Ledwo osiągnęłam pełnoletność, już wyszłam za mąż – wyszłam to najtrafniejsze określenie mojego nagłego, zaskakującego wszystkich, łącznie ze mną samą, czynu. Stało się, co się stało. Rozpoczynało się nowe życie, zupełnie mi nieznane, a wśród innych wyzwań czekało mnie poznanie rodziców mojego młodego męża, który był równie zagubiony jak ja. Oboje wypadliśmy z gniazda, nie nauczywszy się jeszcze porządnie latać.

newskey24.com 2 dni temu

Ledwo osiągnąwszy pełnoletność, wyszłam za mąż. „Wyskoczyłam” to najtrafniejsze słowo dla tego czynu, zaskakującego zarówno dla innych, jak i dla mnie samej. Jednak stało się i już, nie było odwrotu. Rozpoczynało się nowe życie, zupełnie mi obce, a jednym z jego elementów było poznanie rodziców mojego młodego męża, który był równie zagubiony jak ja. Oboje wypadliśmy z rodzinnego gniazda, nie nauczywszy się jeszcze dobrze fruwać.

Pewnego poranka, gdy ciocia Aniela która mnie wychowywała karmiła mnie śniadaniem, jak zawsze podsuwając pyszności i namawiając do jedzenia, do kuchni weszła sąsiadka, babka Zofia. Przyglądając się całej scenerii, westchnęła ze smutkiem:
Oj, rozpieszczonaś ty, dziewczyno, krzywdy nie zaznałaś, ale poczekaj, teściowa ci jeszcze krwi napsuje…
E, daj spokój, nie strasz dziewczyny zgasiła ją ciotka Aniela.

Rzeczywiście, nie znałam wtedy gorzkich doświadczeń, nasza nietypowa rodzina składała się z babci i jej trzech córek, z których najmłodsza, Eugenia, była moją mamą i matką mego brata Jędrka, a ja byłam ulubienicą najstarszej siostry, Anieli. Mężczyzn brakowało wszystkim kobietom zabrała ich wojna. Żyliśmy zgodnie, dzieci miały miłość i troskę w nadmiarze, choćby przesadnie.

Jako najmłodsza byłam rozpieszczana szczególnie. Nie wiedziałam, co to znaczy być dotkniętą, w tym babka Zofia miała rację. Ale słowo teściowa jakże obco i nieprzyjaźnie zabrzmiało! Wydawało się najeżone, bolesne, złowrogie. Zostało w mojej głowie jak ponure proroctwo czegoś, czego jeszcze nie znałam.

Teściowa okazała się jednak postawną, serdeczną kobietą. Powitała mnie słowami: Chodź, córciu, i uśmiechnęła się ciepło. Nie było w niej nic strasznego uwijała się, częstowała nas, a potem zabrała mnie na podwórko, pokazała swój nieduży warzywnik, gdzie już zieleniły się w rządkach sałata, marchew i pietruszka, i pochwaliła się dorodnym prosiakiem, który z zachwytem zapiszczał na widok gospodyni.

Burek, Burek, zaraz cię nakarmię, dobry z ciebie prosiak, mądry powiedziała z czułością do świniaka, a ja poczułam, jakby i mnie chwaliła.

Ten ogródek, prosiak Burek wszystko było mi znajome z dzieciństwa, napełniało mnie zaufaniem, bo przecież u nas prosiaki też najczęściej zwały się Burkami i wszyscy mówili do nich czule. To mnie uspokajało i zaczynało choćby cieszyć.

Rano nasi mężczyźni wychodzili do pracy, do budowy, a my zostawałyśmy na gospodarstwie. Jednak wciąż nie umiałam jej nazwać, tamto słowo teściowa zbyt mocno kaleczyło język. Kiedyś, gdy pochwaliła moje imię, zaczęłam jej opowiadać o swojej imienniczce, a ona z uśmiechem odrzekła: A zwać mnie możesz po prostu Taisia, bo tak mam na imię. To rozwiązało trudności, odtąd z szacunkiem mówiłam do niej Taisia Antonina.

Życie zaczęło toczyć się spokojnie. Taisia była pogodna, pracowita, zwrotna i potrafiła wszystko zrobić niepostrzeżenie. Gdy się budziłam, śniadanie czekało na stole, podłogi lśniły, warzywnik był wyplewiony, a Burek pysznie nakarmiony.

Często siadałyśmy na schodkach, rozmawiając. Taisia ze śmiechem opowiadała, jak podczas wojny musiała podejmować się katorżniczych robót w lesie z trzema synami, jak dzieci pogubiły kartki na chleb, jak szlachetny kierownik pozwolił jej zabierać z piekarni okruszki ze skrzynek, żeby chłopcy, zwłaszcza mój mąż, nie poszli głodni.

Wyobraźnia malowała mi te obrazy, świat się poszerzał i napełniał nowymi treściami. Wszystko było poukładane aż do pewnego feralnego poranka. Taisia obudziła mnie i powiedziała:
Dziecko, baby wybierają się dziś na jagody, chcę się do nich przyłączyć i może uzbieram co nieco. Zostawiłam Burkowi w wiaderku śniadanie nakarmisz go?
Oczywiście, bez problemu, proszę się nie martwić! odparłam i zostałam sama.

Burek gwałtownie dał o sobie znać przeciągłym kwikiem. Chwyciłam wiaderko i ruszyłam do jego zagrody obok warzywniaka. Musiałam otworzyć drzwi i wsypać mu jedzenie do koryta. Prosta sprawa przynajmniej tak mi się wydawało.

Ledwo uchyliłam drzwi, Burek z impetem otworzył je na oścież, wytrącił mi z rąk wiadro i wypadł na grządki, pędząc jak szalony. Swoboda uderzyła mu do łba i, zachwycony, zaczął tarzać się w zieleni, przewracając się z boku na bok, kwicząc w uniesieniu. Stałam osłupiała, nie wiedząc, co robić przecież to była katastrofa!

Musiałam jakoś zatrzymać to zniszczenie, ratować efekt mozolnej pracy Taisii. Zrozumiałam, iż marzenia o sympatii ze strony teściowej prysły, a teraz przyjdzie czas na zasłużoną karę.

Muszę jakoś zapędzić Burka do zagrody! postanowiłam i ruszyłam za nim przez starannie podlewane grządki. Parę razy udało mi się go pochwycić za pulchne ciałko, ale Burek gwałtownie przejrzał moje zamiary i nie miał ochoty rozstawać się z wolnością. Wymknął się i biegał dalej, rozrabiając na potęgę.

Zdecydowałam: należy spróbować go zwabić. Pobiegłam do domu po chleb i wyszłam z nim na podwórko. Głodny Burek chętnie zbliżał się po kolejne kromki i coraz bliżej przesuwałam się do zagrody. Jednak przy samych drzwiach prosiak zrozumiał podstęp i rzucił się z powrotem na grządki tym razem jeszcze z większym zapałem. Rozpłakałam się z bezradności i rozpaczy.

Ogródek był zdewastowany, Borusek urządzał sobie igrzyska, przewracając choćby mały inspekt z sadzonkami pomidorów… Moja bezradność była całkowita.

W tym szaleństwie Burek nagle zwolnił, przysiadł na mocarnych zadach i zaczął rozgrzebywać ziemię, pokwikując z zadowoleniem. Może z czystej desperacji, może z litości przypomniałam sobie wtedy, jak głaskaliśmy nasze zwierzęta w domu. Podeszłam więc i zaczęłam drapać go po brzuchu. Burek zamknął oczy pod długimi, białymi rzęsami, upaćkanymi błotem, i mruczał z rozkoszy.

Nie wiem, ile to trwało zmieniałam ręce, bo były już zmęczone, i straciłam poczucie czasu. Czułam tylko, by nie ruszył się z miejsca, więc drapałam i drapałam, nie mogąc choćby zapłakać gardło mi zaschło z pragnienia, a słońce paliło coraz mocniej. Aż żałośnie wyglądał na tle zniszczonych grządek; szczęśliwy prosiak i kompletnie nieszczęśliwa dziewczyna, brudni, bez szansy na odmianę sytuacji.

Wtedy trzasnęła furtka i na podwórko wbiegła Taisia Antonina.
Ty nicponiu, dziewczynę wymęczyłeś! zawołała, chwyciła Burka za nogę, przerzuciła przez grządki, wrzuciła do zagrody i zatrzasnęła drzwi.

Spróbowałam wstać, ale nogi miałam jak z waty. Taisia pomogła mi podnieść się z ziemi:
Poczekaj, kochanie, zaraz cię obmyję zniknęła w domu, przyniosła wielkie wiadro zimnej wody, którą sama o świcie nosiła z daleka, i zaczęła mnie polewać: po rękach, nogach, twarzy. Czarna woda spływała po mnie z ziemią i łzami. I wraz z tą wodą naprawdę gdzieś odpłynęło to kłujące słowo TEŚCIOWA zniknęło raz na zawsze.

Ze szczęścia i ulgi wymsknęło mi się: Ojej, mamuniu!. Taisia roześmiała się i przytuliła mnie serdecznie, wprowadzając do domu częstować jagodami z lasu.

O zniszczonym ogródku rozmawiałyśmy krótko, machnęła ręką:
A, grządki się posieje od nowa, zielone zawsze wyrośnie, a pomidory odbiją, zobaczysz! Co tam prosiak, pobiegał i już. Odpocznij, póki chłopów naszych nie ma ja obiad zaraz nastawię.

I kto by pomyślał: skąd w tej kobiecie, z tak trudnym losem, tyle cierpliwości i ludzkiego serca? Nie wiem, kto jej dał taką mądrość i dobroć, ale wiem, jak i dlaczego rosną silni, uczciwi, serdeczni synowie, których matki, nazywane czasem niesprawiedliwie kolczastym słowem teściowa, oddają innym dziewczynom.

Idź do oryginalnego materiału