Mam 65 lat i nie znoszę, gdy ktoś mnie odwiedza w domu.

newsempire24.com 20 godzin temu

Przez sześćdziesiąt pięć lat nauczyłam się, iż najlepiej czuję się w swoim domu, kiedy jestem sama. Może to wyda się komuś dziwne, ale nie przejmuję się opinią innych. Nie znaczy to, iż nie lubię ludzi czy przyjaciół. Po prostu nie znoszę, gdy ktoś przekracza próg mojego domostwa. Spotkania są przecież możliwe wszędzie indziej: w parku, na ulicy, u znajomych, ale nie u mnie. Jestem już tym zmęczona, i tyle.

Od kiedy skończyłam 65 lat, wszystko się zmieniło. Jeszcze kilka lat temu chętnie otwierałam drzwi w moim domku pod Olsztynem dla wszystkich. Teraz sama myśl o gościach wywołuje drganie nerwów i lekkie rozdrażnienie. Po ostatnim przyjęciu czułam się, jakby przez moje mieszkanie przeszło tornado; sprzątałam dwa dni. Wcześniej spędziłam cały dzień w kuchni, przygotowując góry jedzenia, a potem jeszcze przez dwa dni usuwałam brudy i chaos. Dlaczego miałabym to dalej robić? Nie chcę tracić na to mojego życia.

Kiedy przypominam sobie, jak to było wcześniej, odczuwam smutek i zmęczenie. Tydzień przed przyjściem gości zaczynałam gruntowne porządki: myłam okna, pucowałam podłogi, czyściłam każdy kąt. Potem łamałam sobie głowę nad menu, chcąc wszystkich zadowolić. Te ciężkie torby z zakupami! Wnosiłam je na czwarte piętro, sapiąc i złorzecząc na cały świat. I kiedy goście przychodzili, zaczynało się: każdym musiałam się zająć, pilnować talerzy, by nigdy nie były puste, dbać o to, by wszystko błyszczało. Podaj, zabierz, przynieś, zmyj — byłam jednocześnie kucharzem, kelnerką i sprzątaczką. Nogi bolały, plecy pulsowały z bólu, a ja nie mogłam choćby spokojnie porozmawiać, bo zawsze ktoś czegoś chciał.

I po co to wszystko? By potem paść z wyczerpania, patrząc na zrujnowaną kuchnię? Mam dość. Dlaczego mam się sama męczyć, skoro są ludzie, którzy zrobią to lepiej i szybciej za pieniądze? Teraz wszystkie święta, spotkania, przyjęcia realizowane są tylko w kawiarniach lub restauracjach. To tańsze, łatwiejsze i nie drenuje mnie emocjonalnie. Po obiedzie nie muszę nic zmywać ani sprzątać, po prostu wracam do domu, kładę się do łóżka i śpię spokojnie.

Teraz wolę żyć aktywnie, nie tkwić w czterech ścianach. Już i tak zbyt dużo czasu spędzamy w domach, a spotkanie z przyjaciółmi na mieście to rzadkość, prawie iż luksus. Każdy ma pracę, obowiązki — kto znajdzie godzinę, by po prostu usiąść? Zrozumiałam, iż całe życie harowałam jak wół dla rodziny, dzieci, innych. Teraz chcę coś dla siebie, dla swojego spokoju.

Mam teraz zwyczaj: w czasie przerwy obiadowej dzwonię do mojej przyjaciółki Anny i zapraszam ją do pobliskiej kawiarni, gdzie podają desery, które nie mają sobie równych. Dlaczego nie robiłam tego wcześniej? Sama siebie zadziwiam, ile lat zmarnowałam na domowe rytuały!

Myślę, iż każda kobieta mnie zrozumie. Wystarczy wspomnieć o przyjęciu gości w domu, a od razu zaczyna się ból głowy: co przygotować, jak posprzątać, czym zaskoczyć? To nie radość, to kara. Oczywiście, jeżeli przyjaciółka wpadnie na pięć minut, nie wygonię jej, napijemy się herbaty, pogadamy. Ale lepiej umówić się wcześniej i spotkać w przytulnej kawiarni. To stało się moim zbawieniem, moim małym szczęściem.

Powiem jedno wszystkim kobietom: nie bójcie się, iż w restauracji wydacie majątek. W domu wydacie więcej — i nie tylko pieniędzy, ale i nerwów, i zdrowia. Policzyłam: na zakupy, na sprzątanie, na czas, który ucieka w próżnię, wydaje się więcej niż rachunek w kawiarni. A co najważniejsze, zachowasz siebie. W wieku 65 lat zrozumiałam w końcu, iż życie to nie tylko obowiązki wobec innych, ale i prawo do odpoczynku, do lekkości, do wolności od cudzych oczekiwań. Już nie zamierzam otwierać drzwi przed tymi, którzy chcą przekształcić mój dom w pole bitwy o czystość. Już mi wystarczy.

Idź do oryginalnego materiału