29 WRZEŚNIA
Dziś wracam pamięcią do pierwszego spotkania z moim kudłatym aniołem, chociaż wtedy na pewno nie nazwałabym go tak ciepło. Wszystko wydarzyło się pewnego sierpniowego wieczoru na osiedlu w Poznaniu, kiedy wracałam wieczorem z pracy.
Na środku chodnika, przy ulicy Matejki, siedział ogromny pies. Zamarłam. Nie spuszczałam wzroku z bestii, a napięcie ścinało mnie od środka. Krok po kroku cofałam się, ściskając torebkę i powtarzając pod nosem: Dobry piesek, spokojnie… Ledwo słyszalny szept, z nadzieją, iż dźwięk łagodnych słów do niego dotrze.
Pies prezentował się naprawdę groźnie masywna sylwetka, gęsta sierść w potarganych dredach, a z czarnych, czujnych oczu biło skupienie. Każdy mój ruch obserwował z najwyższą uwagą, a uszy poruszały się przy najdrobniejszym hałasie. Czułam drżenie nóg aż do samych stóp. Zawsze nieznoszona przeze mnie psia bliskość, choćby tej najmniejszej, kanapowej. Strach zaszczepiony od dziecka.
Miałam wtedy cztery lata. Rodzice zabierali mnie do babci na wieś pod Kaliszem. Sąsiedzi trzymali wtedy psy, a ja, ciekawska Zuzanna, wszystko musiałam dotknąć, obejrzeć z bliska. Jednego dnia na nasze podwórko wbiegł szczeniak nie mogłam się oprzeć, żeby go nie przytulić. Ledwo wzięłam malca na ręce, a drogę zastąpiła mi duża suka, matka pieska. Stanęła tuż nade mną, obnażając zęby i warcząc groźnie. Nic nie zrobiła, ale ten dźwięk, złość w oczach, lęk i bezradność odcisnęły się we mnie jak tatuaż.
Od tamtej pory unikałam wszystkich psów. Strach zakorzenił się na lata. Aż tutaj, na Matejki, wyrósł przede mną ten potwór. Czułam, iż nie mogę ryzykować. Postanowiłam go obejść szerokim łukiem. Odwróciłam się i ruszyłam w przeciwnym kierunku, udając spokój, choć serce waliło mi jak młot. Każdorazowo obracałam się przez ramię pies podążał za mną. Nie biegł, trzymał dystans, ale nie ustępował.
Ty jesteś mądry wymamrotałam sama do siebie. Nie zbliżasz się, jakbyś wyczuwał mój strach, ale dlaczego mnie śledzisz? I gdzie Twój właściciel? Myśli kłębiły się w głowie, ale żadnej odpowiedzi.
Na widok mojej kamienicy przyśpieszyłam. Pośpiesznie przyłożyłam kartę do domofonu. Przestrzeń była pusta. Po wejściu do mieszkania podeszłam do okna. Kudłaty strażnik dalej siedział na chodniku, spokojnie patrząc prosto na moje okno. Gdy mnie zobaczył, tylko uniósł łeb, pomachał kilkukrotnie ogonem i odszedł w stronę parku. Westchnęłam z ulgą.
Każdego dnia sytuacja się powtarzała pies gdzieś czekał, pojawiał się, gdy już dochodziłam pod dom i cicho, nieśpiesznie szedł za mną. Trzymał się najpierw dziesięć, potem pięć, trzy metry. W końcu szedł już niemal przy moim boku. przez cały czas odczuwałam niepokój, ale nie było w nim już tego panicznego przerażenia. Z czasem zaczęłam go bardziej obserwować, dostrzegając cień spokoju i powagi w jego krokach. Uszy zwisały bez napięcia, a w oczach kryło się coś bardziej przyjaznego.
Pewnego popołudnia dotarło do mnie, iż choćby cieszę się z jego obecności. Kręcił się wokół, jakby pilnował. Przyszedł czas na imię. Długo nie myślałam: pies był wielki, majestatyczny, a w milczącym towarzyszeniu czułam domieszkę magii. Smok szepnęłam, wybierając polskie imię godne baśniowego opiekuna.
Ku mojemu zdziwieniu Smok od razu zareagował. Kiedy kolejnego dnia powiedziałam Smok!, poruszył łbem, spojrzał wprost na mnie, jakby już wiedział, iż należy do niego.
Pracowałam jako menadżerka w niewielkiej agencji reklamowej w centrum. Poranki pełne zebrań i kawy, dzień składał się z klientów, poprawek i maili. Wieczorem najchętniej wbiegałam do domu, rzucałam torbę, zrzucałam szpilki i zanurzałam się w świat seriali z herbatą. Ale odkąd w moim życiu pojawił się Smok, droga do domu już nie była tylko trasą do łóżka. Te wspólne spacery miały swoją magię, swój spokój. On nie łasił się, nie szczekał, po prostu szedł obok. Jakby wiedział, czego mi potrzeba cichego towarzysza, który nigdy nie zawodzi.
Zdarzało się, iż zwalniałam krok, dając mu szansę na zbliżenie się. Czasem odważyłam się spojrzeć prosto w te wielkie, ciemne oczy. Smok odpowiadał tym samym bez lęku, bez agresji. Tak powoli zaczęła się kruszyć gruba ściana lęku, którą budowałam przez całe życie.
Raz, pod koniec września, zostałam dłużej w pracy. Klientka z Poznania nagle wymyśliła zmiany w projekcie, musiałam edytować prezentację na ostatnią chwilę. Wychodziłam około dwudziestej. Słuchałam stukotu własnych obcasów, aż dotarło do mnie, iż czegoś mi brakuje Smok gdzieś zniknął. Zwykle pojawiał się, jak na komendę, krok w krok. Teraz czułam się dziwnie samotna.
Może mu się coś stało? zaczęłam się martwić. Może właściciel po niego wrócił? Pędziłam chodnikiem, rozglądając się na boki, wciąż mając nadzieję, iż zaraz zza drzewa wyskoczy ta kudłata góra sierści. Ale nic.
Zmrok powoli spowijał ulice. Nie lubię wracać sama Poznań to przecież duże miasto, a samotność na takiej uliczce bywa złudna. Wyraźnie brakowało mi obecności Smoka niby nic nie robił, ale z nim zawsze czułam się bezpieczniej.
Już byłam przy skrzyżowaniu, kiedy za plecami usłyszałam głos:
Cześć, śliczna. Może się poznamy?
Przechodząc koło ostrzeżenia, przyspieszyłam kroku. Mężczyzna nie dawał za wygraną. A gdzie tak pędzisz? już czułam, iż idzie za mną.
Zanim zdążyłam zareagować, szarpnął mnie mocno za ramię.
Ej, rozmawiam z tobą. Nie lubię być ignorowany jego głos przyprawiał o dreszcz.
Próbowałam się wyrwać. Proszę pana, zostawi pan mnie w spokoju albo zawołam policję! głos lekko mi się załamał, ale mówiłam stanowczo.
Uścisk jeszcze się wzmocnił.
Spróbuj rzucił kpiąco.
W cieniu zobaczyłam nagle błysk noża w jego dłoni. Ogarnęła mnie panika. Rozumiałam, iż jeżeli zrobię gwałtowny ruch, może zacząć używać broni. On był wyraźnie nietrzeźwy. W głowie miałam tylko świder strachu.
Wtedy powietrze przeszył głęboki, pewny szczek. Mężczyzna puścił moją rękę. Zanim się obejrzałam, napastnik już leżał na chodniku, a nad nim górował Smok moje kudłate wsparcie.
Puść mnie, cholerni psie! wrzasnął, próbując oswobodzić rękę z zębów Smoka.
Nóż upadł. gwałtownie go odkopnęłam, by schował się w gęstych krzakach.
Smok, zostaw, tylko pilnuj, żeby nie uciekł. głos mi drżał, ale próbowałam być opanowana.
Pies posłusznie puścił rękę napastnika, ale nie odsuwał się, tylko siadał kilka kroków obok i patrzył uważnie. Gdy mężczyzna próbował się ruszyć, Smok warczał nisko, pokazując białe zęby. Z wieżowców ktoś zadzwonił po patrol. gwałtownie przyjechała policja, skuła bandytę i zabrała go na komisariat.
Smok podszedł do mnie powoli, ostrożnie. Usiadł obok, opierając głowę na moich kolanach i westchnął ciężko. Poczułam niewyobrażalną ulgę i wtedy łzy zaczęły płynąć po moich policzkach. Objęłam psa, wplatając palce w jego kudłatą grzywę.
Dziękuję. Dzięki iż byłeś wyszeptałam, a on wtulił się jeszcze mocniej.
Od tamtej nocy wszystko się zmieniło. Smok zamieszkał ze mną na ulicy Grochowej. Stał się moim cieniem, powiernikiem i prawdziwym opiekunem. Każdego dnia czekał za drzwiami, a ja nie czułam się już w mieszkaniu sama.
***
Na początku Smok był wyraźnie zdezorientowany. Sunął wolno przez przedpokój, wciągał w nozdrza zapach prania czy ciepłej zupy, czasem zastygał, patrząc z uwagą pod drzwi lub w ścianę. Nie narzucałam się, pozwoliłam mu swobodnie eksplorować przestrzeń.
Kiedy poczuł się bezpiecznie, upodobał sobie kąt przy wejściu, tuż obok dywanu. Potem coraz chętniej przysiadał pod oknem, by obserwować życie za szybą przechodniów, rowery, światła aut. Byłam zaskoczona, jak bardzo lubił ten widok.
Z czasem dorobił się miękkiej poduszki, gryzaka, maskotki-królika i wielkiej stalowej miski. Początkowo nieufnie, potem już chętnie brał w pysk zabawki, dotykał łapą, testował, czy warto się nimi bawić.
Gdy mnie nie było, spał lub wyglądał na klatkę. Wieczorami wychodziliśmy razem do parku Wilsona. Spacerował dostojnie, węszył trawniki, słuchał szelestów. Dziwiłam się sama sobie przed nim bałam się każdej psiej sylwetki, tymczasem jego obecność działała wręcz kojąco.
Najbardziej lubiłam chwile, kiedy kładł łeb na moich kolanach, a ja mimo całodniowego zmęczenia czułam się przy nim spokojna i bezpieczna.
Pewnego poranka Smok zachowywał się apatycznie. Zamiast codziennego merdania ogonem tylko ziewnął i przytulił się do podłogi mistrzem smutku. Zmartwiłam się. Przyklęknęłam, pogłaskałam i zadzwoniłam do naszej lecznicy.
Pani weterynarz przyjechała w ten sam dzień. Po badaniu stwierdziła: To infekcja, pewnie z powodu tego, co jadł na ulicy. Potrzeba specjalnej karmy, tabletki dwa razy dziennie i dużo wody. Zaraz będzie lepiej.
Przez kolejne dni gotowałam mu domowe jedzenie, pilnowałam, by jadł powoli i nie odmawiał leków (najlepiej wtopionych w plasterek schabu). Zobaczyłam wdzięczność w jego oczach. Każdego dnia było trochę lepiej, aż pewnego ranka znowu przywitało mnie radosne, energiczne szczekanie.
Życie zaczęło się układać według naszego wspólnego rytmu. Po pracy wyczekiwałam tych chwil w parku, miło było patrzeć, jak Smok bawi się z innymi psami śmiało podchodził, niuchał, nawiązywał psie przyjaźnie. W weekendy spędzaliśmy długie godziny na spacerach, a ja czułam, jak rośnie mi w sercu poczucie bezpieczeństwa.
Chciałam, by Smok umiał współżyć z miastem jeszcze sprawniej, więc zapisałam nas na kurs podstawowego posłuszeństwa psa. Instruktorka nie mogła się nachwalić Smok błyskawicznie łapał, co znaczy siad, daj łapę, zostań. Byłam dumna i szczęśliwa, iż trafił mi się taki oddany, inteligentny pies.
***
Wczoraj jednak wieczorem pod moją klatką czekał nieznajomy. Mężczyzna podszedł, lekko nieśmiały.
Dobry wieczór, pani Zuzanno? zapytał.
Zmieszana skinęłam głową.
Mam na imię Przemek. Jestem właścicielem tego psa
Zamarłam. Nie mogłam uwierzyć.
Dlaczego? spytałam ostrożnie. Przecież żył na ulicy.
Przemek westchnął. Wyjechałem na kontrakt, zostawiłem psa u kolegi. Uznał, iż nie może sobie z nim poradzić, więc go wypuścił. Po powrocie szukałem go wszędzie, bez skutku. Dziś przypadkiem zobaczyłem, jak prowadzisz go na smyczy. On jest inny, spokojny, przywiązany do ciebie.
Zrobiło mi się go żal, ale też czułam, iż nie oddam Smoka. Chcesz go zabrać? zapytałam.
Przemek spojrzał mi w oczy, a potem spuścił wzrok. Jest szczęśliwy. Ja się liczę, ale ważniejsze, żeby był bezpieczny i kochany. Zostaw go przy sobie, proszę. Chciałem tylko wiedzieć, iż jest mu dobrze.
Uśmiechnął się, pożegnał się cicho i odszedł, a ja weszłam do mieszkania, gdzie Smok już na mnie czekał, merdając i ciesząc się na mój widok. Wiedziałam, iż właśnie tak powinno być.
Dziś mam wrażenie, iż ten kudłaty anioł pojawił się w moim życiu po coś najważniejszego bym przestała się bać świata, a zaczęła mu ufać.














