Legenda zza torów

2tk.pl 17 godzin temu

Fragment tekstu pochodzi z II, uzupełnionego wydania książki „Ze sztambucha i raptularza, czyli ocalić od zapomnienia. Kielce 1950-2000”.

Jeśli Kielce mają swój zapachowy kod DNA, to obok pyłu z kieleckich wapienników i aromatu świeżo parzonej kawy w „Bajce”, centralne miejsce zajmuje w nim wyrazista woń octu i gorczycy, niosąca się szeroką falą znad ulicy Mielczarskiego. Tam właśnie, w cieniu kolejowych semaforów i przy akompaniamencie miarowego, sennego stukotu wagonów przetaczających się po rozjazdach, od dekad bije niepokorne serce Wytwórczej Spółdzielni Pracy „Społem”.

To nie był zwykły zakład pracy, jakich wiele w kraju. To był – i Bogu dzięki przez cały czas jest – kielecki bastion rzetelności, który w miejskim raptularzu zapisał się smakiem tak wyrazistym, iż żadna systemowa reforma go nie rozmyła. Już sam widok słoika z ulicy Mielczarskiego, który lśnił na sklepowych półkach niczym drogocenny kruszec w morzu szarzyzny, był dla nas, „scyzoryków”, jasnym sygnałem: oto trzymamy w dłoniach owoc pracy rąk własnych, który nie kłaniał się centralnemu planowaniu. I tak zostało do dzisiaj. Wygląd słoika na przestrzeni lat ulegał subtelnym korektom, ale receptura jego zawartości zmianie nie uległa w ogóle.

Kielce tamtych lat miały swój unikalny krajobraz dźwiękowy. Kiedy o świcie fabryczne syreny wzywały na szychtę, wysoki gwizd z Mielczarskiego mieszał się z głębokim basem idącym od strony „Iskry” i metalicznym pogłosem „Chemaru”. Ten poranny koncert był pulsem miasta, zapowiedzią kolejnego dnia, w którym hartowała się stal na łożyska i mieszał się majonez w kadziach. Miasto pachniało wtedy specyficznie – rano była to świeżość mielonej gorczycy, w południe smar z hal „SHL-ki”, skąd wyjeżdżały legendarne pralki „Franie”, a wieczorem, gdy wiatr zawiał od Karczówki, dym z domowych pieców mieszał się z aromatem smażonej cebulki, nieodłącznej towarzyszki kieleckich obiadów. WSP „Społem” była najjaśniejszą gwiazdą na tym przemysłowym firmamencie, miała tę unikalną, spółdzielczą duszę, która pozwoliła jej trwać, gdy inni giganci zaczęli drżeć w posadach pod walcem transformacji.

(…)

Kielecki majonez przecie – jest najlepszy w całym świecie. Co wie każdy i nie ma potrzeby, zwłaszcza w czasie świąt (obojętnie: bożonarodzeniowych czy wielkanocnych), nikogo przekonywać.
Fot. Ryszard Biskup

W czasach, gdy o paszport było trudniej niż o kilogram szynki, z Mielczarskiego wyjeżdżały w świat słoiki, niosąc emigrantom zapach ojczyzny. Majonez stał się walutą silniejszą niż bilet NBP; słoik otwierał drzwi do gabinetów i był najlepszym załącznikiem do prośby o przydział na wymarzonego „malucha”.

(…)

Przez pół wieku hale WSP były domem dla całych pokoleń. Pracowali tu dziadkowie, rodzice i dzieci, tworząc więzi silniejsze niż stal. Pamiętam opowieści o mistrzach produkcji, którzy po samym aromacie oceniali jakość octu, oraz anegdoty o paniach z pakowni, które po dźwięku etykiety poznawały humor maszyny. Ludzie ci nie kłaniali się drapieżnemu kapitalizmowi – kiedy inne kolosy upadały, WSP „Społem” stała niewzruszona. To była zasługa załogi, która czuła, iż przy Mielczarskiego buduje się coś więcej niż towar – tam hartowała się kielecka tożsamość. Wspólne wczasy w Sielpi, zakładowe Wigilie, duma z każdego słoika – to był ich świat, ich mała ojczyzna „za torami”.

Dopełnieniem tej opowieści są domowe rytuały, które każda gospodyni miała zapisane w swoim sztambuchu. Pierwszym z nich był kanon sałatki jarzynowej, kulinarny absolut każdych świąt. Warzywa pokrojone w kostkę tak drobną, jakby od tego zależał honor rodu, i ten finał… należący do majonezu „Kieleckiego”, którego zazdrościły nam gospodynie z całego kraju. Drugim był rytuał smażenia „Przysmaku”. W czasach przed chipsami krateczki z Mielczarskiego rządziły na kieleckich prywatkach, pęczniejąc w gorącym oleju niczym białe róże, ku uciesze wszystkich, którzy chrupiąc je, dyskutowali o nowinkach z „SHL-ki” czy kolejnych sukcesach kieleckich sportowców.

Pakowaczki przy pracy z eksportowym hitem kieleckiej spółdzielni „Społem”. Hit „Przysmak Świętokrzyski” polubili smakosze nie tylko w Europie – w tym na Bałkanach – ale także w odległej Azji. Były takie czasy, iż celofanowe torebki z tym smakołykiem eksportowano przecież choćby do Indii i Pakistanu!
Fot. Ryszard Biskup

(…)

Autor: Ryszard Biskup
Kielczanin, dziennikarz, fotoreporter, podróżnik, regionalista i historyk. Przez ponad ćwierć wieku związany z dziennikiem „Słowo Ludu”. Laureat kilkudziesięciu dziennikarskich konkursów. Od wielu lat także przewodnik turystyczny oraz licencjonowany pilot wycieczek zagranicznych. Ponadto, autor wielu artykułów naukowych i książek.

Powyższy fragment tekstu pochodzi z II, uzupełnionego wydania książki „Ze sztambucha i raptularza, czyli ocalić od zapomnienia. Kielce 1950-2000”.

Więcej tekstów Ryszarda Biskupa na www.2tk.pl w zakładce „Spacerkiem po mieście”.

Idź do oryginalnego materiału