Lina była zła. Naprawdę bardzo zła, aż szkoda jej samej, taka była ta Lina zła. Wszyscy próbowali …

polregion.pl 5 godzin temu

Lidia była zła. Bardzo zła, aż szkoda jej, taka była ta Lidia zła.

Wszyscy próbowali dać jej do zrozumienia, iż jest zła. Zła i jeszcze do tego nieszczęśliwa. Męża oczywiście nie ma, syn już dorosły, mieszka osobno. Lidia sama, nikomu niepotrzebna. W poniedziałek przyszła do pracy, a tam wszyscy przechwalają się, jak to prali i sprzątali cały weekend. Jedni pracowali na działce, inni smażyli powidła. Lidia milczy, bo i co tu mówić? Nie ma czym się pochwalić faceta brak, dziecko dorosłe, to i siedzi cicho jak mysz pod miotłą.

Dziś zwolniła się wcześniej, wszyscy wiedzą, iż czasem wychodzi z pracy przed czasem. Kręcą głowami z dezaprobatą, bo przecież wiedzą, dokąd się wybiera: na spotkanie ze swoimi licznymi kochankami. W pracy wszyscy są przekonani, iż Lidia ma całą masę kochanków, przecież taka już z niej zła kobieta. Oni są porządni, wszystkie kobiety zamężne, zajęte domem i rodziną, a Lidia jest zła.

Lidia mówi mama dlaczego ty właśnie taka jesteś?
Jaka, mamo?
No taka nieustatkowana… Chociażby jakiegoś mężczyznę mogłaś znaleźć, na Boga, córko. Jeszcze nie za późno, choćby drugie dziecko by się urodziło, teraz przecież wszystkie po czterdziestce rodzą.
Mamo, a po co mi jakiś facet? Po co mi drugie dziecko od jakiegoś faceta? Po co mi to, mamo? Syna mam, Miłosza mi niczego nie brakuje… A facet, jak to nazywasz, po co mi potrzebny, co z nim zrobić? Przecież mam Olgierda.
Lidia! wykrzykuje mama Olgierd to nie twój mężczyzna!
Jak to nie mój? Mój jak nic śmieje się Lidia zaprasza mnie na randki raz w tygodniu, przynosi prezenty, pomaga na wakacje pojechać, do swojej mamusi na wieś mnie nie wysyła, okien myć nie każe, gaci i skarpet prać nie zmusza, obiadu nie wymaga, problemami nie zasypuje, kanapy nie zagraca. Błogość.
To wszystko spada na jego biedną żonę.
A ty byś chciała, żeby to wszystko spadło na mnie?
Nie, dziękuję, mam trochę ponad czterdzieści lat, byłam dwukrotnie przypominam DWUKROTNIE mężatką i od takiego szczęścia uciekałam śpiesząc się, by mi kapcie nie spadły.
Pierwszy mąż, ojciec Miłosza, jeżeli nie pamiętasz, to na twoje nalegania brałam z nim ślub, ledwo osiemnastkę skończyłam, bo starszy, bo mądrzejszy, bo poważny, kocha mnie, szanuje, jeszcze i zamożny, co nie, mamo?
Pięć lat, całych pięć lat siedziałam jak w więzieniu, uczyć się nie mogłam, z koleżankami spotykać też nie, choćby o synku się zajmować nie wolno mi było za młoda, pewnie coś źle zrobię, tylko tyrać na niego i jego mamę mogłam. Ale złota na szyi mi nie brakowało, to fakt. Przedstawiał mnie raz na miesiąc ludziom jak trofeum, bo żona młoda, przykładna, nie to co inne laleczki. Sam za to nie wahał się do tych laleczek chodzić…
A jak uciekłam, rozwód, dzięki babci tylko ona mi wtedy pomogła to pozabierał wszystko z domu, choćby bieliznę…
Drugi raz wyszłam za mąż z miłości, wtedy studiowałam i pracowałam pamiętasz, mamo? W dzień harowałam na uczelni, żeby nadgonić stracone lata, później od razu do pracy, żeby nie być ciężarem dla ciebie i taty…
Lidia! Jak możesz tak mówić? Czy ja kiedykolwiek ci wypomniałam kawałek chleba lub talerz zupy, tobie czy mojemu wnukowi?
Ty nie, mamo… Ale nie wszystko zależy od ciebie… pozostało ktoś, kto bał się, iż obciąża twoją pracowitą szyję, iż ja z dzieckiem się na niej zasadzę.
O kim ty mówisz?
O tacie, o kim by innym… I jeszcze o Nikicie, on… życie mu się nie ułożyło, a po co? Przecież ma mamę… Ty harujesz na dwóch etatach, pędzisz do domu, jeszcze do sklepu na gwałtownie po jedzenie, bo przecież pisklęta głodne, jeden leży na kanapie, drugi przed komputerem…
Gotujesz, sprzątasz, pierzesz…
To i ja z tej wielkiej miłości po raz drugi wyszłam za mąż. Bo bez miłości już byłam, wiedziałam, jak to jest. I co się zmieniło?
Nic. Obowiązków przybyło: była Lidia-Angelika, a stała się Lidia, co wszystkim jest coś winna. Ukochany na kanapie, Lidia w pracy, potem do przedszkola, bo przecież własne dziecko, faceta nie wolno obciążać, to nie jego dzieciak, a choćby jakby był, no to nie męska rzecz. Samochód? Po co mi samochód, mężowi bardziej potrzebny, przecież nie będzie do pracy jechał tramwajem? Wszystkie kobiety tak żyją zmęczona? No to kto obiad ugotuje?
Ugotowałam, nakryłam, nakarmiłam, poprałam, poprasowałam, potem zadowoliłam męża, bo nie daj Bóg nie dostanie swojej porcji czułości, to zaraz poleci do innej, taki skarb… Nie starcza pieniędzy? To twój dzieciak potrzebuje, a jakbyś miała swoje, wspólne, może by i taki się ruszył. A tak sorry, szukaj innego frajera.
Nie ten adres…
Co znaczy, iż nie dasz na naprawę samochodu? A iż mój? Przecież to rodzina. Porównał, ile ja zarabiam, ile on, przy czym to ja haruję… Mnie się trafiło…
Jak to wychodzisz? Oj, idź, kto cię będzie chciał z dzieckiem, ha, ha, ha.
Tak, mamo, byłam i z tym, co więcej zarabia, i z tym, co mniej. Różnicy nie było. Każdemu dobrze, tylko mnie zawsze nie bardzo.

Lidia, wszyscy tak żyją, córciu.
To niech sobie żyją, mamo! Ja nie chcę, nie będę.

A jak ty spędziłaś sobotę?
Nooo, Nikita z Martą podrzucili Olę i Wiktora, wychodziłam z nimi na spacer, smażyłam naleśniki, trochę posprzątałam, poodkurzałam, podłogę umyłam, wyprałam, wieczorem położyłam dzieci, ojca nakarmiłam, prasowałam, usiadłam, a spać poszłam już dobrze po północy.
A rano dzieciaki prosiły o obiady, piekłam naleśniki, potem Nikita z Martą wrócili, upiekłam kurczaka, sałatek narobiłam, pizzę jeszcze, zjedli, pożegnałam ich, trochę ogarnęłam, w jedenastej padłam na kanapę i zasnęłam. W nocy ojciec obudził mnie, żebym do łóżka poszła…

Mamo, ja nie przypominam sobie, żebyś się rwała, by posiedzieć z Miłoszem. Nie pamiętam, żebym ci podrzucała dziecko i uciekała na odpoczynek.
Ty zawsze byłaś samodzielna, a te… ojej, szkoda słów…
A chcesz posłuchać, jak spędziłam zeszły weekend, mamo? W piątek wieczorem Miłosz zadzwonił, zapytał, czy wezmę Tofika na weekend, bo chcą z Marysią w góry pojechać.
Jasne, iż wzięłam, a czemu nie?
Tofik to kotek Marysi, dziewczyny Miłosza, wiesz, mamo, gdybyś nie była wiecznie zajęta Nikitą i jego rodziną, może wiedziałabyś, co u twojego starszego wnuka.
No więc syn z dziewczyną podrzucili kota, przywieźli pizzę i pojechali.
A ja w nocy najadłam się tej pysznej pizzy i rozsiadłam się z serialami. Przecież nie muszę zrywać się bladym świtem w sobotę.
Rano wstałam, nakarmiłam Tofika, zrobiłam sobie kawę, wytarłam kurz, wstawiłam do prania resztę rzeczy i zadzwoniłam do ciebie chciałam zaproponować, żebyśmy poszły do muzeum albo po prostu pogadać.
Telefon odebrał tata, powiedział, iż ty jesteś zajęta, masz mokre ręce, coś myjesz.
Nazwał mnie próżniarą, dodał, iż matka haruje jak wół, z wnukami się bawi, a ja jak dama po muzeach chodzę.
Chciałam się obrazić, ale mi przeszło po co się denerwować?
Poszłam do muzeum, była wystawa twojego ulubionego artysty, pamiętam, jak go zawsze podziwiałaś. Potem do kawiarni, trochę połaziłam po sklepach, wróciłam do domu, Tofik spał.
Już nigdzie nie chciało mi się wychodzić, padłam na kanapę i oglądałam serial.
W niedzielę spaliśmy z Tofikiem do jedenastej, chciałam zaprosić cię na tramwaj wodny, ale odebrała Marta, coś przeżuwała i powiedziała, iż jesteś zajęta, to pewno zmywasz albo sprzątasz.
Wieczorem zadzwonił Olgierd, zaprosił do restauracji, poszłam. Dlaczego miałabym odmówić? Jestem wolną kobietą, nie pytam o jego żonę, nie rozmawiamy o problemach. Bawiłam się świetnie, wróciłam do domu, spałam jak dziecko, rano w pracy byłam wypoczęta.

Próbowałam się spotykać z nieżonatymi, mamo. To dopiero dramat. Lgną chłopcy szukający mamusi, albo życiowo pokiereszowani po pierwszej, drugiej i trzeciej żonie, z gromadą dzieci, rozwodnicy.
Patrzysz już na mnie dziwnie, mamo?
Świat się zmienił, naprawdę.
Jeden z takich oświadczył, iż MUSZĘ zaakceptować jego dzieci, bo jestem kobietą i mam z natury kochać wszystkie dzieci. On alimenty i byłą żonę musi wspierać, bo ona matką jego dzieci. Żyć mielibyśmy z mojej pensji, bo reszta z jego pójdzie na hobby rybak jest.
A w zamian będzie mnie karmił pysznymi rybami.
Zapytany, czy będzie pomagał mojemu dziecku bardzo się oburzył. Przecież Miłosz ma ojca, nie?
Sprawiedliwe?
Oczywiście, iż tak, dlatego został odesłany tam, skąd przyszedł. Miłosz oprócz ojca ma też matkę mnie.
Więc, mamo, teraz wszyscy mówią, iż jestem zła, wyrachowana, chytra i bezwzględna. Podobno chciałam swojego syna zwalić na biednego mężczyznę i sobie zawsze żyć wygodnie…
Dlatego, mamo, mam Olgierda.
W waszych oczach jestem zła, ale nie czuję wcale wstydu. Boli mnie i smuci, iż to ty tak żyjesz, dlatego staram się cię czasem wyrwać z domu, jak dziś skłamałam, iż potrzebuję pomocy.
Mamo, ze mną wszystko w porządku. Teraz pójdziemy razem gdzieś tylko dla siebie, spędzimy czas dla nas, dla mnie i ciebie, mamo.
Zwariowałaś, Lidia, a co z tatą?!
A co z tatą? Jest chory?
Nie, ale… obiad…
Nie wierzę, iż nie masz już czego podgrzać.
Ale trzeba odgrzać, Nikita…
Mamo! Obrażę się, naprawdę… Pozwól mi być dobrą dla ciebie. Pójdźmy odpocząć… Bardzo cię proszę…

W pracy w poniedziałek kobiety opowiadają, jak były zmęczone wypoczynkiem. A Lidia z lekko zadziornym uśmiechem przechadza się z rozpromienioną twarzą, tańczy niemal przez korytarz, jakby znała sekret, który jest tylko jej udziałem.
Wszyscy wiedzą, jaka to zła z niej kobieta w końcu, skoro się ciągle uśmiecha, to nie może być inaczej.

Bo czasem to, co wydaje się innym złe, jest po prostu odważną próbą zawalczenia o własne szczęście i własne życie. I zamiast oceniać, warto czasem zatrzymać się i zapytać siebie, czego my sami pragniemy.

Idź do oryginalnego materiału