen: spacery po ośnieżonych alejach, koktajle tlenowe, basen, czytanie. Telefon ustawiony na cichy, sprawdzany raz dziennie.
Telefon od Janusza po raz pierwszy zadzwonił wieczorem: nieodebrane połączenia, potem SMS-y:
Milena, gdzie jesteś?
To nie śmieszne, zniknęłaś?
Obudziliśmy się, a ciebie nie ma.
Nie ma co jeść, mogłaś zupę zostawić.
Milena tylko się uśmiechnęła i poszła na zabieg czekoladowy.
Trzeciego dnia ton smsów się zmienił.
Milena, odbierz! Gdzie są czyste skarpetki?
Jak włączyć pralkę?
Mirek pyta, gdzie zapasowe ręczniki.
Skończył się proszek i papier. Gdzie zapas?
Odpowiedziała na jedno: Instrukcja pralki jest w internecie. Proszek i papier w sklepie. Macie pieniądze, znalazło się na wódkę.
Czwartego dnia znów zadzwonił. Milena siedziała akurat w kawiarni ziołowej przy herbacie.
Milena! No wreszcie! Janusz niemal krzyczał Kiedy wrócisz? Tego się nie da znieść!
Co się stało, Janusz? jej głos był spokojny.
Bałagan! Mirek przesadził! Wczoraj zaprosił jakichś typów na mecz, drą się do rana, sąsiadka zadzwoniła po policję! Mandat dostałem!
Przecież mówiłeś: normalny człowiek, trzeba pomóc przyjacielowi. No to pomagasz. Radź sobie, kochanie. Jesteś głową rodziny.
Milena, ale tu nie ma co jeść! Jestem po pracy zmęczony, a Mirek domaga się kolacji! Mówi, iż jestem zły gospodarz!
A ja co mam z tym wspólnego? Przecież według twojego kolegi gotuję kiepsko. Może on cię nauczy po swojemu, niech sobie smażą słoninę.
Milena, nie umiem go wyrzucić. Wstyd mi. To mój kolega…
To twój wybór, Janusz. Twój kolega, twój dom, twoje zasady albo ich brak. Wrócę w niedzielę wieczorem. jeżeli mieszkanie nie będzie w takim stanie jak przed gościem i jeżeli Mirek jeszcze tu będzie, jadę do mamy i składam papiery na rozwód. To nie groźba. To fakt.
Odłożyła telefon i poszła na masaż twarzy. Czuła się lekka jak nigdy. Zrozumiała nagle, iż cierpliwość to wcale nie cnota, a często pozwolenie, by ktoś wszedł ci na głowę.
Reszta tygodnia minęła w mgnieniu oka. Milena wyspała się po raz pierwszy od dziesięciu lat, poprawił się jej wygląd, a zmarszczka między brwiami złagodniała.
W niedzielę wróciła do domu lekko niespokojna, ale bez strachu. Była gotowa na wszystko.
Otworzyła drzwi.
Z mieszkania dobiegał zapach chloru, cytryny i… pieczonego kurczaka ale miły.
W korytarzu pusto. Żadnych cudzych toreb, buty Janusza schludnie ustawione.
Z kuchni wyjrzał mąż zmęczony, podkrążone oczy, ale czysty, ogolony i w świeżej koszuli.
Cześć powiedział cicho.
Milena zajrzała do salonu porządek idealny, sofa złożona, dywan odkurzony, na stoliku żadnych śladów. Okno otwarte, świeże zimowe powietrze wywiewało resztki dymu.
Kuchnia lśniła. W piekarniku dochodził kurczak.
A gdzie Mirek? spytała zdejmując płaszcz.
Janusz westchnął i oparł się o framugę.
Wyrzuciłem go. W czwartek, po twoim telefonie.
Naprawdę? Jak to się stało? Przecież wstyd?
Wiesz co, Milena… przetarł czoło Kiedy kazał mi skoczyć po piwo, bo mecz się zaczyna, a ja padłem po pracy i zmywałem po nim garnek… coś we mnie pękło. Powiedziałem mu: zbieraj się i wychodź.
I?
Krzyczał, wyzywał mnie od pantoflarzy i mówił, iż babom nie wolno dawać władzy. Wiele rzeczy nagadał. Zażądał pieniędzy za moralne straty. Dałem mu tysiąc złotych na taksówkę, wystawiłem torbę na korytarz. Klucze oddał. Dwa dni sprzątałem mieszkanie. Sąsiadce Kazi przyniosłem czekoladki, przeprosiłem.
Podszedł do Mileny i ujął jej dłonie były szorstkie od środków czystości.
Przepraszam, Milena. Byłem głupi. Wydawało się, iż to nic takiego. Nie doceniałem, jak ciężko jest utrzymać dom i pracę. Przez te cztery dni niemal oszalałem. Jak ty to wszystko znosisz?
Milena spojrzała mu w oczy nie było tam tylko skruchy, ale autentyczne zrozumienie wartości domowej harmonii.
Ja nie znoszę, Janusz. Ja się staram dla nas. Ale nie zatrudniłam się do opieki nad pasożytami.
Zrozumiałem. Nigdy więcej nocujących gości. Zwłaszcza Mirka, który potem jeszcze obrzydliwe sms-y pisał. Zablokowałem go.
Siadaj, bo kurczak się spali uśmiechnęła się Milena.
Jedli w ciszy, ale tej dobrej spokojnej. Janusz dbał, by podawać jej najlepsze kawałki, dolewał herbaty.
I jak ci było w sanatorium? zapytał niepewnie.
Świetnie. od dzisiaj będę jeździć co pół roku. I musisz nauczyć się gotować coś więcej niż jajecznica skoro mogę znowu wyjechać.
Nauczę się, obiecuję kiwnął poważnie Janusz.
Następnego dnia Milena dowiedziała się od wspólnej znajomej, iż Mirek wrócił do teściowej, wywołał tam kłótnię, a była żona idzie z nim do sądu o eksmisję i spłaty licznych długów. Okazało się, iż już miesiąc temu stracił pracę przez alkohol, a historia o nagle wyrzucającej żonie była wyłącznie pretekstem, by znaleźć sobie dach nad głową.
Janusz tylko pokiwał głową i jeszcze mocniej przytulił żonę. Lekcja została odrobiona: granice rodziny stały się święte. Milena zaś zrozumiała, iż czasem wystarczy po prostu wyjść bez słowa, aby ktoś inny wreszcie poniósł konsekwencje własnych wyborów.
To wydarzenie zmieniło ich życie. Janusz nie stał się idealnym gospodarzem w jeden dzień, ale już nigdy nie uważał pracy Mileny za coś oczywistego. Najważniejsze jednak, iż nauczył się mówić nie. Gdy po miesiącu zadzwonił daleki kuzyn z prośbą o przenocowanie, Janusz grzecznie, ale stanowczo podał kontakt do najbliższego taniego hotelu.
Milena słysząc tę rozmowę, uśmiechnęła się, mieszając zupę w kuchni. Sanatorium jest cudowne, ale dom, w którym się ciebie szanuje i docenia, pozostało lepszy.
Czasem bowiem najlepsza obrona własnej godności to milczenie i konsekwentne działanie. Wtedy inni w końcu zaczynają widzieć i doceniać twoją wartość.











