Mama źle się czuje i zamieszka u nas na jakiś czas. Będziesz musiała się nią opiekować! powiedział zdecydowanie Paweł do Justyny.
Słucham? Justyna powoli opuściła telefon, na którym przed chwilą sprawdzała służbowego maila.
Paweł stał w progu kuchni z założonymi ramionami. Miał minę kogoś, kto właśnie ogłosił wyrok niepodlegający dyskusji.
Mówię, iż mama musi u nas na razie zamieszkać. Lekarz twierdzi, iż będzie potrzebować stałej opieki przez co najmniej dwa, trzy miesiące. Może dłużej.
Poczuła, jak w środku powoli ściska się jej serce.
Kiedy podjąłeś tę decyzję? zapytała, starając się zachować spokojny ton.
Rano rozmawiałem z Kasią. I z lekarzem. Wszystko już ustalone.
Czyli wy troje postanowiliście, a moim zadaniem jest przyjąć do wiadomości i się zgodzić?
Paweł zmarszczył lekko brwi – jak ktoś, kto oczekiwał protestu, choć mimo wszystko go zaskoczył.
Justyna, przecież rozumiesz. To moja mama. Kto, jak nie ja mam jej pomóc? Kasia mieszka w Gdańsku, ma dwójkę maluchów i pracuje, nie da rady. A my mamy przestronniejsze mieszkanie, ty jesteś często w domu…
Pracuję pięć dni w tygodniu, od dziewiątej do dziewiętnastej, czasami dłużej. Sam dobrze wiesz.
No i co z tego? Mama nie jest wymagająca, wystarczy, iż ktoś poda jej leki, odgrzeje obiad, pomoże dojść do łazienki Dasz radę.
Patrzyła na męża i czuła w środku znajome zimno. Nie złość, jeszcze nie. Raczej lodowatą pewność on naprawdę uważa, iż to normalne. Że jej praca, jej zmęczenie, jej przypadkowa wolność są drugorzędne wobec potrzeb mamy.
A rozważaliście opiekunkę? zapytała cicho.
Paweł popatrzył na nią sceptycznie.
Przecież wiesz ile taka opiekunka kosztuje. Dobra minimum cztery tysiące miesięcznie. Skąd mamy na to wziąć?
A myślałeś o urlopie bezpłatnym? Albo choćby na część etatu?
Spojrzał na nią, jakby zaproponowała mu skok z czwartego piętra.
Justyna, ja mam odpowiedzialną funkcję. Nie puszczą mnie na dwa miesiące. A poza tym nie jestem medykiem. Nie znam się na dawkowaniu leków, mierzeniu ciśnienia, pilnowaniu godzin
A ja niby umiem? jej wzrok był twardy, głos równy.
Paweł zamilkł. Chyba dopiero tego wieczoru do niego dotarło, iż scenariusz nie pójdzie po jego myśli.
Jesteś kobietą, powiedział w końcu, z taką szczerością w głosie, iż Justyna przez chwilę miała ochotę się roześmiać. To masz instynkt. Lepiej sobie radzisz z chorymi.
Kiwnęła głową bardziej do siebie niż do niego.
Instynkt.
No tak.
Odłożyła telefon ekranem do blatu. Spojrzała na swoje ręce. Palce lekko drżały.
W porządku. Zróbmy więc tak ty bierzesz na dwa miesiące bezpłatny, ja normalnie pracuję. Opiekujemy się mamą razem. Wieczorami i w weekendy ja, w ciągu dnia ty. Co ty na to?
Paweł otworzył usta, potem je zamknął.
Justyna mówisz serio?
Tak.
Ale przecież mówiłem nikt mnie nie puści!
To zatrudniamy opiekunkę. Jestem gotowa pokryć połowę jej kosztów, choćby więcej, jeżeli trzeba. Ale nie zgadzam się być darmową, całodobową pielęgniarką, a na dodatek zachować pełen etat. Nie zgadzam się.
Zapadła ciężka cisza, poprzeplatana tykaniem kuchennego zegara.
Paweł chrząknął.
Odmówisz?
Nie, podniosła na niego wzrok. Odmawiam roli darmowej opiekunki i brania na siebie całości odpowiedzialności bez konsultacji ze mną. To nie to samo.
Patrzył długo, jakby próbował zrozumieć, czy to żart, czy coś się zmieniło naprawdę.
To moja mama rzucił w końcu z przewiną. Ta pogrubiała gorycz w głosie dorosłego mężczyzny, który pierwszy raz w życiu usłyszał, iż powinien wziąć odpowiedzialność za rodzica.
Wiem, odparła cicho. Właśnie dlatego podaję propozycje, które nie zniszczą nikomu zdrowia. Także twojej mamie.
Paweł gwałtownie wyszedł z kuchni.
Drzwi do pokoju zatrzasnęły się nie mocno, ale wymownie.
Justyna została sama, patrząc na zimną herbatę w ulubionym kubku. Jedna myśl brzmiała jej w głowie wyjątkowo wyraźnie:
No to się zaczęło.
Wiedziała, iż to dopiero początek.
Zaraz Paweł zadzwoni do siostry, potem do matki, potem jeszcze raz do siostry. Zaraz potem, pewnie w ciągu godziny, matka Pawła Bożena zapuka do drzwi. Będzie krzykliwa rozmowa, gdzie ona usłyszy, iż jest bezduszna, niewdzięczna, egoistyczna i iż zapomniała, czym jest rodzina.
Tyle tylko, iż Justyna już nie zamierzała się tłumaczyć, czemu chce spać dłużej niż cztery godziny na dobę, ani wyjaśniać, iż jej praca to nie hobby. I nie miała zamiaru przepraszać za to, iż potrzebuje powietrza, nerwów, własnego życia a nie na stałe przekształconego w bezdniowy dyżur.
Podeszła do okna i uchyliła je.
Wieczorne, chłodne powietrze zalało kuchnię zapachem mokrego chodnika i dalekim dymem z jakiegoś ogniska.
Głęboko westchnęła.
Niech mówią, co chcą pomyślała. Najważniejsze, iż powiedziałam pierwsze nie.
I to nie było najgłośniejsze, jakie wypowiedziała przez te dwanaście lat małżeństwa.
Następnego ranka wybudził ją dźwięk przekręcanego zamka w drzwiach wejściowych. Klucz cicho zgrzytnął dwukrotnie, nieśmiało. Potem usłyszała powolne kroki i stłumiony kaszel.
Leżała bez ruchu, słuchając, jak ktoś zdejmuje płaszcz, stawia torbę, ściąga buty. Znała ten rytuał. Ale tym razem brzmiał jak rozpoczęcie wojny bez ostrzeżenia.
Paaawle? zachrypnięty, a jednak rozkazujący głos Bożeny rozszedł się po przedpokoju.
Paweł, najwyraźniej po całonocnej bezsenności, odpowiedział z przesadną energią:
Jestem, mamo! Chodź do kuchni, właśnie zrobiłem herbatę.
Justyna zamknęła oczy. choćby nie powiedział, iż dziś ją przywiezie. Po prostu postanowił.
Zebrała się. Narzuciła szlafrok, wyszła do przedpokoju.
Bożena stała w środku, zgarbiona, w starym niebieskim płaszczu założonym co najmniej dekadę temu. W rękach – reklamówka z lekami i termos. Uśmiechnęła się chłodno i z wyższością.
Dzień dobry, Justynko. Przepraszam, iż tak wcześnie. Lekarz mówił, iż im szybciej się przeprowadzę, tym lepiej.
Justyna skinęła głową.
Dzień dobry, pani Bożeno.
Paweł wniósł tacę herbata, chrupki, lekarstwa na talerzyku.
Mamo, idź do dużego pokoju, pościeliłem ci już kanapę.
A rzeczy kto rozpakuję? Bożena spojrzała na synową. Justynko, pomożesz?
Justyna poczuła pulsowanie pod skroniami.
Jasne, odpowiedziała. Po pracy.
Po pracy? ton Bożeny od razu nabrał cienia rozdrażnienia. A kto dziś będzie ze mną?
Paweł westchnął.
Ja jestem rano w pracy, ale na obiad się zwolnię. Justyna zwrócił się do żony może dziś weźmiesz wolne?
Popatrzyła na męża długo.
Dziś mam prezentację projektu przed klientem. Nie mogę odwołać.
A później? zapytała Bożena, zdejmując płaszcz. Po prezentacji?
Wrócę jak zwykle. O siódmej, może trochę po siódmej.
Zapanowała cisza.
Bożena usiadła ciężko na stołeczku w przedpokoju.
Czyli cały dzień będę sama?
Paweł spojrzał na Justynę błagalnie.
Odpowiedziała spokojnie:
Pani Bożeno, rano przygotuję jedzenie na cały dzień. Leżące leki podpiszę, rozłożę zgodnie z godzinami. Będę miała telefon przy sobie jak coś się wydarzy, proszę dzwonić, odbiorę choćby podczas prezentacji.
Bożena ścisnęła usta.
A jak upadnę? Albo wezmę nie te leki?
Wtedy niech pani dzwoni na pogotowie. To bezpieczniej, niż czekać, aż przejadę przez całe miasto.
Paweł otworzył usta, chciał coś powiedzieć, zrezygnował.
Bożena wsunęła się do pokoju z torbą. Drzwi zamknęły się cicho, z demonstracją rezygnacji.
Paweł popatrzył na żonę.
Mogłabyś chociaż
Nie, przerwała Justyna. Nie mogłabym. I nie zamierzam.
Weszła do kuchni, nalała sobie szklankę wody, wypiła jednym haustem.
Paweł podszedł.
Justyna wiem, iż ci ciężko Ale to przecież moja mama.
Wiem.
Naprawdę źle się czuje.
Wierzę.
Więc czemu
Odwróciła się do niego.
Bo jeżeli teraz się zgodzę, będziesz uważał, iż tak już ma być zawsze. Rozumiesz?
Milczał.
Kocham cię, powiedziała łagodnie. I nie chcę, żeby nasza rodzina rozpadła się przez to, iż jedna osoba uwierzyła, iż druga nie ma własnego życia.
Paweł opuścił głowę.
Pogadam z Kasią jeszcze raz. Może chociaż na weekend przyjedzie pomóc.
To byłoby dobre.
Spojrzał na nią.
Nie będziesz zła?
Uśmiechnęła się lekko.
Już jestem. Ale nie zamierzam z tym żyć bez końca.
Kiwnął głową.
Będę się starał naprawić.
Spojrzała na zegarek.
Muszę się zbierać. Za dwie godziny prezentacja.
Przeszła do sypialni. Paweł został w pustej kuchni, gapiąc się na własny kubek.
Dzień minął zadziwiająco spokojnie. Prezentacja poszła znakomicie szef był zadowolony, zapowiedział choćby premię. Justyna wyszła z biura tuż przed siódmą, lżejsza, niż sądziła, iż potrafi.
W metrze napisała do Pawła:
I jak mama?
Odpowiedział prawie natychmiast:
Śpi. Od trzeciej jestem w domu. Zrobiłem obiad. Czekamy na ciebie.
Spojrzała na ciemne okno wagonu.
Czekamy na ciebie.
Dawno nie słyszała tych słów z takim ciepłem.
W domu naprawdę czekali.
Na stole sałatka, ryba z piekarnika, ziemniaki. Bożena siedziała w fotelu z książką. Na widok Justyny odłożyła ją.
Justynko, przyszłaś?
Przyszłam.
Siadaj, zjedz. Paweł wszystko sam zrobił. choćby posprzątał.
Spojrzała na męża.
Wzruszył ramionami, jakby mówił: To nic takiego.
Usiadła.
Bożena odchrząknęła.
Pomyślałam Może faktycznie lepiej by było poszukać opiekunki. Chociaż na kilka godzin dziennie. Paweł się namęczył, musi się zwalniać z pracy
Podniosła na nią wzrok.
To by było rozsądne.
Pogadam z Kasią, dodał Paweł. Żebyśmy po równo się dorzucili. Obiecała się zastanowić.
Bożena westchnęła.
Nie sądziłam, iż dożyję dnia, kiedy ktoś obcy będzie się mną zajmował
Nikt nie jest obcy, mamo, wyszeptał Paweł. Jesteśmy rodziną. Po prostu każdy ma teraz swoje granice.
Justyna odważyła się spojrzeć na teściową.
Ta po krótkim milczeniu skinęła głową.
Chyba trzeba się tego nauczyć.
Wtedy zadzwonił telefon Bożeny.
Spojrzała to Kasia.
Paweł odebrał.
Halo Cześć mamo Tak, jesteśmy Słuchaj potrzebujemy pomocy. Nie tylko pieniędzy. Przyjedziesz w weekend? Pogadamy wszyscy.
Odłożył aparat.
Spojrzał na Justynę.
Przyjedzie.
Justyna powoli kiwnęła głową.
Dobrze.
I nagle wiedziała, iż pierwszy raz od lat nie bała się wracać do domu.
Nie dlatego, iż zrobiło się cicho.
Bo dom w końcu zaczął słuchać.
Minęły trzy tygodnie.
Bożena już nie kaszlała nocami. Leki zadziałały, obrzęki ustąpiły, kilka razy sama poszła po herbatę do kuchni. Ale najważniejsze mieszkanie wypełniła cisza. Nie ta wroga cisza pełna urazy, tylko spokojna, dojrzała cisza ludzi, którzy się uczą rozmawiać.
W sobotę rano Kasia przyjechała z Gdańska.
Weszła do przedpokoju z dużymi torbami, córeczką na ręku i przepraszającym uśmiechem.
Mamo, cześć Justyna, Paweł Wybaczcie, długo się zbierałam.
Bożena siedziała przy oknie. Powoli się odwróciła, jakby bała się spłoszyć chwilę.
Przyjechałaś w końcu.
Obiecałam, to jestem, Kasia postawiła torby, podała córkę Pawłowi i podeszła do matki.
Justyna stała w kuchennych drzwiach i patrzyła w milczeniu.
Kasia przykucnęła przy fotelu.
Mamo, wczoraj długo rozmawialiśmy z Pawłem. I ustaliliśmy tak.
Wyjęła z kieszeni kartkę.
To ogłoszenie. Opiekunka z kwalifikacjami medycznymi. Przychodzi od dziewiątej do dziewiętnastej, pięć dni w tygodniu. Weekendy my sami.
Bożena drżącymi dłońmi wzięła kartkę. Przeczytała. Spojrzała na syna.
A za co ją opłacicie?
Składamy się we troje, odpowiedział spokojnie Paweł. Ja, ty i Justyna. Po równo.
Po równo jakby to słowo miało inny smak.
Kasia przytaknęła.
Mamo, żadne z nas nie może rzucić pracy i być tu cały czas. Potrzebujesz specjalistycznej pomocy więc za nią zapłacimy.
Pierwszy raz odezwała się Justyna:
Jutro przyjdzie pani Olga pięćdziesiąt osiem lat, dwadzieścia lat doświadczenia. Pozna się z nami.
Bożena długo milczała.
W końcu spojrzała na Justynę prosto, bez habitualnego chłodu.
Przecież mogłaś po prostu powiedzieć nie i odejść. Wiele kobiet by tak zrobiło.
Justyna tylko wzruszyła ramionami.
Mogłam. Ale wtedy wszyscy byśmy na tym stracili. Ty najbardziej.
Bożena spuściła oczy na dłonie.
Całe życie myślałam, iż skoro jestem matką, to inni mają się do mnie dostosować A tu wyszło, iż to ja muszę się nauczyć dostosowywać.
Kasia ujęła jej rękę.
Nie chodzi o dostosowywanie się, mamo. Tylko o to, żeby każdy mógł oddychać własnym powietrzem.
Bożena popatrzyła na córkę, potem na syna, potem na Justynę.
Przepraszam, Justynko Naprawdę sądziłam, iż mogę żądać.
Poczuła, iż wreszcie rozluźnia się miejsce ściśnięte od tygodni.
Przyjmuję przeprosiny, pani Bożeno.
Bożena uśmiechnęła się słabo po raz pierwszy bez cienia wyższości.
No to poznajmy waszą panią Olgę. Skoro już wszyscy podjęliście decyzję, iż nie jestem tu królową.
Paweł się roześmiał szczerze, pierwszy raz od wielu tygodni.
Nie królową, nie bogiem. Po prostu naszą mamą, którą wszyscy kochamy. I opiekujemy się po ludzku.
Wieczorem, gdy Kasia z córką pojechały na dworzec, a Bożena już spała, Justyna i Paweł siedzieli przy kuchennym stole, światło łagodne.
Nalali sobie wina.
Wiesz powiedział cicho Paweł myślałem, iż odejdziesz.
Justyna popatrzyła z zaskoczeniem.
Naprawdę?
Tak. Gdy wtedy powiedziałaś nie… byłem pewny, iż to koniec. Spakujesz się i powiesz: Radźcie sobie sami.
Pokreciła kieliszkiem w dłoni.
Przeszło mi to przez myśl. Serio.
I co cię zatrzymało?
Milczała chwilę.
Zrozumiałam, iż jeżeli teraz odejdę, nigdy się nie dowiem, czy potrafisz dorosnąć do odpowiedzialności.
Paweł opuścił wzrok.
Dużo się przez ten czas nauczyłem. I dalej się uczę.
Widzę to.
Podniósł oczy.
Dziękuję, iż mi dałaś szansę.
Uśmiechnęła się bez żalu.
Dziękuję, iż ją wykorzystałeś.
Kieliszki zabrzęczały cicho.
Za oknem sypał pierwszy tej zimy śnieg. Wielkie płatki wirowały w blasku latarni, przykrywając chodnik białym, miękkim kobiercem.
W pokoju Bożeny świeciła się mała lampka.
A w ich sypialni nie pachniało już lekami i niepokojem tylko domem. Ich domem.










![Olsztyn po 34. Finale WOŚP. Pierwsze podsumowania i wciąż rosnące kwoty [ZDJĘCIA, WIDEO]](https://static.olsztyn.com.pl/static/articles_photos/45/45917/f0c847e10b1ab0fa779eeace66388991.jpg)

