Los wyciągnął pomocną dłoń
Ewa dorastała w pozornie spokojnej rodzinie w małej wiosce przy drodze do Sandomierza. Ojciec, Marek, i matka, Grażyna, spędzali ze sobą wieczory przy kuflu wódek, a domową atmosferę powoli wciągał dym alkoholu. W szóstej klasie dziewczyna zaczęła dostrzegać, iż coś w rodzinie się psuje rodzice coraz częściej się kłócili, a ich gniew spływał na nią.
Po co mi to wszystko? szlochała, chowając się w kącie za szafą, gdzie rodzice nie mogli jej zobaczyć. Dlaczego obrzucają mnie swoją złością?
Idź po chleb, dziewczyno ryknął Marek późnym wieczorem, chcąc wyrzucić ją z domu, jeżeli nie spełniłby ich żądania. Boję się iść w ciemnościach, a on mógłby mnie uderzyć, gdyby nie uciekłam.
Idź po pieniądze od Anny, sąsiadki, i nie wracaj bez niczego wpychała Grażyna ją przez drzwi.
Z biegiem lat Ewa zaczęła wymykać się, gdy rodzice upijali się do upadłego. W dziesiątej klasie, nie bojąc się już ciemności, chowała się w opuszczonym domu na skraju wsi, rano wracając do szkoły z tornistrem pełnym notatek.
Pewnego dnia postanowiła:
Po maturze wezmę świadectwo i wypędzę się z tej wsi. Zbiorę po grosz, po złotówkę, zaoszczędzę, by móc wyjechać do miasta i spróbować studiów.
Gdy w końcu dostała świadectwo, choć oceny nie imponowały, schowała do plecaka kilka złotych, które udało jej się wyłowić, i wyruszyła do regionalnego ośrodka. Nie powiedziała rodzicom nic nie miałaby już wobec nich słów.
Miasto nie przyjęło jej łaskawie. W kolegium odmówiono przyjęcia, tłumacząc, iż jest wielu kandydatów, a jej oceny i brak pieniędzy na opłatę czynią ją nieprzyjętą. Zrezygnowana usiadła na ławce przy przystanku i patrzyła, jak ludzie pędzą w różne strony.
Każdy ma swój cel pomyślała. Ja nie mam dokąd iść, a pieniędzy prawie nie mam. Nie mogę wrócić do domu, bo tam czekają kolejny kieliszek i kłótnia, a zostanie w mieście nie ma dla mnie miejsca.
Wtedy podeszła do niej starsza kobieta z torbą.
Co tu siedzisz sama, dziewczynko? zapytała, patrząc z troską. Widziałam cię w sklepie, po czym znów wróciłaś tutaj. Co się stało?
Nie mam dokąd pójść. Przyleciałam z wsi, chciałam studiować, a mnie odrzucili. Nie mam pieniędzy na naukę wylała łzy Ewa.
Nie masz nikogo w tym mieście?
Nie. Nie chcę wracać do domu, bo tam tylko alkohol i kłótnie. Boję się, iż zostanę taka jak oni…
Rozumiem powiedziała kobieta. Nazywam się Nina Szymczak, ale wszyscy mówią po prostu Szymczak. Idź ze mną, nie będziesz musiała nocować na tej ławce. Ja mieszkam w akademiku, bo pracuję jako sprzątaczka. Przyjdź, a znajdziemy rozwiązanie.
Ewa niepewnie wstała, nie wiedząc, co ją czeka.
Nie bój się, kochana dodała Szymczak. Ja też kiedyś straciłam dom. Moja jedyna córka, Ania, była konduktorką pociągu, spotkała przedsiębiorcę i poprosiła mnie o pieniądze na wspólny biznes. Nie miałam nic oprócz warzyw, kury i kozy. Sprzedałam domek w wiosce, a mój syn zniknął z pieniędzmi. Zostałam sama, ale znalazłam pracę przy dworcu i pokój w akademiku. Widziałam w tobie coś, co mnie przyciągnęło.
W akademiku, w małym pokoju, Ewa zjadła bez apetytu. Szymczak obiecała:
Rano odprowadzę cię do dyrektora kawiarni przy dworcu. Tam zawsze potrzebują młodych ludzi. Jesteś piękna, a twoje oczy przyciągają uwagę. Może spotkasz kogoś, kto odmieni twoje życie.
Ewa podziękowała i zasnęła, marząc o lepszym jutrze. Nie znała jeszcze żadnego mężczyzny, ale los miał dla niej inny plan.
Kilka dni później spotkała Antona, dyrektora kawiarni. Był uśmiechnięty, przystojny i bardzo uprzejmy. Zaproponował jej pracę kelnerki, przydzielił pokój w akademiku i zaczynał jej przynosić drobne prezenty szminkę, tusz, perfumy. Ewa zafascynowana, poczuła, iż wreszcie coś się zmienia.
Nie mogę uwierzyć, iż mam szczęście myślała, wsiadając do samochodu, który Anton zaoferował, by odwieźć ją do akademika po pracy.
W akademiku wprowadziła się też Maksym, kierowca ciężarówki, który przyjeżdżał z daleka, by zarobić pieniądze i wrócić na wieś. Był prostym, szczerym człowiekiem, ale nie miał w planach stałego życia w mieście.
Hej, mieszkasz tu? zapytał pewnego dnia, gdy zobaczył ją w holu.
Tak, na drugim piętrze.
Ja też tu mieszkam, jestem Maksym. Przyjechałem z wsi, bo potrzebuję pieniędzy, ale po kilku latach wrócę. Miło, iż mogę cię poznać.
Maksym opowiadał o podróżach, o małych miasteczkach, o ludziach, których spotkał. Ich rozmowy były przyjacielskie, a Ewa czuła, iż w Nim może znaleźć bratnią duszę, choć serce wciąż było przy Antonie.
Pewnego wieczoru Anton wyznał:
Ewo, muszę ci powiedzieć, iż jestem żonaty i mam dwoje dzieci. Ale kocham cię i zapewnię ci wszystko, czego potrzebujesz. Latem zabiorę cię nad morze.
Ewa, zachwycona, nie słyszała już rozumu. Kiedy dowiedziała się, iż jest w ciąży, rzuciła się do Antoniego z radością.
Antoś, będziemy mieć dziecko
Nie! wykrzyknął, pokazując na stos pieniędzy na stole. Mam rodzinę, nie potrzebuję kolejnego dziecka. Zdejmij się z tego łóżka, zanim się rozgniewam.
Zrozpaczona, Ewa przypomniała sobie słowa Szymczak: Wiele osób przyjeżdża do miasta po szczęście, ale niewielu je naprawdę znajduje. Po kilku chwilach odebrała się z mieszkania, zostawiła klucz w budce i wróciła do akademika.
Szymczak pocieszyła ją:
Mężczyźni bywają różni, ich serca nie zawsze są szczere. Nie płacz, bo to nie twoja wina. Dziecko przyjdzie, a los wystawi cię na próbę. Przetrwaj, a może los wyciągnie ci pomocną dłoń.
Następnego dnia Maksym przyszedł z torbą zakupów i zapytał, co się stało. Ewa opowiedziała mu o Antonie i rozczarowaniu. Maksym, choć nie miał zamiaru zostawać w mieście, obiecał jej wsparcie i pomógł jej wrócić do wioski.
Kilka miesięcy później Ewa i Maksym zamieszkali razem w domu w Sandomierzu, który Maksym remontował, budując drugi piętro, bo niedługo spodziewali się córki. Ich syn, Julek, miał już trzy lata i razem tworzyli szczęśliwą rodzinę.
Los pokazał Ewie, iż nie zawsze pomoc przychodzi w takiej formie, jaką sobie wyobrażamy. Czasem trzeba przejść przez burzę, by docenić spokój po jej ustaniu. Bo choć los może wyciągnąć rękę, to my sami musimy zdecydować, czy chwycimy ją mocno i pójść dalej.












