Mąż na mocy testamentu

newsempire24.com 8 godzin temu

Wysoka, energiczna kobieta wyszła właśnie z przedziału. Jednym stanowczym tonem rozgoniła wszystkich, którzy przeszkadzali pasażerom w odpoczynku. Trzeba przyznać, iż choćby najbardziej zuchwali i mocni faceci momentalnie jej się podporządkowali, jakby to było na rozkaz.

Na głowie miała złote warkocze spięte niczym korona, jej oczy były intensywnie niebieskie, a policzki aż paliły się rumieńcem. Spojrzała w kierunku toalety. W tym samym momencie wybiegł stamtąd niewysoki, szczupły mężczyzna z jasnymi, puszystymi włosami i ujmująco dziecinną twarzą.

Jaś! Już myślałam, iż cię zgubiłam! Słyszę ten harmider, konduktorka choćby bała się podejść. No i jak ty tam? Przecież tacy od razu mogliby cię skrzywdzić, bez powodu! powiedziała kobieta.

Oj, Weroniczko! Ja bym im zaraz pokazał! A ty co wyszłaś, Werka? Jesteś przecież dama! Jaś nieśmiało się uśmiechnął i gwałtownie przemknął do przedziału.

Weronika omiotła spojrzeniem mnie i jeszcze jednego znużonego podróżnego. Nie znalazła zagrożenia dla siebie ani dla swojego wybranka, więc również zniknęła w przedziale.

Później spotkałyśmy się jeszcze w wagonie restauracyjnym.

Nie było wolnych miejsc, więc przysiadłam do jej stołu. Nie zauważyłam Jasia. Gdy skończyła swojego schabowego z ziemniaczkami, kobieta jeszcze głośniej powiedziała:

Mam na imię Weronika Andrzejewska. Po prostu Weronika.

Podróżuje pani sama? Mąż dołączy później?

Odpoczywa. Nie przyjdzie. Owinęłam mu gardło szalikiem i dałam brusznicowy kompot. Wyobraź sobie, jedziemy pociągiem, a Jaś nagle zachorował! No cóż, taki typ. Wyszedł trzepać dywan w samym swetrze Przegapiłam! tłumaczyła się.

Chyba bardzo pani go kocha. Sama pomyślałam, iż to dla niego stanęła pani w obronie, a nie odwrotnie. Z takim uczuciem pani o nim mówi! zamyśliłam się głośno.

A wiesz, Jasio trafił mi się w schedzie. Nie jest moim mężem w klasycznym sensie. Choć mieszkamy razem. Wciąż rozpacza. Jego pierwsza żona zmarła niedawno Taka dobra, święta kobieta Weronika westchnęła.

Jak to w schedzie? zdziwiłam się.

I wtedy Weronika opowiedziała mi całą historię.

Jasio wcześniej mieszkał z Lidią. Znaną od szkoły, studiowali razem. Pobrali się.

Był bardzo pomysłowy wszystko potrafił wymyślić, niezwykły talent. Otrzymywał zamówienia od różnych firm, finansowo powodziło im się dobrze. Za to w codziennym życiu Jaś był zupełnie niezaradny. W sklepie nie zabrałby reszty, przez ulicę przechodził nie tam, gdzie trzeba, nie wiedział zupełnie, gdzie co kupić i jak się za to zabrać. Tak naiwny, komu tylko mógł, ten od razu otrzymywał od niego pieniądze.

Twój facet jakby trafił na Ziemię przypadkiem. My zapieprzamy na bilety tramwajowe, a u tego łeb taki, iż same złotówki do niego płyną! dziwili się znajomi.

Lidia nie narzekała na życie. Miała siły i praktyczności za dwóch. Sama szykowała męża rano, sprawdzała, czy wziął rękawiczki, zawiązała mu szalik. niedługo kupiła samochód, by go wozić, bo Jaś raz zamówił taksówkę i podał zły adres, bo zamyślił się po drodze. Bardzo się uzupełniali.

Lecz gdy Lidia trafiła do szpitala na tydzień, po powrocie zastała męża żywiącego się suchym makaronem i wodą. choćby czajnika nie włączył. Wszystko, co się znajdowało w zamrażarce, dalej tam leżało.

Bez ciebie mi się nie chce. choćby apetytu nie mam uśmiechnął się Jaś.

Syn, Andrzejek, odziedziczył po ojcu intelekt, nieśmiałość i roztrzepanie. Ale wszyscy cenili jego zdolności. Na żonę wybrał cichą, spokojną dziewczynę z wioski, Olę. W rodzinie niepodzielnie rządziła Lidia. Za niedługo przyszedł na świat wnuk Leszek. Lidia była gotowa dalej ciągnąć wszystkich za uszy, aż nagle ciężko się rozchorowała.

Dom opustoszał. Jaś był kompletnie zagubiony. Oczywiście, sprowadził najlepszych lekarzy, gotów był zapłacić każde pieniądze ale tej choroby nie dało się wyleczyć.

Serce Lidii krwawiło, nie za siebie. Dzielnie wszystko znosiła, ale martwiła się o bliskich. Jak oni bez niej sobie poradzą? To jak posadzić storczyka na jesieni pod Białymstokiem i liczyć, iż będzie kwitł!

Lidia modliła się nie o siebie by Bóg uratował męża, syna i wnuka. Wtedy pojawiła się Weronika, która pracowała jako opiekunka. Spokrewniona z jednym z lekarzy opiekujących się Lidią.

Gdy Weronika pojawiła się w domu po raz pierwszy, powitał ją filigranowy mężczyzna, co mówił tak cicho, iż ledwo dobiegał uszu. W domu panował chaos i smutek. Sterty brudnej bielizny, nieumytych naczyń (zmywarka była, ale bezużyteczna) i ciężkie powietrze z żałości i tragedii.

W sypialni chora, bardzo szczupła, wielkooka kobieta, uśmiechająca się do Weroniki. Ta tylko westchnęła i zakasała rękawy.

Do wieczora mieszkanie lśniło czystością, z kuchni rozchodził się aromat kotletów, pierogów i pieczonego kurczaka. Czyszczutka Lidia zasnęła w świeżej pościeli. Jaś, który w wiosennej kurteczce chciał wyskoczyć na dwór po sprawunki, został stanowczo zatrzymany głosem Weroniki:

Dokąd pan do diabła idzie w takim zimnie w letniej kurtce? Jeszcze pan zachoruje! Żonie pan teraz za bardzo potrzebny w zdrowiu! Proszę, niech pan założy to cieplejsze, szal omotam i nauszniki. I już, śmiało, do roboty! dyrygowała Weronika.

Lidię w tamtym pokoju łzy napłynęły do oczu. Dymu już nie było, a porządek i ciepło. Weronika może i czasem głośna i energiczna jak byk w sklepie z porcelaną, ale wszystko jej się udawało, a serce miała na adekwatnym miejscu.

Dziękuję Ci, Panie Boże. Teraz są zaopiekowani szepnęła Lidia.

Kiedy bardzo źle się z nią działo, zebrała się na szczerą rozmowę z Weroniką. Zaczęła z daleka, pytała gdzie mieszka, jak żyje. Weronika żyła z mamą i rodziną siostry w dwupokojowym mieszkaniu tłok, więc chętnie pracowała jak najdłużej. Miała 45 lat, nie była zamężna. Były jakieś romanse, ale do ślubu nie doszło. Nie narzekała, umiała sobie radzić sama.

Wtedy Lidia powiedziała:

Weroniko, dbaj o niego, gdy mnie już zabraknie. Zostawiam ci go jakby w spadku! Symbolicznie. Weroniko, on tak łatwo się przeziębia, każdemu ufa

Weronice odebrało mowę. Kiedy chciała zaprotestować, Lidia opowiedziała jej całą historię. Weronika posłuchała w milczeniu.

Nie odmów! Chociaż przez jakiś czas miej na niego oko! Weroniczko, przyklękłabym, ale już nie mogę! prosiła Lidia.

Weronika obiecała.

Lidii niedługo już zabrakło. Weronika próbowała się od wszystkiego wymigać, żeby nie plotkowano, iż zamieszkała z Jasiem dla mieszkania. Zresztą on jej się nie podobał, ona jemu chyba też. Jaki to człowiek, taka boża krówka Ale dała słowo, więc odwiedziła dom. Zapukała nikt nie otwierał. Nacisnęła klamkę otwarte. W końcu odnalazła Jasia w pokoju, na podłodze, z szlafrokiem żony w objęciach, szlochającego jak porzucony pies. Weronika podeszła bliżej, on ścisnął ją za rękę i rozpłakał się.

Ech, biedaku. Lidia miała rację, strasznie ci źle. Nic, damy radę, zrobimy herbatę, wytrzymaj chwilkę jeszcze, kochany! zatroszczyła się Weronika.

Okazała się być naprawdę serdeczna i życzliwa.

Dom ożył. Jaś wyczekiwał jej przy każdych odwiedzinach uśmiechnięty.

W końcu postanowiłam się przeprowadzić. Po co zostawiać samotnego człowieka? Moim bliskim się tylko ulżyło mieli więcej miejsca. Zyskałam adekwatnie duże dziecko zamiast mężczyzny Ale mądrego! Pieniędzy nigdy nie brakuje. Kazał mi zrezygnować z pracy, dorabiałam wcześniej w kilku miejscach jako opiekunka. Zawistni ludzie próbowali obgadywać, ale gwałtownie ich sprowadziłam na ziemię. Przecież ludzie przygarniają psy i koty z ulicy, prawda? A czasem trzeba przygarnąć porzuconego człowieka. Takiego, co jak żółw odwróci się na grzbiet i nie da rady wrócić Pomogę, ile dam radę. Jasio jest dobry, czuły. Jesteśmy sobie jednak potrzebni! Jedziemy teraz do jego syna, prosił o pomoc z wnukiem. A ja tam chętnie i dziesięcioro bym wychowała, jak trzeba! opowiedziała mi Weronika.

W tym momencie drzwi wagonu-restauracji się otwarły. Do środka wszedł jej Jaś, z bukietem polnych kwiatów i długim szalikiem.

Po co wstałeś? Jeszcze jesteś słaby! Zupełnie nie możesz być sam! Spociłeś się, przebierz się koniecznie! i Weronika, razem z żywym “spadkiem”, skierowała się ku wyjściu.

A Jaś szepcze:

Weroniczko! Kupiłem ci u babuszki na stacji kwiatki! Podobają ci się?

Weronika zarumieniła się jeszcze mocniej, położyła mu rękę na ramieniu.

Wysiedli z pociągu trochę wcześniej. Ona dźwigała wielką walizkę, Jaś mniejszą torbę. Cały czas trzymała go za kurtkę, bo tłum był spory. Widocznie, by się nie zgubił. Szli uśmiechnięci jak dwa słońca. I już było wiadomo będzie mu jednak tą drugą żoną!

Idź do oryginalnego materiału