Matczyne serce Staś siedział przy kuchennym stole, zajmując swoje ulubione miejsce. Przed nim stał talerz głębokiego, aromatycznego barszczu – mamy specjalność, taki z lekką nutą kwaśności, pełen smaku i czułości. Łyżka spokojnie sunęła z talerza do ust, a myśli chłopaka uciekały gdzieś daleko. Rozmyślał o tym, jak bardzo zmieniło się jego życie przez ostatnie lata. Teraz stać go było na modne śniadania na mieście, obiady w restauracjach z gwiazdkami Michelin, czy kolacje w miejscach, gdzie szefowie kuchni twórczo eksperymentują z molekularną gastronomią. Mógł zamówić ostrygi z Francji, trufle z Włoch, wołowinę z Japonii – co tylko dusza zapragnie. Ale choćby taka kulinarna rozpusta nie dorównywała prostemu, domowemu barszczowi mamy. Wytworne sosy, egzotyczne przyprawy, wymyślna prezentacja – wszystko to wydawało się błahe i pozbawione duszy przy tej prostej, rodzinnej potrawie. W barszczu mamy było coś więcej niż tylko składniki i przepis. Była w nim mama, jej troska, ciepło rąk, wspomnienia beztroskich chwil z dzieciństwa. Staś wiedział, iż niezależnie od tego, ilu restauracji spróbuje, jakich delikatesów posmakuje, dla niego zawsze najlepsza będzie domowa kuchnia mamy. Z zamyślenia wyrwała go mama, Maria, która pojawiła się w kuchni, ostrożnie stawiając przed nim filiżankę herbaty. Wyglądała na zaniepokojoną, jakby coś ją dręczyło. – Staś, kiedy wyjeżdżasz? Podniósł wzrok, uśmiechnął się i odpowiedział: – Jutro rano. Samochód mi się popsuł, więc pojadę z kolegą. Spojrzał na mamę uważnie – podobało mu się, jak teraz wyglądała: zdrowa, wypoczęta, z dziewczęcym rumieńcem na policzkach. Nikt nie dałby jej więcej niż czterdzieści, choć dawno przekroczyła pięćdziesiątkę. – To tylko parę godzin drogi, nie martw się – dodał, próbując ją uspokoić. Maria stanęła nieruchomo, jakby usłyszała coś strasznego. Złapała mocno za brzeg stołu, szukając oparcia. W pokoju zapanowała ciężka cisza, przerywana jedynie tykaniem zegara. – Z kolegą… – powtórzyła szeptem i momentalnie zbladła. – Nie, Staś, nie jedź z nim, proszę. Zmarszczył brwi – dawno nie widział mamy takiej roztrzęsionej. Zwykle spokojna, teraz wyglądała na naprawdę zmartwioną. Odłożył łyżkę i spojrzał jej prosto w oczy. – Przecież choćby nie wiesz, o kim mówię – starał się brzmieć spokojnie, choć w głosie zabrzmiała niepewność. Chciał zrozumieć, co ją tak wystraszyło. – To tylko Żenia, mój stary kolega. Dobrze jeździ, nigdy nie łamie przepisów, bardzo ostrożny. Samochód niemiecki, bezpieczny, a tablica rejestracyjna szczęśliwa – trzy siódemki. Maria powoli zbliżyła się do syna, patrząc mu w oczy. Dotknęła jego ręki – jej zimne palce kontrastowały z jego ciepłą skórą. – Proszę cię, synku… – głos jej zadrżał, ale zmusiła się, by brzmieć stanowczo. – Może zamówisz taksówkę? Coś mam złe przeczucie. Będę się strasznie martwić, naprawdę. – A jeżeli taksówkarz ma lewe prawo jazdy? – próbował żartować. – Nie martw się, zadzwonię od razu po przyjeździe. choćby nie zdążysz się stęsknić. Delikatnie pocałował mamę w policzek, czując powoli narastający niepokój, który zaczynał mu się udzielać. Przytulił ją mocno, próbując przekazać całą pewność, jakiej jej brakowało. Przywarła do niego, jakby chciała zapamiętać ciepło jego ramion, po czym odsunęła się. – Wszystko będzie dobrze, mamo, obiecuję – powiedział patrząc w jej oczy. Wyszedł z domu i powoli ruszył znajomą z dzieciństwa ulicą. Wieczór był cichy, powietrze rześkie, latarnie rzucały złote kręgi światła na chodnik. Do mieszkania miał tylko kilka minut piechotą. Szedł, rozmyślając o jutrzejszej podróży, z głowy nie znikał mu obraz zatroskanej mamy, ale próbował to odgonić. W mieszkaniu powitała go cisza i ciepło. Od razu poszedł do sypialni – na łóżku czekała już spakowana torba. Sprawdził, czy niczego nie zapomniał, zamknął ją i ustawił blisko drzwi, żeby rano nie tracić czasu. Sprawdził budzik na szafce nocnej – wskazywał za piętnaście dziesiątą. „Jutro pobudka o szóstej. Nie zaspać”, powtórzył w myślach. Przebrał się, położył do łóżka i wyłączył światło. Leżał długo z otwartymi oczami, nasłuchując odgłosów miasta, myślami przy mamie, która pewnie też nie mogła teraz zasnąć. By odgonić niepokój, jeszcze raz przypominał sobie plan na rano: wstać, umyć się, kawa, śniadanie, sprawdzić prezentację… Wreszcie zasnął. ***************** Rano wszystko poszło nie tak, jak planował. Otworzył oczy, mrużąc je od rażącego światła prześwitującego przez firanki. Leżał chwilę nieruchomo, próbując dojść do siebie. Spojrzał na zegarek na szafce: za pięć dziewiąta. – Kurczę! – rzucił. Zerwał się z łóżka w złości, sięgnął po budzik i, zirytowany, rzucił go w kąt. Wszystko wskazywało, iż zaspał. – Czemu Żenia mnie nie obudził? Przecież się umawialiśmy! Na szafce leżał telefon, ale był wyłączony. To go zdziwiło – przecież wieczorem zostawił go pod ładowarką. Zmarszczył brwi i włączył urządzenie. Ekran rozbłysnął serią powiadomień. Wszedł w wiadomości. Pierwszy SMS od Żeni pojawił się o ósmej: „Staś, gdzie ty? Już czekam pod klatką. jeżeli za 10 minut nie zejdziesz, jadę sam. Długa droga, nie chcę tracić czasu”. Potem kolejne: „Na pewno jedziesz? Oddzwoń”. I w końcu: „Jadę, sorry, nie mogę więcej czekać”. Zamrugał ze zdziwienia – Żenia rzeczywiście czekał, próbował się do niego dodzwonić… A on wszystko przespał. Przed oczami stanęła mu mama, która wieczorem tak bardzo się niepokoiła – miała złe przeczucie. Teraz było już za późno na zmianę planów. Zaczął się zbierać, ale czasu było coraz mniej. Musiał wymyślić, co dalej – zamówić taksówkę czy może wynająć auto. W tym momencie zobaczył serię nieodebranych połączeń. Mama dzwoniła ponad dwadzieścia razy. Zrobiło mu się duszno z niepokoju. Bez namysłu chwycił klucze, praktycznie biegnąc pod dom. Po drodze cały czas powtarzał w myślach: „Niech wszystko będzie dobrze”. Drzwi do rodzinnego domu były uchylone. Wpadł bez tchu, rozglądając się nerwowo. – Mamo, wszystko w porządku?! – zawołał. Głos miał głośniejszy niż zamierzał, ale panika nie pozwalała mu opanować emocji. Maria siedziała na kanapie w salonie, blada, z czerwonymi od płaczu oczami. Gdy go zobaczyła, jej spojrzenie nagle rozjaśniło się z niedowierzania. – Staś… – wyszeptała drżącym głosem, podnosząc się powoli. – To ty? Boże, dziękuję… Stał jak wryty. Nigdy wcześniej nie widział, żeby mama płakała. Chciał ją od razu uspokoić, ale nie wiedział, jak zacząć. – Co się stało, mamo? – zapytał miękko, ale stanowczo. Złapał ją za ręce – były zimne i trzęsły się. W tej chwili z telewizora dobiegł chłodny głos lektora: – Do tragicznego wypadku doszło w okolicach miasta N. Zderzyły się cztery samochody. Niestety przeżyła tylko jedna osoba — kierowca audi… Staś spojrzał w stronę ekranu. Obrazki z miejsca wypadku budziły grozę: rozbite auta, pogubione rzeczy, migające światła karetek i policji. Nagle poznał jeden samochód — białą audi na tablicach 777. Zimny dreszcz przeszedł mu po plecach – to był samochód Żeni. Wreszcie zrozumiał – mama poznała auto kolegi w telewizji i gdy nie odbierał telefonu, wyobraziła sobie najgorsze. Ogarnęło go poczucie winy: przez niego mama przeżyła koszmar. – Mamo, ja tu jestem, nic mi nie jest – powiedział miękko, starając się opanować głos. Delikatnie posadził ją na krześle i pobiegł do kuchni po wodę. Przyniósł szklankę, podał ją mamie. – Wypij trochę, popatrz na mnie – jestem obok, wszystko dobrze. Maria z trudem odłożyła szklankę, nie zdążywszy się napić; ściskała rękaw syna i mocno tuliła się do niego, szlochając cicho. – Tak się bałam… – mówiła przez łzy. – W telewizji mówili, iż przeżył tylko kierowca, a ty nie odbierałeś… Myślałam, iż to ty… Myślałam, iż już cię nie zobaczę. Staś przytulił ją mocno, delikatnie głaszcząc po plecach, jak w dzieciństwie. Czuł, jak powoli opada jej napięcie, ale wiedział, iż potrzeba czasu, by uwierzyła, iż nic mu się nie stało. – Rozładował mi się telefon, budzik nie zadzwonił… Po prostu zaspałem, dlatego nie odbierałem – tłumaczył cicho, starając się dodać jej otuchy. – Ale jestem tutaj, mamo. Wszystko w porządku. Odsunął się powoli, spojrzał na jej blade, zapłakane oblicze – wiedział, iż sama obecność syna nie wystarczy. Sięgnął po telefon, zadzwonił po pogotowie. – Pogotowie? Proszę przyjechać jak najszybciej, mamie jest źle, bardzo się zdenerwowała, chyba serce… Podaję adres… Tak, czekamy. Po rozmowie usiadł przy mamie. Trzymali się za ręce w milczeniu, dopóki nie rozbrzmiały za oknem syreny karetki. Patrzył na mamę i powtarzał w myślach: „Teraz wszystko będzie dobrze”. Lekarz dotarł błyskawicznie. gwałtownie zbadał Marię, sprawdził ciśnienie, uspokajał i doradził, by przewieźć ją do szpitala na obserwację – stres mógł zaszkodzić sercu. – Tak, od razu ją zawiozę, do kliniki prywatnej, lepsza opieka, komfort – potwierdził Staś bez wahania. Po krótkim badaniu lekarz wypisał skierowanie i zostawił im instrukcję. Gdy pojawiły się oznaki poprawy, szepnął już łagodniej: – Będzie dobrze. Ważne, żeby już się nie denerwować. Podziękował, pomógł mamie się przebrać, sam zabrał dokumenty i w myślach już układał dalszy plan. W szpitalu Marią natychmiast się zajęto. Zbadano ją starannie, podłączono do aparatury, pobrano wszystkie badania. Lekarz był uprzejmy, uważny, czuły, zadał wszystkie potrzebne pytania. Po badaniu uspokoił, iż prawdopodobnie wszystko będzie dobrze, ale trzeba sprawdzić dokładnie. Staś nie puszczał mamy za rękę. Starał się wyglądać na spokojnego, choć od środka wszystko mu się ściskało. – Będzie dobrze – powtarzał jej wciąż. – Najważniejsze, iż już jesteśmy razem. Odpoczniesz, wrócisz do domu, a ja już nigdy nie zignoruję twojej intuicji. – Miałam złe przeczucie, nigdy się nie myli – wyszeptała. Te słowa przepełniły go poczuciem winy i wdzięczności. Mama przez lata wszystko poświęcała, a dziś przez niego była o krok od największego koszmaru. – Przepraszam, iż cię przestraszyłem… – wyszeptał, czując łzy w gardle – Już zawsze będę słuchał twojego serca. – Najważniejsze, iż żyjesz – odpowiedziała tylko, a w tym prostym zdaniu było wszystko. Gdy czekali razem na kolejne badania, Staś ją przytulał, a cała reszta świata przestawała się liczyć. Byli tylko oni i to jedno, jasne uczucie: miłość matki i syna. ******************** Nie opuszczał mamy ani na krok. W pewnym momencie zadzwonił do przełożonego – wyjaśnił, iż zostaje z mamą, bo jej zdrowie jest najważniejsze. Szef wykazał zrozumienie, zaoferował wsparcie, niczego nie wymagał. Dni w klinice płynęły powoli. Maria odzyskiwała siły, a lekarze na wszelki wypadek zatrzymali ją na obserwację jeszcze na kilka dni. Staś nocował przy łóżku, w niewygodnym fotelu, ale najważniejsze było, iż mógł zobaczyć, jak mama oddycha, jak rano się do niego uśmiecha. Pewnego wieczoru, kiedy zachodzące słońce malowało ściany palety w ciepłych barwach, mama odezwała się: – Wiesz, zawsze bałam się, iż odejdziesz i nie wrócisz. Spojrzał na nią, widząc w niej nie tylko troskliwą matkę, ale też kobietę, która żyła z ukrytą obawą w sercu. – Dlaczego? – zapytał łagodnie. – Bo jesteś zbyt samodzielny… Od dziecka wszystko robiłeś sam, choćby gdy miałeś pięć lat. Dumna byłam, ale i trochę się bałam – iż cię tracę. Już nie jesteś tym małym chłopcem z rozbitym kolanem, tylko dorosłym mężczyzną. Słuchał w ciszy, czując, jak ciepło napełnia mu serce. Nigdy wcześniej nie wiedział, iż jego samodzielność mogła wywoływać u mamy obawy. Ujął jej rękę, tak jak w dzieciństwie, ściskając lekko: – Nigdzie nie odchodzę, mamo. I nie zamierzam cię zostawiać. Jesteś dla mnie najważniejsza. Po prostu nie wiedziałem, iż się tak martwisz. Przepraszam. Maria pogłaskała go czule po dłoni i uśmiechnęła się: – Teraz już wiesz. I to jest najważniejsze. Patrzył na jej dłonie, znajome, ciepłe, takie jak w dzieciństwie. – Mamo, nigdy cię nie zostawię. Jesteś najważniejsza – powiedział cicho i stanowczo. Mama uśmiechnęła się przez łzy – tym razem łzy ulgi i czułości. – Chcę tylko twojego szczęścia – dodała delikatnie. – Żebyś miał rodzinę, dzieci, żebyś wiedział, iż zawsze możesz na mnie liczyć. Staś zamyślił się, wyobrażając sobie Lenę – dziewczynę, którą poznał w pracy, spokojną i ciepłą. Zawsze zastanawiał się, jak powiedzieć o niej mamie. – Jest pewna dziewczyna – odważył się wreszcie. – Lena, pracujemy razem. Jest wyjątkowa. Rozumiemy się bez słów. Mama od razu się ożywiła, poprosiła, by opowiedział o niej więcej. Mówił długo i szczerze, – już bez lęku, jakby wreszcie zrzucił z serca ciężar. – Myślę, iż ona do mnie pasuje – skończył z uśmiechem. – Bałem się ci powiedzieć, żebyś nie była smutna… Maria się roześmiała – serdecznie, szczerze, bez cienia żalu. – Głuptasie, będę tylko szczęśliwa, jeżeli znajdziesz swoje szczęście! Ja tylko chcę, żebyś pamiętał, iż masz mamę, która cię kocha. Uśmiechnął się szeroko, ściskając jej dłoń jeszcze mocniej. – Nigdy nie zapomnę. Dziękuję, mamo…

naszkraj.online 5 godzin temu
Serce matki Staś siedział przy kuchennym stole, zajmując swoje ulubione miejsce. Przed nim stał głęboki talerz z ulubionym barszczem mamy pachnącym, czerwonym, pełnym smaku, lekko kwaskowatym, idealnym tak, jak tylko mama potrafi ugotować. Łyżka powoli wędrowała do ust, a moje myśli mimowolnie biegły daleko stąd. Rozważałem, jak bardzo zmieniło się moje życie przez ostatnie lata. […]
Idź do oryginalnego materiału