Mam już pięćdziesiąt lat i czasem jak sobie przypomnę tamten okres, to aż ciężko mi uwierzyć, iż to wszystko się wydarzyło. Miałam wtedy szesnaście lat, byłam uczennicą liceum w Toruniu, kiedy zaszłam w ciążę ze swoim chłopakiem, Przemkiem. Oboje jeszcze się uczyliśmy, nie mieliśmy żadnej pracy. Z dnia na dzień cały mój świat stanął na głowie.
Kiedy powiedziałam o wszystkim rodzicom, ich reakcja była natychmiastowa i bardzo surowa. Uznali, iż przyniosłam wstyd całej rodzinie, iż dziecko nie jest ich problemem i nie będą brać na siebie odpowiedzialności za kogoś obcego. Jednego wieczoru kazali mi się spakować. Wyszłam z domu z małą walizką i łzami w oczach, bez pojęcia, dokąd się podzieję kolejnej nocy.
Uratowali mnie rodzice Przemka. Od razu otworzyli dla mnie drzwi, przyjęli mnie jak swoją córkę. Dostaliśmy własny pokój, jasne zasady, ale też ogrom wsparcia. Mama Przemka powiedziała, iż jedyne, czego od nas oczekują, to byśmy skończyli szkołę. Zajmowali się wszystkim jedzeniem, rachunkami, regularnie pilnowali wizyt u lekarza, żebym miała dobrą opiekę podczas ciąży. Byłam adekwatnie na ich utrzymaniu.
Kiedy nasz syn, Staś, przyszedł na świat, właśnie mama Przemka była ze mną w szpitalu. Uczyła mnie, jak kąpać malucha, jak zmieniać pieluchy, jak uspokajać go rano, gdy płakał. Pomagała mi bardzo, zwłaszcza kiedy potrzebowałam odpocząć, a ona zajmowała się nim nocą. Przemek był wtedy przy mnie, a jego tata kupił łóżeczko i wszystko, co było potrzebne dla dziecka.
Po kilku miesiącach teściowie sami zaproponowali nam, żebym poszła na kurs pielęgniarski nie chcieli, żebyśmy ugrzęźli w martwym punkcie życia i nigdy się nie wygrzebali. Zdecydowałam się. Rano chodziłam na zajęcia, a Staś zostawał z babcią. Przemek w tym czasie zaczął studiować informatykę. Oboje się uczyliśmy, a cała reszta codzienne wydatki, obiad, opłaty dalej była na głowie rodziców Przemka.
Nie było łatwo. Plan dnia był napięty do granic. Nie pozwalaliśmy sobie na żadne luksusy. Czasami liczyliśmy każdy grosz, ledwo starczało do pierwszego. Ale nigdy nie zabrakło nam jedzenia, poczucia bezpieczeństwa czy wsparcia. choćby gdy ja albo Przemek chorowaliśmy, ktoś zawsze czuwał przy Stasiu. jeżeli były egzaminy, praktyki albo praca na umowę zlecenie, zawsze mogliśmy liczyć na pomoc.
Z czasem zrobiliśmy swoje ja zaczęłam pracować jako pielęgniarka w jednym z toruńskich szpitali, Przemek w branży IT. Wzięliśmy ślub, zamieszkaliśmy na swoim, wychowaliśmy Stasia. Dziś, po latach, nasz związek jest mocny, syn wyrośnięty, mądry chłopak.
Z moją rodzicami kontakt mam bardzo rzadki, raczej już formalny. Nie było potem awantur, ale wszystko się zmieniło. Nie mam w sobie żalu, po prostu te relacje nigdy nie wróciły do stanu sprzed lat.
Wiesz gdybyś mnie teraz zapytała, komu w życiu zawdzięczam najwięcej, odpowiedziałabym bez wahania, iż rodzinie mojego męża, nie tej, w której się urodziłam. To właśnie oni uratowali mnie i pokazali, czym naprawdę jest rodzina.













