Mąż cenniejszy niż gorzkie żale. — Igor, to była ostatnia kropla! Koniec, rozwodzimy się! choćby ni…

polregion.pl 3 dni temu

MĄŻ DROŻSZY NIŻ GORZKIE ŻALE

Grzegorz, to była ostatnia kropla! Koniec, rozwodzimy się! Możesz sobie choćby nie klękać, jak to lubisz, nic już nie zdziałasz! postawiłam grubą kreskę pod naszym małżeństwem.

Grzegorz, oczywiście, nie uwierzył. Był pewien, iż wszystko potoczy się według starego scenariusza: on uklęknie, przeprosi, kupi nowy pierścionek i znowu mu wybaczę. Tak już było nieraz. Tym razem jednak postanowiłam naprawdę zerwać ten węzeł małżeński. Moje palce, aż po małe, miałam obsypane pierścionkami, a życia szczęśliwego nie było. Grzegorz pił na umór.

A przecież wszystko zaczynało się romantycznie.

Mój pierwszy mąż, Darek, zaginął bez wieści w latach dziewięćdziesiątych. Wtedy życie na ogół było trudne i niebezpieczne. Darek miał trudny charakter. Zawsze pchał się w kłopoty. Mawialiśmy: oczy orła, skrzydła komara. Gdy coś mu nie pasowało, zaczynały się awantury. Jestem pewna, iż Darek zginął podczas jakichś porachunków. Nie otrzymałam od niego żadnej wiadomości. Zostałam z dwiema córeczkami: Lidia miała pięć lat, Renata dwa. Minęło pięć lat od jego tajemniczego zniknięcia.

Myślałam, iż oszaleję. Bardzo kochałam Darka, mimo jego porywczego charakteru. Byliśmy jak jedno serce. Postanowiłam, iż życie dla mnie się skończyło będę tylko wychowywać dziewczynki. Postawiłam na sobie krzyżyk. Jednak…

Nie było mi łatwo w tamtych ciężkich czasach. Pracowałam wtedy w fabryce, ale wypłatę dostawałam… żelazkami. Trzeba było je sprzedać, żeby kupić jedzenie. W weekendy tym właśnie się zajmowałam. Zimą, kiedy aż siniałam z zimna na bazarze, podszedł do mnie mężczyzna. Zrobiło mu się mnie żal.

Zimno pani? zapytał nieśmiało obcy człowiek.

Skąd pan zgadł? próbowałam żartować, choć szczękałam zębami. Jednak od jego obecności poczułam jakby ciepło.

Wiem, głupie pytanie. Może ogrzejemy się w kawiarni? Pomogę pani z tymi żelazkami.

Chętnie, bo chyba zaraz zamarznę wymamrotałam.

Do kawiarni jednak nie doszliśmy. Pociągnęłam go bliżej mojego bloku, poprosiłam, by poczekał pod klatką i przypilnował torby. Musiałam odebrać dzieci z przedszkola. Prędko pobiegłam, choć nogi miałam od mrozu jak z lodu, ale czułam się dziwnie szczęśliwa. Wracając z dziewczynkami, z daleka zobaczyłam Grzegorza (tak się przedstawił). Przestępował z nogi na nogę, paląc papierosa. Pomyślałam: „Zaproszę na herbatę, a potem zobaczymy!”

Grzegorz pomógł mi wnieść torbę na szóste piętro oczywiście, winda nie działała. Kiedy z dziewczynami dotarłyśmy na trzecie, on już schodził w dół.

Poczekajcie, mój wybawco! Nie puszczę pana, dopóki nie napoję gorącą herbatą chwyciłam go zimną dłonią za rękaw kurtki.

Nie wiem, może przeszkadzam? zerkał niepewnie na dzieci.

Ależ skąd! Proszę brać dziewczynki za rękę, a ja pędzę postawić czajnik odpowiedziałam bez namysłu.

Nie chciałam stracić tego mężczyzny. Już stał mi się bliski. Przy herbacie Grzegorz zaproponował mi pracę jako pomoc. Wynagrodzenie ustalił większe niż roczny zarobek z tych żelazek na fabryce.

Skinęłam głową z wdzięcznością. Najchętniej to bym mu ręce całowała za taką propozycję!

Grzegorz był po drugim ślubie, właśnie się rozwodził. Z pierwszą żoną miał syna.

I tak się zaczęło…

Wkrótce pobraliśmy się z Grzegorzem. Przygarnął moje dziewczynki jak własne. Wszystko układało się bajkowo. Kupiliśmy czteropokojowe mieszkanie w Warszawie, urządziliśmy je elegancko, wyposażając w dobry sprzęt. Zbudowaliśmy też letni dom nad Bugiem. Co roku jeździliśmy nad morze: do Ustki, do Międzyzdrojów. Nasze życie prawdziwa sielanka!

Przez siedem lat to było szczęśliwe, bezchmurne życie. Chyba Grzegorz, gdy już zdobył wszystko, zaczął zaglądać do butelki. Na początku nie zwracałam na to uwagi wiedziałam, iż dużo pracuje, potrzebuje odpoczynku. Ale gdy zaczęło się picie również w pracy, zaniepokoiłam się. Prośby i tłumaczenia nie skutkowały.

Trzeba dodać, iż jestem niepoprawną ryzykantką. Chcąc odciągnąć Grzegorza od alkoholu, postanowiłam… urodzić mu dziecko. Miałam już wtedy 39 lat. Gdy powiedziałam o tym koleżankom, wcale się nie zdziwiły.

No to dawaj Jadwiga, może i my jeszcze zdecydujemy się na malucha po czterdziestce śmiały się.

Zawsze powtarzałam:

jeżeli usuniesz dziecko, będziesz żałować do końca życia. Ale jeżeli urodzisz choćby niezaplanowanego nigdy tego nie pożałujesz.

Urodziłam bliźniaczki z Grzegorzem. Tak oto wychowywaliśmy razem cztery córki! Ale alkohol nie zniknął z jego życia. Cierpliwie to znosiłam, aż w końcu zapragnęłam zmiany pobyć bliżej przyrody, zająć się gospodarstwem i zwierzętami. Dzieciom wyjdzie to na zdrowie, a Grzegorz nie będzie miał czasu w picie.

Sprzedaliśmy więc mieszkanie i domek. Kupiliśmy dom w niewielkiej miejscowości na Mazowszu. Otworzyliśmy piękną kawiarnię. Grzegorz zaprzyjaźnił się z lasem. Kupił strzelbę i cały sprzęt, bo zwierzyny wokół nie brakowało.

Wszystko szło dość dobrze, aż do kolejnego pijaństwa Grzegorza. Nie wiem, co wtedy pił, ale wpadł w szał! Rozbił naczynia i meble, dobiegł do nas, chwycił strzelbę i oddał strzał w sufit!

Uciekłam z dziećmi do sąsiadów, gdzie się schowałyśmy. To był koszmar.

Rano wszystko ucichło. Skradając się, wróciłyśmy do domu. Widok tragedia: wszystko wybite, połamane, nie było na czym usiąść, z czego jeść, na czym spać. Grzegorz spał pijany na podłodze.

Zabrałam co ocalało i z dziećmi poszłyśmy do mamy, która mieszkała w tej samej miejscowości. Mama załamywała ręce:

Oj Jadwiga, co ja mam zrobić z twoim babińcem? Wracaj do męża. W każdej rodzinie bywa różnie. Przeminie, będzie dobrze.

Mama była z tych, co powtarzają lepiej mieć męża, choćby z problemami, niż żadnego.

Po kilku dniach pojawił się Grzegorz. Wtedy właśnie postanowiłam zakończyć ten związek. On choćby nie pamiętał swojego tańca”. Nie wierzył w moje słowa. Było mi już jednak wszystko jedno. Postawiłam wszystko na jedną kartę. Spaliłam za sobą mosty.

Nie wiedziałam, jak się dalej odnaleźć. Ale wolałam głodować niż być zabita przez pijanego męża.

Kawiarnię sprzedałam za bezcen, bo z dziećmi musiałam wyjechać. Zamieszkałyśmy w sąsiedniej wiosce, w maleńkim domku.

Starsze córki znalazły pracę, a potem, dzięki Bogu, dobrze wyszły za mąż.

Bliźniaczki uczyły się w piątej klasie. Wszystkie dziewczynki kochały tatę Grzegorza i kontaktowały się z nim. Dzięki temu wiedziałam, co się u niego dzieje. Poprzez córki były mąż błagał mnie o powrót. Córki też namawiały: Mamo, już przestań się obrażać. Tata zrozumiał, przepraszał sto razy! Pomyśl o sobie, nie jesteś przecież młódką.” Ale byłam nieugięta. Marzyłam o spokojnym życiu, bez dramatów i wybuchów.

Minęły dwa lata.

Zaczęło mi brakować Grzegorza. Doskwierała samotność. Wszystkie pierścionki, które od niego dostałam, musiałam zanosić do lombardu. Nie udało się ich odkupić. Żal. Wspominałam dawne życie i myślałam: mieliśmy w domu miłość, Grzegorz kochał wszystkie córki jednakowo, troszczył się, potrafił przeprosić. Byliśmy porządną rodziną. Szczęście każdy rozumie inaczej, ale w cudzym związku lepiej się nie grzebać. Czego więc więcej chcieć?

Starsze córki już tylko dzwonią z braku czasu nie odwiedzają. Przyzwyczajam się, iż młode lecą za swoim szczęściem. Za chwilę bliźniaczki wyfruną z gniazda i zostanę zupełnie sama. Dzieci, jak gąski: puszczą piórka i polecą.

Namówiłam więc bliźniaczki, by wybadały, jak żyje tata. Może ma już kogoś nowego? Dziewczynki ustaliły, iż Grzegorz mieszka i pracuje w innym mieście w Lublinie. Od tego czasu nie tknął wódki, nikogo nie ma, kawaler. Dał choćby adres dziewczynom, na wszelki wypadek…

No i jesteśmy razem piąty rok.

Mówiłam przecież: jestem ryzykantką…

Idź do oryginalnego materiału