Mam już czterdzieści jeden lat, a dom, w którym mieszkam, należał kiedyś do mojej babci i dziadka. Gdy odeszli, mieszkała tu moja mama, a po jej śmierci nieruchomość przeszła na mnie. Zawsze panował tu spokój, porządek, cisza taka była nasza stara kamienica w sercu Krakowa. Każdego dnia wracałam po pracy do pustego domu, nie wyobrażając sobie, by ten ład kiedykolwiek mógł się rozpaść, zwłaszcza z powodu jednej, być może zbyt sercowej decyzji.
Dwa lata temu zadzwoniła do mnie daleka kuzynka, Zuzanna płakała przez telefon. Rozstawała się z mężem, była wtedy z kilkuletnim synkiem i nie miała gdzie się podziać. Poprosiła, by mogła zamieszkać ze mną na parę miesięcy, dopóki nie staną na nogi. Uległam, bo przecież to rodzina, a poza tym byłam pewna, iż kilka się zmieni. Na początku rzeczywiście nie było źle zajęła swój pokój, trochę dorzucała się do rachunków, wychodziła rano do pracy. Mały zostawał u sąsiadki, którą znała z dzieciństwa. Wszystko odbywało się spokojnie.
Po trzech miesiącach Zuzanna rzuciła pracę. Twierdziła, iż chwilowo, iż szuka czegoś lepszego. Zaczęła całe dnie spędzać w domu. Jej synek też przestał chodzić do sąsiadki i zostawał już tylko u nas. Cały dom jakby się zmienił zabawki porozrzucane po kątach, ciągły hałas, niespodziewani goście. Wracałam zmęczona, a w salonie zastawałam obcych ludzi. Gdy poprosiłam, by mnie ostrzegała o wizytach, usłyszałam, iż przesadzam i iż to już także jej dom.
Z czasem przestała dokładać się do opłat. Najpierw mówiła, iż tymczasowo, później, iż wyrówna wszystko, kiedy tylko się ustabilizuje. Tymczasem to ja pokrywałam już wszystkie rachunki za prąd, gaz, jedzenie, naprawy. Pewnego dnia zastałam poprzestawiane meble. Powiedziała, iż tak będzie przytulniej, ale nie zapytała mnie o zdanie, po prostu zrobiła, co chciała. Gdy zdenerwowałam się, poczuła się urażona i zarzuciła mi chłód i niezrozumienie prawdziwego znaczenia słowa rodzina.
Sytuacja jeszcze bardziej się skomplikowała, kiedy Zuzanna zaczęła przyprowadzać swojego byłego męża tego samego, od którego rzekomo uciekała. Przychodził wieczorami, nocował, korzystał z łazienki, jadł przy naszym stole. Raz zastałam go wychodzącego z mojego pokoju tłumaczył, iż przyszedł po jakąś kurtkę, nie pytając choćby o pozwolenie. Wtedy powiedziałam Zuzannie, iż granice muszą być zachowane, iż tak nie może być. Wybuchła płaczem i krzykami, wytykając mi, iż kiedyś ją przyjęłam, gdy nie miała już nic.
Pół roku temu próbowałam ustalić termin, do którego powinna się wyprowadzić. Odpowiedziała, iż nie da rady nie ma pieniędzy, dziecko ma szkołę niedaleko, jak mogłabym ją tak wyrzucić na bruk? Czuję się, jakbym była w pułapce. To już nie jest mój dom. Przemykam po cichu, by nie obudzić jej syna, jem kolacje w swoim pokoju, by nie wywołać kłótni, i z każdym tygodniem coraz częściej zostaję poza domem, niż w nim.
Wciąż mieszkam w tej kamienicy w Krakowie, ale to miejsce już nie jest moim azylem. Zuzanna zachowuje się, jakby wszystko należało do niej, a to ja płacę za wszystko. jeżeli poproszę o odrobinę ładu, słyszę, iż jestem egoistką. Potrzebuję radyCisza dawniej była ostoją, dziś stała się ciężarem. Pewnego wieczoru wracałam do domu później niż zwykle. Główna klamka nie stawiała oporu, na korytarzu panował półmrok, a z kuchni dobiegały głosy. Zuzanna śmiała się do telefonu, nie zważając na nic. Wzięłam kilka głębokich oddechów i zatrzymałam się na chwilę. Po raz pierwszy od lat pozwoliłam sobie na chłodną kalkulację czy nie czas zawalczyć o siebie?
Jeszcze tej nocy napisałam list do Zuzanny, do siebie, do domu, który miał być moim schronieniem, a stał się obcym światem. Nie było w nim wyrzutów, tylko fakty: czas minął, dłużej już tak nie potrafię, to ja tu mieszkam, to był dom mojej mamy, mojej babci. Rano, nim ktokolwiek wstał, zostawiłam list na kuchennym stole, idąc powoli przez znajomy hol. Każdy krok brzmiał surowo, ale nie bolał. Pracując jeszcze tego samego dnia, zadzwoniłam do prawnika pierwszy telefon w całym tym zamieszaniu, który był naprawdę do mnie.
Bałam się jej reakcji, ale wiedziałam, iż ani dzień dłużej nie mogę być tylko cichym lokatorem własnego życia. Zuzanna krzyczała, prosiła, przekonywała, potem przestała się odzywać na dobre. W końcu, z pomocą bliskich i z ciężkim sercem, przeprowadzili się.
Gdy drzwi się za nimi zamknęły, w mieszkaniu znów rozgościła się cisza nie ta napastliwa, ale dobra i znajoma. Otworzyłam okno na podwórze, wlazł zapach kawy z sąsiedniej kawiarni i odgłosy miasta. Przesunęłam meble tak, jak lubiłam, zdjęłam z półki album mamy, postawiłam na stole filiżanki dokładnie tam, gdzie kiedyś stawiały je babcia i mama.
Tamtego dnia nareszcie odetchnęłam. Wiedziałam, iż od tej chwili dom jest mój nie dlatego, iż go odzyskałam, ale dlatego, iż odważyłam się zawalczyć o własny spokój. Wreszcie mogłam przestać przemykać korytarzami; mogłam w nich zatańczyć choćby sama, choćby tylko raz i uśmiechnąć się do siebie w oknie starej krakowskiej kamienicy, która znowu była moim azylem.











