Mam 66 lat i od początku stycznia mieszkam z 15-letnią dziewczyną, która nie jest moją córką. Jest c…

polregion.pl 3 dni temu

Mam 66 lat i od początku stycznia mieszkam z piętnastoletnią dziewczyną, która nie jest moją córką. To córka mojej sąsiadki, pani Zofii, która kilka dni przed Sylwestrem poszła na spotkanie z Panem mówiąc wprost, już jej nie ma między nami. Przedtem obie mieszkały same w malutkiej kawalerce na wynajem, trzy kamienice od mojego mieszkania w Łodzi. Kawalerka była taka, iż trzeba było się zastanowić, czy lodówka to już salon czy jeszcze kuchnia: jedno rozkładane łóżko dla dwóch osób, prowizoryczna kuchenka, stolik, który służył do jedzenia, nauki i pracy nic luksusowego, żadnych kaprysów, tylko najbardziej niezbędne rzeczy.

Pani Zofia była chora już od lat, a mimo to codziennie pracowała. Ja z kolei rozprowadzałam produkty z katalogu latałam jak wariatka po domach, żeby zrealizować zamówienia. Gdy pieniędzy było za mało, Zofia wystawiała przed blokiem małą budkę i sprzedawała drożdżówki, owsiankę, soczki co się dało. Jej córka Jagoda po szkole pomagała w tym małym biznesie: gotowała, obsługiwała klientów, sprzątała potem wszystko. Niejedną wieczór widziałam, jak zamykają sklepik zmęczone jak maratończycy, później siedzą razem przy stole i liczą złotówki żeby sprawdzić, czy starczy choćby na kolejną porcję mleka. Zofia była dumna i pracowita. Nie prosiła nigdy o pomoc. Ja, jak mogłam, czasem podrzucałam im siatkę z jedzeniem lub gotowe danie, ale zawsze z ostrożnym uśmiechem, żeby nie czuła się niezręcznie.

W tamtym mieszkaniu nigdy nie widziałam gości. Żadnych krewnych, chociażby kuzynów czy ciotek. O rodzinie Zofia nie wspominała jakby w ogóle ich nie było. Jagoda dorastała sama z mamą, nauczona od dziecka, iż trzeba pomagać i nie można się rozczulać nad sobą radziła sobie ze wszystkim, co miała pod ręką. Teraz, jak wracam myślami, czasem żałuję, iż nie naciskałam mocniej z pomocą, ale wtedy pilnowałam granic, bo Zofia wyraźnie je stawiała.

Odejście Zofii było nagłe. Jednego dnia była w pracy, kilka dni później już jej nie było. Żadnych pożegnań, żadnych ciotek, co przyjdą z barszczem i pocieszą. Jagoda została sama w kawalerce: z czynszem do zapłacenia, rachunkami i szkołą na horyzoncie. Pamiętam jej twarz wtedy chodziła po mieszkaniu jak kot, nie wiedząc, co dalej. Bała się, iż skończy na ulicy albo ktoś ją wyśle w nieznane miejsce.

Od razu postanowiłam, iż zamieszka ze mną. Nie było żadnego zebrania rodzinnego, ani wzniosłych przemówień. Po prostu powiedziałam jej: Jagoda, chodź do mnie, będziesz miała swój kąt. Spakowała swoje rzeczy do dwóch siatek kilka tego było i przyszła. Kawalerkę zamknęłyśmy, właściciel zrozumiał sytuację.

Teraz Jagoda mieszka u mnie. Nie traktuję jej jak ciężaru, ani jak osoby, której trzeba wszystko pod nos podać. Podzieliłyśmy obowiązki: ja gotuję i ogarniam zakupy, ona pomaga w sprzątaniu, zmywa naczynia, ściera kurze, dba o wspólne przestrzenie. Każda wie, co jest jej zadaniem. Nie krzyczymy na siebie, nie dajemy rozkazów po prostu rozmawiamy o wszystkim.

Koszty jej utrzymania ubrania, zeszyty, przybory szkolne, kanapki do szkoły są na mojej głowie. A szkołę ma dwie ulice od domu.

Odkąd do mnie przyszła, finansowo jest ciężej portfel nie czaruje się sam, niestety. Ale nie odbieram tego jako problem. Wolę mieć ją przy sobie, niż wiedzieć, iż błąka się samotnie i znów lęka się jutra, tak jak za czasów choroby mamy.

Jagoda nie ma nikogo innego. Ja zresztą też nie mam dzieci na miejscu. Myślę, iż każdy na moim miejscu zrobiłby podobnie. A Wy co o tym sądzicie?

Idź do oryginalnego materiału