Mam 45 lat i ostatnio wydarzyła się sytuacja, która nauczyła mnie więcej niż cokolwiek przez całe życie małżeńskie. Otóż zapomniałem o urodzinach mojej żony, które przypadają akurat 27 lutego. Tego samego dnia wyjechałem z kolegami na ryby nad Wisłę. Pewnie się domyślacie to nie było pierwsze takie zapomnienie, ale efekt był zupełnie nowy.
Z wiekiem wyrobiłem sobie dziwną cechę. Pamiętam doskonale, kiedy trzeba wymienić olej w samochodzie, znam na pamięć terminy zlotów wędkarskich i kiedy na jeziorze najlepiej bierze okoń. Ale te wszystkie święta rodzinne, rocznice i daty urodzin znikają mi z głowy jak kamfora. zwykle moja żona, Aldona, ratowała sytuację. Albo delikatnie napomknęła, albo zostawiła karteczkę, albo pytała prosto z mostu. Ale w tym roku postanowiła inaczej bez przypominania i proszenia.
Piątkowy poranek latam po mieszkaniu, szukam termosu i pakuję plecak. Koledzy czekają już pod blokiem.
Aldono, nie widziałaś mojego termosu? Jedziemy na rzekę, teraz najlepszy czas. Będę w niedzielę, telefon raczej milczy.
Cmoknąłem ją w policzek, choćby nie patrząc jej w oczy.
Nie smuć się, zrób coś dla siebie rzuciłem na pożegnanie.
Wyszedłem, zostawiłem za sobą drzwi, i wyjechałem. choćby nie przyszło mi do głowy, dlaczego na kalendarzu czerwonym flamastrem zakreślona jest ta data.
Na początku była zła, wiem to po głosie i spojrzeniu, a potem stała się jakaś spokojna, jakby lodowata. W mojej nieobecności wpadła na pomysł, który teraz na zawsze zmienił moją pamięć i podejście do ważnych dni w naszej rodzinie.
Otóż miałem odłożone oszczędności w sejfie prawie 300 tysięcy złotych, zbierane z myślą o nowym silniku do łódki, na którą poluję od dwóch lat. Kod znała tylko żona powtarzałem przecież, żeby nie zapomnieć, a i tak czasem wylatywał mi z głowy.
Przez cały weekend Aldona urządziła sobie prawdziwe święto. Zamówiła katering, zaprosiła koleżanki, cała chałupa w kwiatach, śmiech, muzyka, szampan. Drugiego dnia wyjście na kolację do eleganckiej restauracji z widokiem na panoramę Krakowa. Potem zamiast klasycznego prezentu spa, odpoczynek, a na koniec dołożyła sobie broszkę, którą zawsze odkładała na później, bo oszczędzamy, mamy wspólne plany.
Wracam w niedzielę wieczorem z wiadrem świeżej ryby, zrelaksowany jak nigdy.
No, mam zdobycz! zawołałem od progu.
Wchodzę do salonu wszędzie puste butelki po winie, kwiatowe kosze, torby z luksusowych butików.
Co tu się działo? Goście byli? pytam zdezorientowany.
Tak, miałam urodziny, czterdzieste piąte. Kojarzysz?
Zatkało mnie. Głupio mi się zrobiło, bo zrozumiałem. Przebiegłem wzrokiem na drzwi gabinetu uchylone. Sejf otwarty. W jednej chwili pobladłem.
Aldona, gdzie są pieniądze? Przecież tam nic nie zostało! prawie krzyknąłem.
Rozejrzyj się, wszystko masz przed oczami odpowiedziała spokojnie. Zrobiłam sobie urodzinowy prezent, skoro ty wybrałeś ryby nad Wisłę z kumplami ważniejsze niż moja rocznica.
Stałem przez dłuższą chwilę z pustym wiadrem i patrzyłem najpierw na sejf, potem na nią, w końcu na tę rybę. Byłem zły, ale przecież kasa była wspólna. Aldona tylko cicho dodała:
Ty oszczędzałeś dwa lata, a ja cierpliwie przypominałam ci o wszystkim przez dwadzieścia pięć lat. Teraz, być może, wreszcie zapamiętasz, kiedy mam urodziny.
Minęło pół roku. Na nowy silnik muszę odkładać od początku. Ale od tej pory telefon codziennie przypomina mi o najważniejszych datach na miesiąc, na tydzień, na dzień przed. Każda wiadomość z kalendarza wywołuje lekki dreszcz. Niektóre lekcje z życia są naprawdę drogie, ale wiem na pewno, iż tej już nigdy nie zapomnę.













