Był szarawy, zupełnie zwyczajny wtorek, rozmyty niczym akwarela na przemoczonym papierze. Siedziałam otulona w pledzie, parzyłam herbatę malinową, radio sączyło przez mgłę stare szlagiery Anny Jantar. Zapach pieczonych jabłek podpierał ściany, wyginał się lekko w rytmie wiatru, który ocierał się o rynny. Wszystko płynęło spokojnie, aż zadzwonił domofon z charakterystycznym trzaskiem, jakby obwieszczał zmianę czasu. […]