Mąż powiedział, iż muszę obsłużyć jego kolegów, więc wyszłam na spacer do parku.
Zosiu, po co się tak rozpisujesz? Chłopaki za pół godziny będą, a my nie mamy nic na stole. Rusz się, pogotuj ziemniaki z cebulą, tak jak lubią, wyciągnij te kiszone ogórki, które mama zawsze przekazywała. Pokrój boczek cienko, ale ładnie, nie grubo, jak ostatnio.
Wojtek stał w drzwiach kuchni, już w domu w sportowych spodniach i rozciągniętej koszulce, patrząc niechętnie na zegarek. Zosia, właśnie wniosła dwie ciężkie torby z zakupami, położyła je powoli na podłodze. Torby głośno uderzyły w płytkę. Ramiona bolały, a zimowe kozaki przypalały stopy dziś w sklepie był koszmar, przed świętami ludzie jakby wybili się z łańcucha i wyładowywali wszystkie półki.
Wojciechu, co to za chłopaki? zapytała cicho, zapinając suwak kurtki puchowej. Palce drżały od zimna, czekała na autobus. Piątek wieczór. Ledwo żyję. Myślałam, iż po prostu zjemy kolację i obejrzymy film.
No i zaczynamy, ziewnął mąż, przewracając oczy. Ledwo żyję, zmęczona. Wszyscy pracują, Zosiu. Ja też nie leżę w kącie. Sergiusz dzwonił, on z Tomaszem i Witkiem przejeżdżali, postanowili wpaść. Sto lat nie widzieliśmy się. Co, nie wpuścić przyjaciół na próg? To, swoją drogą, brak szacunku.
Nie dało się mnie uprzedzić? Zadzwonić w ciągu dnia?
Tak spontanicznie wyszło! Czemu robisz problem z niczego? Tylko przekąski przygotować. Nie przyjdą jeść, a pogadają. Mamy butelkę, w szafce stoi. Najważniejsze gwałtownie nakryj stół. Sałatka, może Sałatka jarzynowa albo krabowa, wiesz, co zwykle. I danie główne, bo goście z pracy, głodni.
Zosia patrzyła na męża i w okolicy splotu słonecznego czuła, jak rośnie w niej wielka, gorąca kłódka obrazy. Jak zwykle. To znaczyło, iż nie może usiąść choćby na chwilę, musi biegać między zlewem a patelnią, siekać sałatki, nakrywać, a potem całą noc podawać czyste talerze, zmywać brudne, pilnować, żeby goście mieli chleb, i słuchać ich żartów i hałaśliwego chichotu. A po północy zostanie jej góra naczyń, zadymiona kuchnia i lepka podłoga.
Nie będę gotować, powiedziałam stanowczo, patrząc mu w oczy. Jestem zmęczona. Chcę wziąć prysznic i położyć się spać. jeżeli twoi koledzy są głodni, zamów pizzę. Albo sam ugotuj pierogi.
Wojciech przez chwilę się zmieszał. Brwi uniosły się.
Co to za pizza? Chłopaki chcą domowego. Już obiecałem, iż moja gospodarczyni nakryje. Sergiusz wciąż wspomina twoje białe bułki. Nie upokarzaj mnie przed ludźmi. Co pomyślą? Że nie potrafię zrobić domu?
Zrobić? zapytała Zosia, zimny dreszcz przebiegł po plecach. Czy mam być nowicjuszem na polu? Czy służebnicą?
Nie przekręcaj! Wojciech podniósł głos. Jesteś kobietą, gospodynią domu. To twój obowiązek przyjmować gości. Zarabiam pieniądze, noszę w domu wszystko, czy mam prawo raz w miesiącu usiąść z przyjaciółmi? Żeby żona dbała, podawała, tworzyła przytulność? Czy proszę za wiele? Rozpakuj torby. Włóż kurczaka do piekarnika, a kiedy będziesz czyścić ziemniaki, sam się dopiecze. I wódkę w zamrażalnik wstaw, żeby się skropiła.
Odwrócił się i poszedł do salonu, rzucając po drodze:
I popracuj nad fryzurą, wyglądasz jak ogrodowa kukła. Witek z nową damą może przyjść, nie chcę, żebyś przy nim blada wyglądała.
Drzwi do pokoju nie zamknęły się, a z wnętrza dobiegał dźwięk włączonego telewizora. Wojciech usiadł na kanapie, licząc rozmowę zakończoną. Dla niego wszystko było ustalone: żona dostała rozkazy i teraz, jak wierna towarzyszka, ruszy na kulinarny front.
Zosia stała w korytarzu, słuchając szum nowin. Zsunęła kapelusz. Włosy, naprawdę rozczochrane i naładowane, spadły na twarz. Ogrodowa kukła. Słowa męża brzmiały w uszach. Dwadzieścia lat małżeństwa. Dwadzieścia lat starała się być idealną. Dobrą gospodynią, troskliwą żoną, rozumiejącą przyjaciółkę. Znosiła jego garażowe spotkania, mamę z niekończącymi się radami, porozrzucane skarpety i wieczne pretensje, iż zupa jest za słona. Myślała, iż to właśnie jest życie rodzinne kompromisy, cierpliwość, wygładzanie krawędzi.
Spojrzała na torby z zakupami. Był w nich kurczak, który miał upiec następnego dnia na obiad, warzywa do sałatki, mleko, chleb. Wszystko ciężkie, obciążające ręce.
Zosia pochyliła się, ale nie po to, by rozdawać torby. Znowu zapinała suwak kurtki puchowej. Nałożyła czapkę, starannie włożyła włosy pod nią. Poprawiła szalik.
Zajrzała na chwilę do pokoju.
Wojciechu.
Mąż, nie odrywając oczu od ekranu, machnął ręką:
Co tam jeszcze? Sól nie znalazła? W górnej szufladzie.
Idę.
Dokąd? w końcu odwrócił głowę, a na twarzy pojawiło się prawdziwe zdziwienie. Do sklepu? Zapomniałeś coś? Chleb kupiłeś, majonez jest?
Nie. Idę na spacer. Do parku.
Do jakiego parku? Wojciech wstał z kanapy. Zwariowałaś? Jest już siedem wieczorem, ciemno, zimno. Goście za dwadzieścia minut! Kto będzie nakrywał?
Ty, odpowiedziała spokojnie Zosia. Ty zaprosiłeś, więc nakryj. Ziemniaki w koszyku pod zlewem. Kurczak w torbie. Nóż w stojaku. Przepis znajdziesz w internecie.
Zosiu, poczekaj! krzyknął Wojciech, wstając. Co robisz? Jaki park?! Wracaj! Rozbierz się i idź do kuchni! Kazałem!
Zosia nie słuchała. Wyszła z mieszkania, zatrzasnęła ciężkie metalowe drzwi. Zgłoszenie zamka brzmiało jak strzał. Pobiegła po schodach, nie czekając na windę, obawiając się, iż Wojciech wyjdzie za nią i przyciągnie siłą. Na klatce schodowej było cicho. Najwyraźniej był tak zszokowany jej wyjściem, iż stał jak w muzeum z otwartymi ustami.
Na zewnątrz leciał drobny, kolczasty śnieg. Wiatr wdzierał się pod kołnierz, ale Zosia tego nie zauważyła. W środku pulsował adrenalina i dawno zapomniane poczucie złowrogiej wolności. Szła szybko, prawie biegła, z dala od domu, od podświetlonych okien, za którymi jej mąż pewnie szukał wymówek dla przyjaciół.
Park znajdował się dwa bloki dalej. To był stary miejski park z szerokimi alejkami i wysokimi lipami, które teraz stały nagie i kołysały się na wietrze. Ludzi było mało przypadkowi przechodnie z psami, pośpiech robotników, para nastolatków przy ławce, pochłonięta telefonami.
Zosia skręciła na boczną aleję, gdzie latarnie paliły się naprzemian, rzucając cienie na śnieg. Dopiero teraz zwolniła krok. Oddech się poirytował, serce biło w gardle.
Co ja zrobiłam? przeszła ją panika.
Zawsze bała się konfliktów. Od dziecka uczono ją, iż trzeba być cichą. Cierpliwość miłość, Milczenie złoto, Mąż głowa, żona szyja. Mama powtarzała: Zosiu, nie kłóć się, bądź mądra. Mężczyznę trzeba karmić i chwalić, wtedy w domu będzie spokój. I tak robiła. I chwaliła. choćby gdy Wojciech dosłownie siadał jej na szyję.
Telefon w kieszeni wibrował. Zosia wyciągnęła go. Na ekranie zdjęcie męża i podpis Wojciech. Odrzuciła połączenie. Po chwili zadzwonił znów. Potem jeszcze raz.
Wyłączyła telefon i wsunęła czarny ekran do kieszeni. Cisza. Pozostał tylko wiatr i skrzypiący śnieg pod butami.
Podszedła do stawu. Woda była czarna, niezamrożona, w środku płynęły kaczki. Na brzegu tworzyła się cienka warstwa lodu. Zosia opręła się rękoma o zimne barierki i spojrzała w dół.
Przypomniała sobie ostatni raz, kiedy przyszli przyjaciele. Tolek napił się i rozbił jej ukochaną wazon, prezent od siostry. Wojciech wtedy tylko się roześmiał: Na szczęście! Nie płacz, kupimy nowy. Nowego nie kupili. A Sergiusz tego wieczoru, kiedy Zosia zmywała brudne talerze, uderzył ją w udo i podpaląco mrugnął: Wojtek ma szczęście, taka żona wszystko zrobi, nakarmi i pogłaska. Wojciech tego nie widział, może udawał, iż nie widział. Zosii wtedy chciało wpaść w ziemię z wstrętu, ale milczała. Uśmiechnęła się wymuszonym uśmiechem i wróciła do zmywania. Nie zawstydzaj mnie przed ludźmi.
Nie będę, szepnęła Zosia w ciemność. Już nigdy więcej.
Szła dalej aleją. Mróz szczypał policzki, ale to było przyjemne. Głowa się rozjaśniała. Nagle zdała sobie sprawę, iż nie jadła od obiadu. Żołądek warczał.
W centrum parku świecił żółtawy, ciepły kiosk z kawą i wypiekami. Zosia podeszła do okienka.
Dobry wieczór uśmiechnęła się dziewczyna w wełnianej czapce. Co podać? Na rozgrzanie?
Duży cappuccino, proszę. I Zosia spojrzała na witrynę. I tę ślimaczkę z cynamonem. I kanapkę z kurczakiem.
Świetny wybór. Zaraz podgrzejemy.
Zosia wzięła gorący kubek, obejmując go lodowatymi dłońmi. Ciepło rozeszło się po palcach. Usiadła na ławce pod latarnią.
Kanapka była gorąca, ser ciągnął się, kurczak soczysty. To był najpyszniejszy posiłek od lat. Nie dlatego, iż jedzenie było wykwintne, ale dlatego, iż jadła je sama, w ciszy, nie obsługując nikogo. Patrzyła na padający śnieg, piła kawę i czuła się żywa.
Przeszła obok starsza para. Szli powoli za rękę. Starszy coś opowiadał, a kobieta śmiała się, patrząc na niego z czułością. Zatrzymali się przy Zosi, by dopasować mężowi szalik.
Gdzież to się rozciągasz, Szymonie, przeziębisz się zawołała żona.
A ja mam ci gorąco, Gosiu zażartował dziadek.
Zosia patrzyła na nich i myślała: Czy tak będzie z nami i Wojciechem? Czy będziemy w starości tak spacerować za rękę?. Odpowiedź bolała. Raczej Wojciech będzie przed nią, marudząc, iż idzie za szybko, a ona ciągnie torby i liczy, iż boli mu plecy, iż trzeba maść rozetrzeć.
W kieszeni znowu coś pisnęło. Zosia drgnęła, ale przypomniała sobie, iż telefon jest wyłączony. To nie był telefon. To był zegarek, który pokazał, iż osiągnęła cel kroków 10000. Irytka losu. Wyszła z domu, by spełnić normę aktywności.
Minęły dwie godziny. Zosia objechała park trzy razy. Nogi brzmiały nie z zmęczenia po pracy, a z długiego marszu. Kawa wypita, bułka zjedzona. Zimno przeciskało się pod puchową kurtkę. Musiała wracać. Nie zamierzała nocować na ławce.
Ale powrót budził lęk. Co tam? Kłótnia? Bójka? A może goście już wyjechali, a on siedzi wściekły, szykując obelgi?
Zosia podniosła głowę i kierując się do wyjścia z parku, szła wolniej. Podwórko jej bloku, trzeci piętro jej mieszkanie. Światła wciąż wciąż płonęły: w kuchni, w salonie.
Wzięła klucz, drzwi otworzyła. W nosie uderzył zapach spalonego oleju, dymu papierosowego (chociaż setny raz prosiła, by nie palił w mieszkaniu) i taniego wody kolońskiego.
W przedpokoju stały obce buty. Goście na pewno przyszli. Stosy kurtek na wieszaku.
Z kuchni dochodził głośny śmiech i hałas.
No mówię jej, nie myl się! wrzeszczał głos Sergiusza. Kobieta musi znać swoje miejsce! A Wojtek ma klasę, nie załamał się!
ZosiaWtedy, patrząc na Zosię, która wyciągnęła rękę i zamknęła drzwi na klucz, zrozumiałem, iż nasz związek wymaga nowego porządku, w którym szacunek i równowaga będą jedynymi gośćmi przy naszym stole.










![Olsztyn po 34. Finale WOŚP. Pierwsze podsumowania i wciąż rosnące kwoty [ZDJĘCIA, WIDEO]](https://static.olsztyn.com.pl/static/articles_photos/45/45917/f0c847e10b1ab0fa779eeace66388991.jpg)

