W czwartek rano, kiedy kroiłam chleb na śniadanie, mama zapytała mnie, jak ma na imię pani, która do nas przychodzi. Pani Wiesia. Przychodzi od trzech lat, w każdy poniedziałek, środę i piątek, o ósmej rano. Mama siedziała przy stole w swoim flanelowym szlafroku w róże i patrzyła na mnie, jakby naprawdę nie mogła sobie przypomnieć.
— Wiesława — powiedziałam. — Pani Wiesława. Ta od mycia okien.
— Aha. — Wzięła do ręki kromkę i obracała ją w palcach. — To ta z tym czerwonym rowerem?
Pani Wiesia nie miała roweru. Miała za to chore kolana i przychodziła pieszo z drugiego końca osiedla. Ale nie poprawiłam. Kiwnęłam głową i postawiłam przed mamą kubek z herbatą. Kuba nie pamiętał, iż mama od trzech lat nie pija herbaty, tylko kawę zbożową. Ale Kuba nie musiał pamiętać. Kuba mieszkał w Warszawie i dzwonił raz na dwa tygodnie, zwykle wtedy, kiedy akurat byłam w pracy.
— To nie jest twoja praca — powiedział mi w lutym, kiedy mama po raz pierwszy zgubiła się między blokiem a Biedronką. Stał w przedpokoju w płaszczu, bo miał samolot za trzy godziny. — Od tego są domy opieki. Albo chociaż kogoś zatrudnij.
Zatrudniłam. Panią Wiesię. Za dwa tysiące miesięcznie, po cichu, bo mama nie znosiła, kiedy obca kobieta dotykała jej bibelotów. A Kuba? Kuba płacił połowę. Czasem. Kiedy pamiętał.
Ale nie o Kubie chciałam myśleć w ten czwartek. O mamie. Bo mama znowu zapytała o panią Wiesię, a potem, kiedy już jadłyśmy, spojrzała na mnie znać kubka i powiedziała:
— A ty to kto jesteś?
W środę przyszło pismo z urzędu. Wezwanie do stawienia się w sprawie opieki nad matką. Ktoś złożył wniosek. Ktoś napisał, iż starsza pani zaniedbuje się w mieszkaniu na Białołęce, iż córka nie radzi sobie z opieką, iż konieczna jest interwencja. Pod spodem widniał podpis: Kuba, mój brat, i data sprzed trzech tygodni.
Stałam przy kuchennym oknie i patrzyłam na kartkę. Na parapecie leżała łuska po słoneczniku — mama karmiła sikorki, chociaż lekarz mówił, żeby nie wychodzić na balkon, bo kostka. Łuska była mała, szara, z jednym pęknięciem. Zgniotłam ją w palcach.
Mama siedziała w pokoju i oglądała teleturniej. Śmiała się, kiedy prowadzący powiedział, iż odpowiedź „B” jest prawidłowa. Nie wiedziała, iż jej syn chce mi odebrać prawo do opieki. Nie wiedziała, iż w piątek rano, kiedy ja będę w pracy, a pani Wiesia wyjdzie po zakupy, Kuba zjawi się z urzędniczką i obejrzy mieszkanie. Sprawdzi, czy mama ma czystą pościel. Czy w lodówce nie stoi zupa z poprzedniego tygodnia. Czy córka nie zamyka matki na klucz.
W czwartek o czwartej po południu pojechałam do notariusza. Zabrałam mamę, chociaż nie chciała wyjść z domu, bo mówiła, iż w telewizji będzie serial o lekarzach. Kazałam jej włożyć ten granatowy sweter, w którym zawsze wyglądała jak nauczycielka. Sprawdziłam, czy ma w torebce dowód. Miała. Dowód, różaniec, stary bilet do kina.
Notariusz nazywał się Pawłowski i miał w gabinecie kalendarz z widokiem na Giewont. Zadał mamie kilka pytań. Urodziła się w Ostródzie? Tak. Imię ojca? Henryk. Zawód? Nauczycielka matematyki. Mówiła spokojnie, patrzyła na mnie co chwilę, jakby szukała potwierdzenia. Uśmiechałam się do niej. Podpisała dokument bez wahania. choćby nie przeczytała. Ufała mi.
W piątek rano nie poszłam do pracy. Zadzwoniłam do Kuby i powiedziałam, żeby przyjechał. — Jestem chora — skłamałam. — Musisz zająć się mamą.
Przyjechał o jedenastej. Wszedł bez pukania, bo miał własne klucze. W przedpokoju stanął i patrzył, jak mama siedzi w pokoju i nawleka igłę. — Co to za przedstawienie? — zapytał.
— Żadne przedstawienie — powiedziałam. — Po prostu nie mogę dzisiaj. Zostaniesz z nią do wieczora.
— Mam spotkanie.
— To je odwołaj.
Nie odwołał. Został, bo nie miał wyjścia. Mama kazała mu zrobić herbaty, a on zrobił, chociaż woda była zimna, bo czajnik się zepsuł, a ja nie zdążyłam kupić nowego. Nie zapytał, gdzie jest czajnik. Nie wiedział. Pół roku temu wymieniłam stary, ten z gwizdkiem, na nowy, z automatycznym wyłącznikiem. Kuba nie wiedział nawet, iż mama nie pija herbaty.
Wieczorem, kiedy wróciłam, Kuba siedział w kuchni. Na stole stały dwie szklanki z niedopitą kawą zbożową. Mama spała w pokoju, przykryta kocem w kratę. — Ona cały czas pytała, gdzie jesteś — powiedział Kuba. — Gdzie jesteś, co robisz, kiedy wrócisz. Jakby była Twoim dzieckiem.
— Bo jest — powiedziałam.
Wtedy Kuba wyciągnął z kieszeni złożoną kartkę. To samo wezwanie, które dostałam w środę. — Musisz zrozumieć — zaczął. — To mieszkanie. Dwa pokoje, kuchnia, łazienka. Czterdzieści osiem metrów. W tej okolicy to jest trzysta pięćdziesiąt tysięcy. Jak mama umrze, podzielimy się. Ale jak ty ją weźmiesz do siebie, to co? Wynajmę? Sprzedam? Ja nie mogę czekać, aż ona…
Nie dokończył. Może zobaczył moją twarz. A może nie chciał powiedzieć tego przy niej, chociaż mama spała.
W sobotę rano pojechałam do urzędu. Złożyłam dokument, który notariusz przygotował w czwartek. To nie było pełnomocnictwo. To był akt darowizny. Mama przepisała na mnie mieszkanie. Całe. Nie z zemsty. Nie ze strachu. Z miłości. Z tej samej miłości, która kazała jej czekać na mnie w oknie, kiedy wracałam ze szkoły, chociaż szkoła była dwie ulice dalej i nic mi nie groziło.
Kuba dowiedział się w poniedziałek. Zadzwonił, krzyczał, iż jestem złodziejką, iż doniesie, iż prawnik, iż sąd. Słuchałam go, wycierając kurz z parapetu. Potem powiedziałam:
— Wiesz, co mama zrobiła w piątek, kiedy wyszedłeś? Zobaczyła na parapecie łuskę po słoneczniku i powiedziała, iż to od sikorki, która przylatuje do niej codziennie. Powiedziała, iż sikorka ma na imię Wiesia. Jak pani Wiesława. Bo jedyna osoba, która ją odwiedza, to ta z mojego telefonu.
Kuba się rozłączył.
Wieczorem mama siedziała przy stole i piła kawę zbożową. Patrzyła na mnie, jakbym miała zaraz coś powiedzieć. Więc powiedziałam:
— Mamo, a jak miała na imię ta sikorka, co przylatywała do Ciebie w tamtym tygodniu?
Mama uśmiechnęła się. — Wiesia. Pani Wiesława. Ta z czerwonym rowerem.
Wstałam, podeszłam do okna i nasypałam do karmnika świeżych ziaren. Za oknem, na nagiej gałęzi brzozy, siedziała sikorka. Mała, szara, z ciemną główką. Patrzyła na mnie, jakby wiedziała, iż jutro też ktoś tu przyjdzie.














