Losy na szpitalnym łóżku – „Proszę, niech pani się nim zajmie! Ja się boję do niego podejść, nie mówiąc już o karmieniu go łyżeczką!” – kobieta z rozmachem rzuciła siatkę z jedzeniem na łóżko, na którym leżał jej chory mąż. „Proszę się nie martwić, pani mąż wyzdrowieje. Potrzebuje teraz troskliwej opieki. Pomogę panu Dariuszowi stanąć na nogi” – musiałam uspokajać żonę pacjenta z gruźlicą nie po raz pierwszy jako pielęgniarka. Dariusza przywieźli w ciężkim stanie, ale miał duże szanse na powrót do zdrowia. Chciał żyć, a to połowa sukcesu. Szkoda tylko, iż jego żona, Ala, nie ufała lekarzom. Miałam wrażenie, iż jest gotowa już teraz skreślić męża ze swojego życia. Zdradzę, iż syn Dariusza i Ali, po wielu latach, także zachorował na gruźlicę w ciężkiej postaci. Ala od razu go przekreśliła, ale Jurek wyzdrowiał. Dariusz, mimo trudnej diagnozy, żartował, śmiał się i bardzo chciał gwałtownie opuścić oddział gruźliczy. W jego rodzinnej miejscowości nie było specjalistycznej placówki, więc Ala rzadko odwiedzała męża. Było mi go żal – młody, zaniedbany, w podniszczonych ubraniach. „Darek, nie obrazisz się, jeżeli przyniosę ci kilka rzeczy? Widzę, iż choćby kapci nie masz, chodzisz w butach. Przyjmiesz ode mnie pakunek?” – zagadnęłam żartobliwie. „Od pani, pani Wioletta, wszystko przyjmę, choćby jakbyście przyniosła truciznę za lekarstwo. Ale proszę, nie trzeba… Dajcie mi tylko wyzdrowieć…” – delikatnie ujął moją dłoń. Wyswobodziłam rękę i wyszłam z sali, serce aż drżało. Zakochałam się? Nie chciałam rozbijać rodziny. Ale serce nie sługa… Coraz częściej zaglądałam do sali Darka, rozmawialiśmy długo, szczególnie nocą podczas dyżurów. Przeszliśmy na „ty”. Darek miał pięcioletniego synka, Jurka. „Mój Jurek to cały wytrawny urok mamy. Kiedyś naprawdę kochałem Alę. Świat u jej stóp kładłem. Ale Ala to kobieta pełna pasji i wdzięku, szczególnie w łóżku – istny tajfun, ale kocha tylko siebie. I teraz, ty się mną opiekujesz, a ona…” – westchnął smutno. „Ala ma daleko, trudno dojechać…” – próbowałam tłumaczyć jego żonę. „Daj spokój, Wioletta! Jak się kocha męża, to i do więzienia miejsce mu znajdzie, a do kochanka poleci przez pół Polski…” – Darek był rozgoryczony. „Dobranoc, Darku. Nie rób nic pod wpływem emocji. Ułoży ci się jeszcze wszystko…” – zgasiłam światło i wyszłam. Widziałam, jak cierpi. Leżał bezradny, a żona w tym czasie… cóż. Tydzień później usłyszałam kłótnię na oddziale: „Żeby cię tu więcej nie było, dziwko! Wynoś się!” – Darek wykrzyczał do przerażonej Ali. Wybiegła z sali. „Co się stało?” – zapytałam zdziwiona. Darek odwrócił się do ściany. Dałam mu zastrzyk uspokajający. Minął miesiąc. Ala nie odwiedziła go ani razu. „Może zadzwonić do żony?” – podpytałam. „Nie trzeba. Rozwodzimy się z Alą” – odpowiedział spokojnie. „Przez chorobę? Przecież zdrowiejesz!” „Goniłem Alę, bo wtedy powiedziała mi o swoim kochanku. Chciała, żeby zamieszkał w naszym domu, skoro ze mną i tak nie wiadomo jak będzie… Potrzebuje męskiej ręki do remontów…” Niedługo potem Ala przyjechała z obcym facetem. Widziałam, jak czekał na nią przed szpitalem. Szybki buziak, kilka słów i już ich nie było. „Darku, wychodzisz do domu” – oznajmiłam po kolejnych dniach. „Wioletta, chciałem cię zapytać… a adekwatnie, już nieważne…” Nie wytrzymałam: „Darek, zgadzam się. O to ci chodziło, prawda?” Wyjawił mi: „Nie mam dokąd iść… Czy mogę u ciebie zamieszkać? Z Alą już wszystko jasne. Zaraz bierze ślub z tym swoim…” „Mam dziecko. jeżeli je zaakceptujesz, uda nam się stworzyć rodzinę…” „Dziecko nie przeszkadza. Ja już je kocham…” – spojrzał mi w oczy. Od tamtej pory minęło wiele lat. Mamy z Darkiem dwójkę wspólnych dzieci. Udało nam się stworzyć ciepły, rodzinny dom. Jurek, syn Darka, często nas odwiedza z rodziną. Co do Ali – powychodziła jeszcze kilka razy za mąż, urodziła syna (z przelotnego romansu), który całe życie cierpiał na zaburzenia psychiczne. Ala nie przejmowała się nim zbytnio, a gdy zmarła, syn trafił do domu opieki. A my z Darkiem jesteśmy już staruszkami, ale kochamy się mocniej niż kiedyś. Idziemy przez życie razem, doceniając każdy dzień, każdy uśmiech, każdy oddech… ZMIENNE KOLEJE LOSU NA SZPITALNYM ŁÓŻKU: OPOWIEŚĆ PIELĘGNIARKI O MIŁOŚCI, ROZCZAROWANIU I DRUGIEJ SZANSIE – HISTORIA DARIUSZA I WIOLETTY, PORZUCONYCH PRZEZ PARTNERÓW, KTÓRZY ODNALEŹLI RODZINNE SZCZĘŚCIE, MIMO CHOROBY I ZDRADY

polregion.pl 2 tygodni temu

LOS NA SZPITALNYM ŁÓŻKU

Proszę, tu są zakupy, a teraz radźcie sobie z nim! Ja choćby podejść się boję, nie mówiąc już o karmieniu go łyżeczką. Kobieta zostawiła siatkę z jedzeniem na łóżku, gdzie leżał jej chory mąż.

Proszę się tak nie denerwować! Twój mąż z tego wyjdzie. Potrzebuje teraz opieki i troski. Pomogę Piotrowi stanąć na nogi. Często jako pielęgniarka musiałam pocieszać żony pacjentów ze szpitala gruźliczego, więc i tym razem nie było inaczej.

Piotra przywieźli w ciężkim stanie, ale szanse na wyzdrowienie były spore. On miał ogromną wolę życia, a to już połowa sukcesu. Szkoda tylko, iż jego żona, Teresa, zupełnie nie wierzyła w medycynę. Miałam wrażenie, iż ona już z góry pogodziła się z jego stratą.

Zdradzę ci coś: syn Piotra i Teresy, po wielu latach, też zachorował ciężko na gruźlicę. Teresa natychmiast go skreśliła, pogodziła się, iż syn Bartosz jest przekreślony. A jednak Bartek wyzdrowiał, na przekór wszystkiemu.

Piotr, choć przytłoczony chorobą, nie tracił humoru, żartował, z całych sił chciał wrócić do zdrowia i jak najszybciej opuścić szpital. W ich miejscowości, takiej małej pod Suwałkami, nie było specjalistycznego oddziału, dlatego Teresa bywała przy nim naprawdę rzadko. Żal mi się go robiło młody facet, zaniedbany, ubrany byle jak, samotny.

Piotr, mam nadzieję, iż się nie pogniewasz, jeżeli przyniosę ci trochę rzeczy? Widziałam, iż choćby kapci nie masz, chodzisz po szpitalu w butach. Przyjmiesz ode mnie mały pakiecik? rzuciłam w żartach.

Pani Zosia, od pani choćby lekarstwo pod postacią trucizny przyjmę z wdzięcznością. Ale nie, nie trzeba mi nic, daj pani mi tylko dojść do zdrowia Piotr chwycił mnie za rękę z takim ciepłem.

Wyswobodziłam się delikatnie i wyszłam na korytarz. Serce mi waliło jak oszalałe. Czyżbym się zakochała? Nie chciałam być tą, która niszczy rodzinę, to grzech ale serce nie sługa. Cóż, czasem życie wrzuca człowieka na głęboką wodę.

Coraz częściej zaglądałam do sali Piotra, spędzałam z nim długie noce i rozmowy były pełne emocji, szczere. choćby przeszliśmy na ty, zupełnie niepostrzeżenie.

Piotr miał pięcioletniego syna.

Bartosz jest cały mamusia, taki śliczny. Wiesz, Zosiu, bardzo kiedyś kochałem Teresę. Cały świat dałbym jej pod nogi. Była ognista, piękna, istny huragan w łóżku! Ale ona kocha tylko siebie Jej egoizm niszczy wszystko wokół, jak kwas. I teraz ty, obca kobieta, się mną zajmujesz westchnął ciężko Piotr.

Ale Teresa mieszka daleko, z Suwałk do Białegostoku jest kawałek, nie tak łatwo tu bywać próbowałam tłumaczyć żonę.

Daj spokój, Zosiu! Wiesz, jak mówią: żona kochała męża tak, iż aż mu kupiła łóżko w więzieniu. Do kochanka biega przez pół Polski, a do mnie nie zdąży. Słyszałem Piotr nagle się zdenerwował.

Dobranoc, Piotr, niczego nie rób pochopnie. Jeszcze wszystko się ułoży powiedziałam, gasząc światło.

Wiadomo, iż Piotr bardzo cierpiał. Był przykuty do łóżka, bezsilny, a jego żona, w tym samym czasie, świetnie się bawiła na boku. Może to błahostka dla kogoś, ale dla niego to była cała powódź.

Tydzień później słyszę krzyki z jego sali. Wpadłam jak burza.

Żebym cię tu więcej nie widział, dziwko! Wynocha! wrzeszczał na Terrę, która czmychnęła z pokoju jak poparzona.

Co się stało? zapytałam zaskoczona.

Piotr odwrócił się bez słowa. Widzę, iż pod kocem cały się trzęsie. Dałam mu zastrzyk na uspokojenie.

Minął miesiąc. Teresa już ani razu się nie pokazała.

Piotr, może zadzwonić do twojej żony? zagadnęłam po cichu.

Nie trzeba, Zosiu. Rozwodzimy się odparł spokojnie.

Przez tę chorobę? Przecież wracasz do zdrowia zdziwiłam się.

Pamiętasz, jak wyrzuciłem Teresę? Przyjechała mi powiedzieć, iż ma kochanka i chce mu udostępnić nasz dom, bo ja to już pewnie nie wrócę, a jej potrzebna jest męska ręka, bo dach przecieka Piotr zamilkł na chwilę.

O Boże tylko tyle dałam radę powiedzieć.

Niedługo potem Teresa przyjechała z nowym facetem. Piotr go nie widział, a ja wszystko widziałam przez okno. Gość nerwowo siedział w ogródku, palił papierosa, czekał na Teresę. Po godzinie Teresa wybiegła, pocałowała go w policzek, coś szepnęła i już ich nie było.

Piotr, dziś cię wypisują do domu oznajmiłam.

Zosiu, chciałem cię chociaż, sama zobacz był zagubiony.

Piotrze, zgadzam się. Chciałeś zapytać, czy przyjmę cię pod swój dach, prawda? odważyłam się i przeszłam do sedna.

Zosiu, nie mam gdzie iść. Mogę zostać u ciebie? Z Teresą wszystko jasne. Ona wychodzi za mąż.

Mam dziecko. jeżeli go zaakceptujesz, będziemy mieć prawdziwy dom postawiłam sprawę jasno.

Dziecko mi nie przeszkadza. Już go pokochałem spojrzał mi w oczy tak czule, iż stopniałam jak śnieg na dłoni.

Lata minęły i zimy, i lata. Razem z Piotrem mamy już dwójkę naszych wspólnych dzieci, udało się zbudować rodzinny dom. Bartek, syn Piotra, często nas odwiedza ze swoją rodziną. Moja córka z pierwszego związku mieszka za granicą. adekwatnie, żadnego związku nie było. Po prostu, młodość, naiwność Uwierzyłam chłopakowi, który obiecywał wszystko, a zagrał melodię, na którą zabrakło nut. Ale nie żałuję.

A co do Teresy ona wychodziła za mąż kilka razy, urodziła syna z jakiegoś kierowcy przelotem. Chłopak całe życie był chory psychicznie, ona nie interesowała się nim, był jej obojętny. W końcu, jak odeszła z tego świata, umieszczono go w ośrodku.

A my z Piotrem, dziś już starzy, kochamy się jeszcze mocniej niż kiedyś. Idziemy przez życie razem, krok w krok, ciesząc się każdym dniem, każdym spojrzeniem, każdym oddechemW chłodne wieczory siadamy z Piotrem na werandzie, trzymając się za ręce nasze dłonie są już pokryte zmarszczkami, ale wciąż szukają siebie bez słowa. Patrzymy na nasze dorosłe dzieci, ich gwar, małe wnuczki biegające bosymi stopami po rosie.

Czasem myślę o tym wszystkim, co nas tu doprowadziło o szpitalu, o strachu i nadziei, o wszystkich słowach wypowiedzianych i tych przemilczanych. Zrozumiałam, iż prawdziwy dom buduje się nie tylko z cegieł, ale z czułości i wybaczenia. I iż choćby po najgorszej zimie zawsze przychodzi wiosna.

Piotr raz po raz śmieje się swoim cichym, chrapliwym śmiechem, a ja co wieczór dziękuję losowi, iż się nie przestraszył życia. Kochać to jest wszystko, czym naprawdę jesteśmy. I chociaż świat zabiera nam po kawałku młodość, siły i zapomniane marzenia, tego, co znaleźliśmy razem, już nigdy nam nie odbierze.

A kiedy na chwilę zamykam oczy i słyszę ich śmiechy dobiegające z ogrodu, wiem, iż to jest właśnie szczęście. Tak proste, a przecież tak trudne do odnalezienia.

Los napisał nam historię, której nie odważyliby się wymyślić choćby najbardziej zapatrzeni w dramaty pisarze. Ale my, uparcie, dzień po dniu, wybraliśmy siebie i tak zostanie, póki biją nam serca.

Idź do oryginalnego materiału