Słuchaj, muszę Ci opowiedzieć, co się wydarzyło ostatnio z Markiem, moim mężem. Wyobraź sobie, zapomniał o moich urodzinach czterdzieste piąte! Akurat 27 lutego, a on właśnie wtedy pojechał na ryby z kolegami. No i zostawił mnie samą na ten dzień Ale to, co zrobiłam w jego nieobecność, sprawi, iż raczej już nigdy nie zapomni o tej dacie.
Wiesz, przez te lata Marek doszedł do mistrzostwa w pamiętaniu o wymianie oleju w samochodzie, dokładnie wiedział, kiedy łowią najlepiej i kiedy ekipa wyrusza na zasiadkę nad Wisłę. Ale jeżeli chodziło o rocznicę ślubu, urodziny, imieniny, to jakby mu ktoś cofał pamięć. Z reguły mu pomagałam, podrzucałam karteczki, mówiłam wprost. Ale w tym roku postanowiłam nie robić żadnych przypomnień. Dwudziestopięciolecie małżeństwa jednak powinno czegoś nauczyć, prawda?
W piątek rano Marek biegał po mieszkaniu i szukał termosu i szczęk wędkarskich.
Jagodo, widziałaś mój termos? Chłopaki już czekają. Jedziemy nad Narew, właśnie teraz najlepiej bierze. Wracam w niedzielę, pewnie zasięgu nie będzie rzucił w biegu, dał mi buziaka w policzek, choćby nie patrząc w oczy.
Nie smuć się, coś sobie dobrego kup, machnął ręką i zniknął za drzwiami.
Patrzę na kalendarz, a data podkreślona na czerwono. Moje urodziny. Nie dość, iż zapomniał, to jeszcze wybrał właśnie ten dzień na ryby.
Oj, wiesz co, na początku zabolało. Potem przyszła taka dziwna pustka i chłód. No i wtedy postanowiłam, iż zrobię Mareczkowi prezent taki, iż już więcej na pewno o tej dacie nie zapomni. Zabrałam się do działania, a kiedy wrócił, czekała go absolutna niespodzianka.
A teraz najlepsze! On od lat odkładał pieniądze miał skrytkę w małej szafce w gabinecie. Chciał sobie kupić nowy silnik do łódki. Oczywiście znałam kod do sejfu, bo jego idealna pamięć czasami lubiła płatać mu figle.
Leżało tam dokładnie trzysta tysięcy złotych no, prawie. Otworzyłam sejf i postanowiłam, co z tym zrobię.
Taki weekend sobie strzeliłam, jakiego nigdy bym wcześniej nie miała odwagi zrobić. Cateringi, najlepsze jedzenie, zaprosiłam przyjaciółki, udekorowałam całe mieszkanie kwiatami. Była muzyka, szampan, śmiechy do rana. Następnego dnia kolacja w restauracji z widokiem na Warszawę, a potem relaks w spa.
A wisienka na torcie broszka, o której myślałam już od dawna, tylko zawsze odkładałam jej zakup, bo przecież mieliśmy wspólne plany.
W niedzielę wieczorem wraca. Szczęśliwy, z pełnym wiadrem ryb.
Jagoda, widzisz ile dziś złowiłem? Było świetnie, chłopaki pozdrawiają!
Wszedł do salonu i aż zaniemówił. Puste butelki po szampanie na stole, kwiaty wszędzie, reklamówki z drogich sklepów na kanapie.
Kto tu był? Miałaś gości?
Byli, spokojnie odpowiadam. Obchodziłam urodziny. Czterdzieste piąte. Pamiętasz?
Stanął jak wryty, potem tylko westchnął ciężko.
No nie Jagodo, naprawdę zawaliłem. Jakoś mi całkiem wyleciało z głowy. Przepraszam, no…
Wiem, przerwałam mu. Dlatego postanowiłam nie martwić się i wszystko zorganizować sama. Prezent też wybrałam bez ciebie.
Popatrzył w stronę gabinetu. Drzwiczki od sejfu uchylone. Zbladł, pobiegł sprawdzić. Po chwili wrócił, spojrzenie miał puste.
Gdzie są moje pieniądze? Tam nie ma już nic! Co się stało z moimi oszczędnościami?
Są tu, wskazałam na pokój.
Wydałaś wszystko?! Przecież to silnik! Dwa lata zbierałem!
A ja cierpliwie znosiłam dwadzieścia pięć lat zapominania o ważnych datach, powiedziałam spokojnie ale stanowczo. Zapomniałeś o moim święcie. Zrobiłam, żebyś już więcej nie powtórzył tego błędu.
Usiadł na kanapie i patrzył na te swoje ryby, potem na pusty sejf i w końcu na mnie. Co miał się ze mną kłócić w końcu to były nasze wspólne pieniądze.
Rybę czyścił w ciszy.
Minęło pół roku. Marek znowu oszczędza na silnik. Ale teraz w jego telefonie błyszczą przypomnienia o wszystkich ważnych datach na miesiąc, tydzień, dzień wcześniej. Lekcje czasami kosztują, ale ta na pewno zostanie z nim na zawsze!













