List od siebie
Koperta była pomarańczowa. Intensywna, niemal niewiarygodnie jaskrawa jak mandarynka na styczniowym śniegu. Leżała w skrzynce na listy pośród rachunków za czynsz i ulotek z lokalnej pizzerii. Agnieszka wyjąła ją na końcu.
Na froncie jej pismo. Jej adres. Jej imię i nazwisko: Agnieszka Zawadzka.
Odwróciła kopertę. Nadawca również ona. Taki sam adres, to samo nazwisko.
Agnieszka stała w klatce schodowej na parterze, z torbą z Biedronki w lewej ręce, i nie rozumiała. Kto mógł sobie pozwolić na taki żart? Sprawdziła charakter pisma. Litera g z zawijasem, z z kropką taki styl miała od podstawówki. Od kiedy nauczycielka języka polskiego, pani Teresa Maj, powiedziała na lekcji: Zawadzka, masz charakter pisma jak dorosła kobieta. To komplement, jeżeli coś.
I Agnieszka nie zmieniła pisma. Minęło ćwierć wieku, a jej g i z pozostały bez zmian.
Wjechała windą na dziewiąte piętro, otworzyła drzwi, położyła torbę na kuchennym stole. Kopertę zostawiła obok.
Kawalerka była mała, ale już się przyzwyczaiła. Blok w Ursusie, okna na zachód. W przedpokoju haczyk na jedyny płaszcz, półka na buty, lustro, w które codziennie rano patrzyła i myślała: Może być. W sam raz. Gotowa do pracy. Nie ładna, nie wypoczęta po prostu gotowa do pracy. I tyle wystarczało.
Każdego wieczoru słońce zalewało pokój pomarańczowym światłem jak rozgrzany miód. To był jedyny bonus mieszkania, może poza tym, iż do SKM szło się dziesięć minut. Teraz, o szóstej po południu, słońce przesuwało się po ścianie, sięgało regału z książkami, kubka z herbatą i zdjęcia mamy w drewnianej ramce.
Agnieszka usiadła przy stole. Potarła ramiona. Znów miała je uniesione wysoko jakby spodziewała się ciosu. Tę postawę wyrobiło w niej życie w biurze, ciągłe telefony od przełożonych i stresujące zebrania. Ciało odpowiadało na napięcie szybciej niż głowa.
Spojrzała na kopertę.
Pomarańczowa. Gruby papier. Ani odrobiny zagięcia, jakby ktoś bardzo pilnował, by się nie pogniotła. Przesunęła palcem po swoim imieniu.
To nie był żart. Swój charakter pisma znała lepiej niż własne odbicie.
Rozdarła ostrożnie wierzch i zajrzała do środka. Zwykła biała kartka A4, złożona, i coś jeszcze płaskiego, błyszczącego.
Wyjęła kartkę. Rozłożyła.
Cześć. To ty. Ty z marca dwa tysiące dwudziestego piątego roku. Masz teraz trzydzieści siedem lat, siedzisz w kuchni o drugiej w nocy i jest ci bardzo źle. Nie śpisz już czwartą noc. Myślisz, iż sobie nie poradzisz. Z pracą. Z sobą. Z tym miastem, które przygniata cię ze wszystkich stron.
Piszę do ciebie, bo ktoś musi. Jutro zadzwoni przyjaciółka, pojutrze mama, ale teraz jest druga w nocy, i jesteś sama.
Chcę ci powiedzieć:
Prosiłaś, by przypomnieć: skoro wtedy dałaś radę dasz i teraz.
Pokochaj siebie. Zasługujesz na to.
Jeśli to czytasz, minął rok. Wytrzymałaś. Ja nie pisałam na marne.
Agnieszka położyła kartkę na stole.
Zatkało ją. Nie ze wzruszenia, ale ze zrozumienia. To była ona: każde słowo, intonacja, błąd w przecinku po teraz, choćby przyzwyczajenie, żeby zaczynać akapit od chcę.
A ona tego nie pamiętała.
Nie pamiętała, iż to napisała. Nie pamiętała koperty, ani wyboru papieru. Mijał rok a żadne wspomnienie nie wracało.
Wtedy zauważyła zdjęcie.
Wypadło z koperty, gdy wyciągała list, i opadło lśniącą stroną na stół. Przekręciła.
Na zdjęciu była kobieta. Twarz szara, cienie pod oczami grube jak palce, usta spękane i zaciśnięte. Włosy spięte w niechlujny koczek, jedna strona wysunęła się i opadała na policzek. Sweter szary, wyciągnięty na łokciach ten, który Agnieszka wyrzuciła zeszłego lata.
Znała ten sweter. I tę twarz.
To była ona. Z marca. Z tamtego roku.
A na dole fotografii, drobnym pismem: Stałaś się silniejsza. Spójrz na mnie zobaczysz, skąd przyszłaś.
Położyła zdjęcie koło listu. Zachodzące słońce objęło stół światłem, które rozlało się na błyszczącej powierzchni. Twarz na zdjęciu stała się cieplejsza, ale nie weselsza.
Wtedy wszystko sobie przypomniała.
***
Marzec dwa tysiące dwudziestego piątego. Druga w nocy. Kuchnia ta sama, stół ten sam, komputer przed którym szczypały ją oczy.
Agnieszka siedziała w koszulce i spodniach od piżamy, boso z zimnymi stopami, przeglądała strony. Nie portale społecznościowe, nie newsy. Szukała czegoś, czego nie umiała nazwać. Może znaku. Może powodu, żeby rano wstać.
Wtedy nie podnosiła się z łóżka trzy dni z rzędu. To nie było lenistwo. To było ciężkie, gęste, bezimienne coś. Jakby ktoś położył jej na piersi betonową płytę i odszedł.
Rozwiodła się trzy lata temu. Kamil odszedł w dwudziestym trzecim do koleżanki, do Małgośki z księgowości, do kobiety, która częściej się śmiała, mniej pytała. Wtedy nie płakała. Spakowała jego rzeczy w dwie torby, postawiła pod drzwiami. Powiedziała: Weź. Wziął.
Półtora roku Agnieszka pracowała bez wytchnienia: menedżerka ds. zakupów w firmie budowlanej Nowa Przestrzeń. Rozmowy z dostawcami od ósmej rano, tabele do dziesiątej wieczorem, narady, na których kierownik, pan Tomasz Gaj, powtarzał: Rynek słaby. Trzeba ciąć. Kto nie daje rady jego strata.
A jednak dawała radę. Nic nie mówiła. Szła do przodu.
Jesienią dwudziestego czwartego organizm powiedział dość. Najpierw zniknął sen. Potem apetyt. Później chęci wyjścia z domu. W styczniu usypiała tylko przy włączonym telewizorze, jadła raz dziennie, a rozmawiała głównie z mamą z trudem.
Mama czuła wszystko. Halina Zawadzka dzwoniła codziennie wieczorem, pytała: Agni, jadłaś coś? Odpowiadała: Tak, mamo. Zupa. Zupy nie gotowała od listopada.
Tej nocy w marcu wpisała w wyszukiwarkę list do siebie w przyszłości. Nie wiedziała, czemu. Znaleźli stronę List w butelce. Można było napisać do siebie list, ustawić czas od miesiąca do dziesięciu lat i opłacić przesyłkę. Papierowa koperta, prawdziwa poczta.
Agnieszka wybrała pomarańczową kopertę. Bo szarości w życiu już było za dużo. Napisała odręcznie, zrobiła zdjęcie, zeskanowała, załączyła na stronie. Dodała selfie przy tym stole, w blasku monitora. Zapłaciła. Wybrała: dwanaście miesięcy.
Zamknęła komputer i poszła spać. Przez rok w ogóle nie pamiętała.
Bo po tamtym marcu, życie ruszyło. Powoli, szarpnięciami jak stary dźwig w bloku. Ale ruszyło.
W kwietniu zapisała się do psycholożki. Pierwszy raz w życiu. Gabinet na Mokotowie, kobieta z krótkimi włosami, pięćdziesiąt minut raz w tygodniu. Na trzeciej wizycie Agnieszka płakała dwadzieścia minut. Na szóstej pierwszy raz od pół roku się zaśmiała.
W czerwcu awans. Starsza specjalistka ds. zakupów. Szef, pan Gaj, po naradzie powiedział: Zawadzka, jako jedyna nie narzekasz i robisz. Doceniam. Kiwnęła głową, wróciła do biurka, usiadła i ramiona znowu powędrowały pod uszy, jak zawsze. euforia i lęk przyszły w jednym momencie.
Jesienią zrobiło się lżej. Znowu gotowała zupę. Wychodziła w niedziele do parku koło SKM, z książką i herbatą w termosie. Znowu dzwoniła do mamy pierwsza, nie czekała.
O liście zapomniała. Zupełnie. Jak zapomina się o polisie schowanej daleko w szufladzie: jest, ale nie zaprząta głowy.
Aż do dziś.
Siedziała przy stole z listem w jednej ręce i zdjęciem w drugiej. Patrzyła na tamtą kobietę siebie sprzed roku. Szarą twarz, cienie, porzucony sweter.
W środku, znajomy głos, spokojny, wyważony, szeptał: No i co? Znowu źle. Nic się nie zmieniło.
***
Ten głos pojawił się dawno. Nie wiedziała kiedy może po rozwodzie, a może wcześniej. Nie krzyczał, nie obrażał. Brzmiał jak opiekun. Od tego było tylko ciężej.
Awans? Przypadek. Nie było lepszych.
Myślisz, iż dajesz radę? Popatrz na siebie. Ramiona ciągle w napięciu, cztery godziny snu, śniadanie to kawa i nerwy.
Ciebie też zwolnią. W kwietniu. Albo w maju. To kwestia czasu.
Agnieszka słuchała. Nie dlatego, iż wierzyła nie umiała inaczej. Ten głos w niej był, jak nawyk unoszenia ramion, jak styl pisania z zawijaskami. Był z nią tak długo, iż się zatraciła, gdzie kończy się ona, a zaczyna on.
Następnego dnia dziewiętnastego marca wstała o szóstej. Prysznic, kawa, tusz do rzęs. Jak co dzień.
W pracy było napięcie. W biurze Nowa Przestrzeń na Ochocie szóste piętro, open space, trzydzieści dwa biurka trzeci tydzień panowała cisza. Nie zwykła, ale taka, iż wszyscy trzymają się z boku. W lutym ogłoszono cięcia etatów. Pierwsza fala zniknęło pięć osób z logistyki. Wszyscy teraz czekali na kolejną.
Przechodziła przez recepcję. Paulina z administracji uśmiechnęła się ale był to uśmiech wymuszony, służbowy. Też czekała. Wszyscy.
Agnieszka zapaliła komputer. Hasło sześć cyfr, data urodzenia mamy pisała bez patrzenia. Otworzyła pocztę. Sto czternaście nowych. Zaczęła je przeglądać. Dostawca z Radomia chciał termin, magazyn pisał o brakach, księgowość o dokumentach do piątku. Zwykły dzień pracy. Ale gdyby nie ta cisza można by uwierzyć, iż wszystko jak dawniej.
O jedenastej Gaj zebrał zespół.
Przyszedł do salki niski, krępy, obciął się maszynką, w ręku nerwowo klikał długopisem. Spojrzał na osiemnaście osób.
gwałtownie powiem. Świeżak z projektu, Marta Domańska, odchodzi. Za porozumieniem stron. Oficjalnie jej decyzja. W rzeczywistości wiecie.
Marta. Dwadzieścia dziewięć lat, trzeci rok w firmie. Agnieszka znała ją z przerw na kawę Marta czasem przynosiła domowe ciastka, z karteczką: Częstujcie się! i na firmowej wigilii, spytana o obawy, powiedziała: Boję się zwolnienia jak nikt. Kredyt i kot. Kota z pracy nie wyrzucą.
I jeszcze jedno Gaj znów kliknął długopisem. W kwietniu kolejny etap. Optymalizacja trwa. Kto zostaje zależy od wyniku kwartału.
Agnieszka siedziała wyprostowana, ramiona wysoko, dłonie splecione pod stołem. I głos w niej mówił bardzo spokojnie: Widzisz? Mówiłem. Tobie jeszcze miesiąc.
Po zebraniu wyszła na korytarz. Przysunęła się do ściany przy dystrybutorze z wodą. Zamknęła oczy na trzy sekundy.
W głowie dwa głosy. Jeden: Zrobiłaś to kiedyś zrobisz i teraz. Z listu. Z pomarańczowej koperty. Sprzed roku.
Drugi, głośniejszy, kpiący: Zbieg okoliczności. Kartka z internetu za dziesięć złotych. Przestań się oszukiwać. Z Martą nikt się nie cackał dostała papiery, jutro wysyła CV, kot jej towarzyszy.
Agnieszka otworzyła oczy. Nalała wodę. Wypiła.
I wróciła do biurka. Otworzyła tabelkę zakupów. Pracowała dalej. To potrafiła. Tylko czy to wystarczy?
Wieczorem, o siódmej, siedziała w kuchni z talerzem kaszy gryczanej i kotletem. Telefon zadzwonił. Mama.
Agni, cześć, przyszło ciepło, lekko zachrypnięte przez marcowe przeziębienie. Jak się masz?
Dobrze, mamo. Dużo w pracy.
Jadłaś?
Jem właśnie. Gryczana.
Dobrze.
Pauza. Wiedziała, iż mama wszystko wyczuwa. Halina Zawadzka, sześćdziesiąt cztery lata, trzydzieści w bibliotece dziecięcej, gdzie nauczyła się słuchać, czego dzieci nie mówią. Umiała to też wobec córki.
Agni, masz taki napięty głos.
Jestem zmęczona, mamo.
Tak samo mówiłaś rok temu. Jestem zmęczona, mamo. A potem okazało się, iż nie wychodziłaś z mieszkania przez trzy dni.
Zamknęła oczy.
Naprawdę jestem zmęczona. Nie tak wtedy. Po prostu mam teraz więcej stresów w pracy.
Wiesz, jestem zawsze. jeżeli coś, mogę przyjechać w weekend. Mogę ugotować zupę, prawdziwą, nie z torebki.
Agnieszka się uśmiechnęła. Pierwszy raz tego dnia.
Dzięki, mamo. Na razie nie trzeba.
Poplotkowały jeszcze dziesięć minut o ciśnieniu mamy, sąsiadce pani Janinie, co to wzięła kota i narzeka, o wiośnie, która już w Puławach: na balkonie Haliny zakwitły fiołki, przesłała MMS-a. Wiosna, patrz, a ty w tej Warszawie i siedzisz w domu. I znów mimowolnie się uśmiechnęła. Zwykła rozmowa, a już lżej.
Mama nigdy nie naciskała. Nie pytała masz kogoś? albo kiedy wnuki?. Po tylu latach w bibliotece wiedziała: cisza czasem bardziej pomaga niż słowa. Po prostu była. Dwieście kilometrów i jeden telefon.
Odłożyła słuchawkę. Umyła talerz. I znowu spojrzała na list i zdjęcie na stole.
Stałaś się silniejsza. Spójrz na mnie zobaczysz skąd przyszłaś.
Wzięła zdjęcie do rąk. Zobaczyła kobiecą twarz patrzącą prosto w obiektyw było w niej prośba o pomoc, której nie umiała wypowiedzieć.
O dziewiątej zadzwoniła Basia.
Basia szkolna przyjaciółka, dwadzieścia dwa lata przyjaźni, głos zawsze niski, trochę zachrypnięty, jakby przed chwilą się zaśmiała. choćby gdy sprawy były poważne.
Aguś. Opowiadaj.
Co opowiadać?
Wszystko. Wiem, iż cięcia robią w twojej firmie. Maja z marketingu pisała na grupie klasowej, iż masakra u was.
Westchnęła.
Dziś zwolnili Martę z projektu. Gaj powiedział, iż w kwietniu kolejny etap.
A ciebie?
Na razie nie. Ale na razie to najważniejsze słowo.
Aguś, pamiętasz, jak dzwoniłaś do mnie rok temu? Nocą? Mówiłaś, iż nie dasz rady? Pamiętasz?
Pamiętała. Niewyraźnie, jak spod wody. Dzwoniła do Basi o trzeciej, a ona odebrała od razu.
Pamiętam.
I co? Dałaś radę. Jesteś. Pracujesz. Awansowałaś. Gotujesz gryczaną i odbierasz mój telefon. To nie koniec świata. To życie.
Milczała.
Aguś, słyszysz mnie?
Słyszę.
To przestań siebie dołować.
Basia gadała jeszcze dziesięć minut o pracy (sprzedawała kuchnie na zamówienie i nienawidziła klientów, co zmieniają zdanie po czterech tygodniach), o kocie Lisku, który zniszczył nową kanapę, o tym, iż w sobotę wino.
Agnieszka słuchała i myślała: Basia powiedziała to samo, co w liście. Niemal słowo w słowo. Jakby po roku przeszłości i teraźniejszość zgadały się, by przypomnieć jedno: jesteś, przetrwałaś, nie karz się bardziej.
Rozłączyła się. Była dziesiąta.
W mieszkaniu cicho. Bez ciężaru. Zwyczajnie. Lodówka buczy. Za oknem odjeżdża autobus. Gdzieś niżej dziecko się śmieje.
Poszła do łazienki. Zapaliła światło. Spojrzała w lustro.
Twarz. Jej twarz. Trzydzieści osiem lat, brązowe włosy do ramion, lekko falujące, normalna skóra, z rumieńcem po wieczornej herbacie. Cienie pod oczami już tylko lekkie. Tylko zmęczone po pracy.
Wróciła do kuchni. Wzięła zdjęcie. Zanosząc do łazienki, postawiła koło lustra.
Dwa oblicza.
Jedno w lustrze, żywe, ciepłe, trochę zmęczone.
Drugie na zdjęciu szare, smutne, z oczami proszącymi o ratunek.
Rok różnicy.
Głos w środku próbował: To bez znaczenia. Zdjęcia przekłamują. Światło było złe. Po prostu
A ona po raz pierwszy przerwała na głos. Głośno, wprost do lustra.
Nie.
Kobieta w lustrze patrzyła spokojnie, z pewnym zaskoczeniem, bez oceny.
Nie, powtórzyła. To nie ja. Już nie. Spójrz podniosła zdjęcie obok twarzy. Tamta byłam kiedyś. A teraz jestem inna.
Głos zamilkł.
Agnieszka stała boso w łazience, w domowych spodniach i starym t-shircie ze zdjęciem w ręce. Po raz pierwszy od roku spojrzała na siebie bez oceny.
Nie: czy na pewno dobrze. Nie: czy daję radę. Nie: a jeżeli wszystko się zawali.
Tylko: spojrzała.
I zobaczyła. Nie ideał. Nie heroskę. Zwykłą kobietę, żywą. Z oczami zmęczonymi, z niesfornym kosmykiem. Ręce, które w rok podpisały trzysta dwadzieścia faktur. Ramiona, które były spięte, ale się nie załamały.
***
Nie spała prawie do drugiej. Nie z lęku, ale z przemyśleń.
Leżała w ciemności, wspominając ostatni rok. Nie wydarzenia uczucia. Jak znów zrobiła śniadanie i zjadła całe. Jak dotarła do parku i siedziała w słońcu dwadzieścia minut. Jak uśmiała się u psycholożki ze swojej maniery przepraszać za wszystko.
Drobiazgi. Ale z nich powstał rok.
A głos twardo: To się nie liczy. Każdy tak żyje. To nie żaden sukces.
I Agnieszka pierwszy raz pomyślała: a co jeżeli on kłamie? Nie ze złości. Po prostu nie zna innego świata. Jak ktoś, kto całe dzieciństwo spędził w zamkniętym pokoju i nie wie o istnieniu słońca.
Wstała. Poszła do kuchni. Zapaliła lampkę.
Pomarańczowa koperta leżała na stole. Odwróciła ją pustą stroną, sięgnęła po ulubiony długopis ten sam, którym podpisywała dokumenty w pracy.
I zaczęła pisać.
Cześć. To znowu ty. Ty z marca dwa tysiące dwudziestego szóstego roku. Masz trzydzieści osiem. W pracy nerwowo. W życiu niepewnie. Ale sobie radzisz.
Wiesz, rok temu pisałam do ciebie z ciemności. Takiej, gdzie nie ma ścian, wydaje się, iż pokój nie ma końca i nie ma wyjścia.
Dziś dostałam tamten list. I wiesz co? Nie poznałam siebie na zdjęciu. Dopiero po chwili zorientowałam się, iż tamta szara kobieta to ja.
Te trzy sekundy to był cały rok.
Tym razem piszę nie z bólu. Piszę z ciepła. Bo jeżeli czytasz minął kolejny rok. I znowu przetrwałaś.
Pokochaj siebie. Naprawdę zasługujesz.
Twoja Agnieszka, marzec dwa tysiące dwudziestego szóstego.
PS. jeżeli znowu masz ramiona przy uszach opuść je. Teraz. Tak. Brawo.
Skończyła. Złożyła list na cztery. Włożyła do tej samej pomarańczowej koperty, którą rano wyjęła ze skrzynki. Odwróciła. Napisała adres.
Otworzyła laptopa. Weszła na List w butelce. Ustawiła wysyłkę na marzec dwa tysiące dwudziestego siódmego. Załadowała skan listu. Po chwili wahania zrobiła selfie przy kuchennym stole, w świetle lampki.
Twarz była już inna. Nie szara, nie zgaszona. Zwyczajna, trochę zmęczona ale żywa. Usta rozciągnięte lekko, w spokoju, nie w uśmiechu.
Wgrała zdjęcie, zapłaciła przelewem 12 zł. Zamknęła laptop.
Podeszła do okna.
Nocna Warszawa świeciła pod dziewiątym piętrem. Latarnie, światła samochodów, żółte prostokąty cudzych okien. Cicho. Marzec, dwa stopnie, lekki wiatr.
Stała boso na zimnej podłodze i czuła, jak ramiona dotąd przy uszach powoli opadają. Same. Bez wysiłku.
A głos w środku próbował jeszcze coś powiedzieć.
Ale już go nie słuchała.
Patrzyła na miasto i myślała o kobiecie, która za rok dostanie pomarańczową kopertę. Będzie starsza o dwanaście miesięcy. Może będzie miała inną pracę, a może tę samą. Może wyprowadzi się z Ursusa, może nie. Może kogoś pozna, a może zostanie sama. To nie miało znaczenia.
Ważne, iż w kopercie będzie zdjęcie i dopisek: Spójrz na mnie. Zobaczysz, skąd przyszłaś.
I ta kobieta znów się sobie przyjrzy. I zobaczy.
Agnieszka się uśmiechnęła. Zgasiła światło. Wróciła do łóżka.
Za oknem marcowa noc, chłodna, pachnąca mokrą ulicą.
W mieszkaniu cisza.
Na stole pomarańczowa koperta z nowym listem.
***
Rano wstała o siódmej. Bez budzika. Miękkie, bladoniebieskie światło wschodu wpadało do pokoju. Nie to pomarańczowe, zachodnie, do którego przywykła. Inne. Nowe.
Agnieszka poszła do kuchni. Nastawiła czajnik.
Koperta leżała na stole. Obok zdjęcie i list.
Nie czytała ich. Nie patrzyła długo na zdjęcie. Położyła papery razem równo, ostrożnie, jak się odkłada drobiazgi, które się chce zachować.
Otworzyła szafkę nad zlewem. Wyjęła szklaną ramkę kupioną kiedyś na zdjęcie z urlopu, nigdy nieużywaną. Włożyła zeszłoroczną fotografię. Postawiła na półce obok książek.
Szara twarz, cienie, krzywy koczek, sweter z przetartymi łokciami.
Nie po to, by wspominać ból. Po to, by pamiętać drogę.
Czajnik kliknął. Zalała herbatę. Objęła kubek obiema dłońmi ciepła ceramika grzała palce. Podeszła do okna.
W odbiciu zobaczyła siebie na tle porannego nieba. Bez makijażu, w domowym stroju, z ciepłą herbatą.
Głos w środku milczał.
Dopiła. Ubrała się. Spakowała torbę. Wyszła.
Na progu przystanęła. Poprawiła ramiona.
Były nisko. Równo, spokojnie. Nie spięte, nie podciągnięte. Po prostu jej ramiona.
Zamknęła drzwi i ruszyła do pracy.
A na kuchennym stole została pomarańczowa koperta. Z nowym listem. Ze świeżym zdjęciem. Gotowa do wysyłki.
Za rok przyjdzie. Otworzy. Spojrzy na siebie sprzed roku. I może znów nie pozna bo w rok zmienia się wszystko.
A może prawie wszystko.
Pismo zostanie to samo. Z zawijasem na g i kropką na z. Jak zawsze.
A w środku będzie napisane: Skoro wtedy dałaś radę dasz i teraz.
Tylko tym razem będzie to napisane nie z cienia.
Ale ze światła.
I to jest najważniejsze: nieważne jak daleko zaszliśmy, najważniejsze, żeby czasem umieć zobaczyć siebie nie przez pryzmat słabości, ale przez światło, które sami sobie potrafimy zapalić.










