1. Niezawodny instynkt. / missnobody

publixo.com 2 godzin temu

Wziął ostatni, głęboki oddech, a wraz z nim powróciło to dziwne, znajome uczucie. Jakby rześkie, letnie powietrze było nasycone lękiem i niepewnością, które teraz powoli paraliżowały jego ciało. Klamka jednak zapadła – nie było już możliwości odwrotu. Zanim wysiadł, rzucił wzrokiem na stojący przed nim budynek. Nieprzypadkowo zaparkował właśnie w tym miejscu; ten widok miał dodać mu odwagi, utwierdzić w przekonaniu, iż postępuje słusznie.
Mijał ten gmach setki razy, ale dopiero teraz dostrzegł detale, które wcześniej z jakichś względów umknęły jego uwadze. Typowa architektura użyteczności publicznej ubiegłego stulecia: surowa, modernistyczna bryła o tynkowanych ścianach, usiana rzędami wysokich, prostokątnych okien. Najbardziej estetycznym punktem tej monotonnej kompozycji był portyk. Wsparty na solidnych filarach i pomalowany na ceglasty kolor, wyraźnie odcinał się od mętnej szarości elewacji.
Powiódł wzrokiem wysoko w górę, ponad strzeliste okna, aż po okrągłą tarczę minimalistycznego zegara, który nieubłaganie odliczał minuty pozostałe do rozpoczęcia uroczystości.
Był już gotów.
Wysiadł z samochodu i energicznie zatrzasnął drzwi, niezamierzenie zwracając na siebie uwagę przechodniów. Następnie wsunął na nos okulary przeciwsłoneczne i w typowym dla siebie, nieco luzackim stylu, ruszył w stronę zatłoczonego placu przed wejściem do instytucji.
Taksował spojrzeniem każdą napotkaną twarz. Nie szukał nikogo konkretnego; po prostu cenił te rzadkie momenty, gdy mógł nieskrępowanie obserwować swoich podopiecznych w ich naturalnym środowisku.
– Przepraszam bardzo… wie pan może, którędy do sali gimnastycznej? – Z jego prawej strony dobiegł cienki, nieco zahukany głos, który brzmiał jeszcze zbyt dziecięco. Powoli zdjął okulary, posyłając niewysokiej brunetce ciepły uśmiech.
– Też jestem tu nowy – rzucił, wzruszając ramionami z udawaną bezradnością, po czym dyskretnie wskazał dziewczynie tablicę informacyjną ze schematem rozmieszczenia pomieszczeń. – Mogę się mylić, ale według tego, musimy iść w prawo, na końcu korytarza w lewo i prosto. Sala gimnastyczna będzie po prawej stronie.
Nastolatka obserwowała szybkie ruchy jego wyjątkowo zadbanych dłoni nad pulpitem, a jej porcelanowa buzia stopniowo pokrywała się karminowym rumieńcem.
– Dziękuję – mruknęła, za wszelką cenę unikając przenikliwego spojrzenia rozmówcy, i chwilę później przepadła w gęstym tłumie.
Mężczyzna odetchnął, odprowadzając uczennicę zaintrygowanym wzrokiem; ten drobny epizod uświadomił mu, iż choć budynek był obcy, a on sam zaczynał tu od zera, to niezawodny instynkt prowadził go bezbłędnie.

Barczysty blondyn rozparł się wygodnie na kanapie i wychylił ostatni łyk orzeźwiającego napoju. Czas płynął mu nienaturalnie gwałtownie – czuł się, jakby siedzieli tu kwadrans, a nie trzy i pół godziny. Przez ostatnie miesiące rzadko mieli okazję się widywać, dlatego tym bardziej doceniał tę chwilę na nadrobienie zaległości.
– Wtedy powiedziałem mu, żeby poszedł po tych dziesięciu, którzy stoją w kolejce, bo ja nie mam zamiaru zasuwać za trzech, w dodatku za półdarmo. Stary, nie minęło pięć minut i już dzwonił z przeprosinami. Z takimi trzeba krótko, inaczej wycisną cię jak cytrynę, co nie?
Drugi z mężczyzn przytaknął z uznaniem, powoli dopijając swoje piwo. Starał się okazywać Markowi należyte zainteresowanie, chociaż ciężko było nie zauważyć, iż jego uwaga powoli słabnie, stając się niewspółmierną do entuzjazmu przyjaciela. Mężczyzna rzucił okiem na ekran telefonu, mając cichą nadzieję, iż Marek odczyta to jako wymowny sygnał do ewakuacji.
– A jak twoja robota? – zapytał Marek z niesłabnącym ożywieniem, wbijając wzrok w jego wyraźnie zmęczoną twarz.
– Dobrze, dobrze… właśnie idę… jutro – wydukał. Następnie mimowolnie ziewnął, co ostatecznie dopełniło jego zmarnowany wizerunek. Wbrew oczekiwaniom, blondyn uniósł brwi z jeszcze silniejszym zaciekawieniem.
– Gdzie idziesz? Z salonu do kuchni czy do sypialni? – wskazał na leżący na stoliku laptop, a z jego piersi wydobył się niski, chropowaty chichot, brzmiący jak tarcie dwóch głazów.
– Nie no… idę… w sensie… fizycznie idę… – miotał się, ospale przesuwając dłonią po twarzy. Głos odmówił mu posłuszeństwa; właśnie teraz miał zburzyć mur milczenia i wywlec na wierzch tajemnicę, którą tygodniami tak starannie pielęgnował.
Marek zmrużył oczy, jakby siłą woli próbował przewiercić się przez umysł przyjaciela i odgadnąć to, co za chwilę miało zostać powiedziane.
– Masz nową robotę? – zapytał z lekkim niedowierzaniem Marek, zastanawiając się, dlaczego ktoś chciałby zamienić świetnie płatną, w pełni zdalną posadę w branży IT na jakikolwiek etat.
– Nie… to znaczy tak… w sensie wróciłem do uczenia.
Marek odstawił butelkę na blat, a ciszę panującą w pokoju przerwał tępy stukot grubego szkła o gładką powierzchnię mebla. Patrzył na przyjaciela z wyrazem głębokiego niezrozumienia, zupełnie jakby ktoś wykładał przed nim trudne, matematyczne równanie w obcym języku.
– Ale po chuj, Adam?
Ramiona Adama uniosły się i opadły w akcie rezygnacji.
– Po prostu – wydukał, szukając w głowie logicznego wyjaśnienia dla swojej decyzji. – Potrzebuję kontaktu z ludźmi.
– No to dlaczego szkoła?
Adam nabrał do płuc powietrza; znów stało się ciężkie i cierpkie, dokładnie tak jak wczesnym rankiem pod szkołą. Zapadła cisza – jeden z tych niezręcznych momentów, w których jedynym pragnieniem człowieka jest wstać i bez słowa wrócić do domu.
– Nie zrozumiesz – mruknął, osuwając się na kanapie. Pochylił się nisko, rozluźnił ramiona i pokręcił głową w odruchu desperacji, jakby próbował zrzucić z siebie jakiś niewidzialny ciężar. – Oprócz komputerów to jedyne na czym się znam… jedyne, co naprawdę lubię.
Dla kontrastu Marek głębiej wbił się w pluszową kanapę, splatając ręce na muskularnej piersi.
– Kurwa, Adam – wypalił, jakby właśnie ocknął się z sennego koszmaru. – Na pewno wiedziałeś całe wakacje. Dlaczego nic nie mówiłeś?
– Bo wiedziałem, iż będziesz chciał zbojkotować ten pomysł. Zresztą nie tylko ty – ostatnie słowa wymruczał już pod nosem, jakby zupełnie zapomniał o obecności Marka.
– Trudno się dziwić w obecnej sytuacji – skwitował przyjaciel. W jednej chwili cała wesołość wyparowała z jego twarzy, ustępując miejsca surowej powadze.
– Kurwa, Marek! Co ty myślisz? Że wezmę broń i wystrzelam tam te dzieciaki?!
Jeśli pewne słowa potrafią zadziałać jak katalizator, to właśnie tak było w tym przypadku. Adam aż podskoczył na kanapie, a na jego twarz wypłynął gwałtowny pąs złości. Jedynym pozytywem całej sytuacji była senność, która wyparowała w ułamku sekundy, ustępując miejsca czystej, pulsującej w skroniach irytacji.
Marek natychmiast zerwał się na równe nogi, unosząc dłonie w obronnym geście.
– Co ty, Adaś! Po prostu uważam, iż potrzebujesz więcej spokoju, a obecna młodzież jest…
– Trudna… – dokończył cicho Adam, siląc się na opanowany ton.
– Popierdolona – poprawił go dosadnie Marek, by po sekundzie zamrzeć, gdy dotarł do niego sens własnych słów.
– Fakt – przyznał Adam, wbijając otępiały wzrok w postrzępioną krawędź laminowanego blatu. Patrzył w jeden punkt z taką intensywnością, jakby w strukturze sztucznych słojów próbował odczytać wyrok na samego siebie. Marek odruchowo zasłonił twarz dłonią, pocierając zmęczone czoło. W pokoju znów zrobiło się ciasno od niewypowiedzianych pretensji. Przez dłuższą chwilę słychać było jedynie szum lodówki, który w tej martwej ciszy urastał do rangi ogłuszającego huku.
– Jezu! Sorry! Nie to miałem na myśli! W sensie…och, lepiej już pójdę, bo pierdolę głupoty.
– Luz, nic się nie stało.
– Przepraszam, stary… ta moja niewyparzona gęba.
– Naprawdę, wszystko okej.
Pomimo zapewnień gospodarza, Marek pośpieszył do wyjścia, uznając, iż dalsze siedzenie na kanapie tylko doleje oliwy do ognia w tej i tak już wyjątkowo wybuchowej atmosferze. Nim wyszedł, kolejny raz z rzędu przeprosił, a kiedy zamek w końcu szczęknął, odcinając go od mieszkania, Adam poczuł niewysłowioną ulgę. W zapadłej nagle ciszy słyszał już tylko własny, świszczący oddech. Patrząc na swoje odbicie w ciemniejącej szybie okna, poczuł ołowiany ciężar w żołądku. To był morderczy dzień; coś, co miało być nowym otwarciem, okazało się powrotem do wszystkiego, od czego próbował uciec. Stał na środku pokoju, czując, jak każda komórka jego ciała buntuje się przeciwko decyzji, którą podjął. Na własne życzenie, pod pretekstem szukania sensu, zdrapał świeży strup z ran, które miały pozostać bliznami na zawsze. Wiedział, iż ta noc będzie długa i bezlitosna. Wywołując do tablicy bolesną przeszłość, nie spodziewał się, iż to on zostanie pod nią postawiony jako pierwszy.
Idź do oryginalnego materiału