Ławka dla dwojga Śnieg już stopniał, ale ziemia w parku wciąż była ciemna i wilgotna, a na ścieżkach leżały cienkie paski piasku. Pani Nadzieja Szulc szła powoli, podpierając siatkę z zakupami, i patrzyła pod nogi. Już dawno wyrobiła w sobie nawyk uważnego wypatrywania każdej dziury i kamyczka. Nie dlatego, iż była przesadnie ostrożna – po prostu od czasu złamania ręki trzy lata temu strach przed upadkiem zadomowił się w jej klatce piersiowej i nie chciał odejść. Mieszkała samotnie w dwupokojowym mieszkaniu na parterze blokowiska, gdzie kiedyś było tłoczno od głosów, zapachu obiadu i trzaskania drzwiami. Teraz panowała tam cisza. Telewizor brzęczał w tle, ale często łapała się na tym, iż nie słucha, tylko patrzy na przewijające się napisy. Syn dzwonił przez wideo raz w tygodniu – w pośpiechu, pomiędzy obowiązkami, ale jednak dzwonił. Wnuczek pojawiał się na ekranie, machał do niej, pokazywał nowe klocki. Cieszyła się, ale gdy rozmowa się kończyła, znów czuła, jak mieszkanie wypełnia się nieruchomym powietrzem. Miała swój rytm dnia: poranna gimnastyka, leki, owsianka. Potem krótki spacer aż do parku i z powrotem – żeby „rozruszać krew”, jak powtarzała jej lekarka rodzinna z przychodni. Po południu – gotowanie, wiadomości, czasem krzyżówka. Wieczorem – serial i szydełkowanie. W tym porządku nie było nic nadzwyczajnego, ale ten reżim trzymał ją w pionie – co często powtarzała sąsiadce z naprzeciwka, gdy mijały się na klatce. Dziś wiał ostry, ale suchy wiatr. Pani Nadzieja doszła do swojej ławki tuż przy placu zabaw i ostrożnie usiadła na brzegu. Siatkę postawiła obok, sprawdziła, czy jest zapięta. W pobliżu bawiło się dwoje dzieci w kolorowych kombinezonach, ich mamy rozmawiały, nie zwracając uwagi na przechodniów. Pani Nadzieja postanowiła posiedzieć chwilę i dopiero potem wrócić do domu. Po drugiej stronie parku w stronę przystanku wolno zbliżał się pan Stefan Piotrowski. On też miał swoje liczenie kroków. Do kiosku z gazetami – siedemdziesiąt trzy. Do przychodni – sto dwadzieścia. Do tego przystanku – dziewięćdziesiąt pięć. Liczenie było łatwiejsze niż myślenie o tym, iż w domu nikt na niego nie czeka. Kiedyś pracował jako ślusarz w fabryce, jeździł w delegacje, dyskutował z majstrami, przeklinał i żartował z kolegami na fajce. Teraz fabryki już dawno nie ma, dawna ekipa coraz rzadsza – jedni wyjechali do dzieci, inni już od dawna śpią na miejskim cmentarzu. Syn mieszkał w innym mieście, wpadał raz w roku na kilka dni i ciągle się spieszył. Córka mieszkała w tej samej dzielnicy, ale miała własne życie: dwójka dzieci, kredyt. Pan Stefan nie miał pretensji – przynajmniej sobie to powtarzał. Czasem jednak, gdy zapada zmrok, a kaloryfery syczą, łapał się na tym, iż wsłuchuje się w ciszę i czeka, czy nie zaszczęka zamek w drzwiach. Tego dnia wyszedł po chleb i przy okazji zamierzał zajść do apteki. Na wszelki wypadek – kupi jeszcze opakowanie tabletek na nadciśnienie. Lekarka mówiła, iż lepiej nie czekać aż ciśnienie skoczy. W ręce ściskał listę napisano dużymi literami – palce lekko drżały, gdy wyciągał ją z kieszeni i sprawdzał, czy o niczym nie zapomniał. Gdy podszedł do przystanku, okazało się, iż autobus właśnie odjechał. Ludzie się rozchodzili. Na ławce siedziała kobieta w jasno-szarym płaszczu i niebieskiej wełnianej czapce. Obok stała jej siatka. Patrzyła nie na ulicę, a na park. Zawahał się. Stać nie bardzo mógł, bo bolały go lędźwie. Miejsce na ławce było wolne, ale zawsze się obawiał dosiadać obcych pań. Co ludzie pomyślą? Ale wiatr przenikał do kości i w końcu się przełamał. – Przepraszam, można się przysiąść? – zapytał, pochylając się lekko do przodu. Kobieta odwróciła głowę. Miała jasne oczy z drobnymi zmarszczkami w kącikach. – Oczywiście, proszę siadać – odparła, przesuwając nieco siatkę. Usiadł, ostrożnie opierając się o kraj ławki. Przez chwilę milczeli. Przejechał samochód, zostawiając za sobą zapach spalin. – Autobusy teraz jeżdżą jak chcą – zagaił, żeby przerwać ciszę. – Tylko się człowiek odwróci i już go nie ma. – Tak, wczoraj pół godziny czekałam. Dobrze, iż przynajmniej nie padało – przytaknęła. Spojrzał na nią uważniej. Twarz nie wydała mu się znajoma, ale tu się sporo nowych lokatorów sprowadziło, bloki wybudowali. – Pani stąd? – zapytał ostrożnie. – O, tam, przez ulicę – wskazała blok obok sklepu. – Pierwszy klatka. A pan? – Tam, za parkiem, w wieżowcu. Też niedaleko. Znów milczeli. Pani Nadzieja sądziła, iż pogawędka na przystanku to zwyczajna sprawa: wymienią dwa słowa, rozjadą się i koniec. Ale mężczyzna wyglądał na zmęczonego i jakoś zagubionego, choć starał się trzymać prostą postawę. – Do przychodni? – zapytała, wskazując na jego siatkę z logo apteki. – Tak, po leki byłem – uniósł reklamówkę. – Ciśnienie mi dokucza. A pani? – Do sklepu, przy okazji się przejść, bo jak człowiek w domu zasiedzi, to całkiem skostnieje – odpowiedziała. Mówiąc to, poczuła nagłe ukłucie w sercu. Słowo „dom” zabrzmiało zbyt pusto. Zza zakrętu wyłonił się autobus. Ludzie zerwali się, podeszli bliżej krawędzi chodnika. Mężczyzna wstał, zawahał się chwilę. – A tak w ogóle, jestem Stefan – powiedział, jakby się przełamał. – Piotrowski. – Nadzieja Szulc – odpowiedziała, też wstając. – Miło poznać. Weszli do autobusu i tłum rozdzielił ich na dwie strony. Pani Nadzieja chwyciła się poręczy i czuła jak autobus podskakuje na wybojach. W pewnym momencie napotkała wzrok pana Stefana ponad głowami pasażerów. Kiwnął jej – odpowiedziała tym samym. Po kilku dniach spotkali się znów – tym razem w parku. Nadzieja siedziała już na swojej ławce, gdy zauważyła znajomą sylwetkę. Pan Stefan szedł, podpierając się laską. Laski wcześniej nie miał – widać wolał się zabezpieczyć. – O, sąsiadka z przystanku – uśmiechnął się, podchodząc. – Można do pani? – Jasne – odparła i choćby się trochę ucieszyła. Usiadł obok, kładąc laskę między sobą a brzegiem ławki. – Dobrze tu – rozejrzał się. – Drzewa, dzieci biegają. W domu ściany cisną. – Pan sam mieszka? – zapytała, czując, iż może już o to spytać. – Sam – kiwnął głową. – Żona zmarła siedem lat temu. Dzieci mają swoje mieszkania. A pani? – Też sama – odparła. – Mąż dawno nie żyje, syn w innym mieście. Zawsze zadzwoni, ale… Wzruszyła ramionami. On pokiwał ze zrozumieniem. – Telefon to dobrze – stwierdził. – Ale gdy się wieczorem kładzie, cisza. Te proste słowa niespodziewanie ją ogrzały. Poplotkowali jeszcze o pogodzie, cenach w sklepach i zmianie lekarza w przychodni. Rozeszli się, ale następnego dnia oboje wybrali na spacer tę samą porę. Tak zaczęły się ich regularne spotkania. Najpierw na przystanku i w parku, potem pod sklepem, potem pod przychodnią. Pani Nadzieja odkryła, iż coraz częściej układa dzień pod kątem przypadkowej szansy spotkania pana Stefana. Nie przyznawała się choćby przed sobą: po prostu raz gotowała szybciej, innym razem się ociągała z wyjściem. Razem szli do przychodni, rozmawiając o wynikach badań i klnąc na elektroniczną rejestrację, którą Nadzieja zupełnie nie pojmowała. – Trzeba przez Internet, przez Profil Zaufany – wyjaśniała młoda rejestratorka. – Jaki internet, ja mam starą Nokię, ledwo dzwoni – burczała Nadzieja na korytarzu. Stefan słuchał, kręcąc głową. – Ja mogę pani pomóc – zaproponował pewnego razu. – Mam stary tablet, dzieci kupiły. Tam jest rejestracja. Będziemy się razem uczyć. Najpierw się wzbraniała, później się zgodziła. Siedzieli na ławce przy wejściu, Stefan marszczył czoło nad ekranem, czasem trafiał nie tam i pomrukiwał. Nadzieja śmiała się naprawdę szczerze. – O, widać można – rzekł w końcu, – tylko hasło trzeba zapamiętać. – Zapiszę w notesie – odpowiedziała z dumą. Kiedy indziej ona pomagała mu z opłatami za prąd i czynsz. Stefan przynosił plik rachunków z poczty, układał je na stole i wzdychał. – Kiedyś to było proste – narzekał – w wpłatomacie wszystko rozumiałaś, a teraz kody, paski, terminale. Człowiek się gubi. – Spokojnie – uspokajała go. – To za światło, to za wodę, tylko nie pomylić. Siedzieli u niej w kuchni, pili herbatę. Ona wyciągała swoje domowe dżemy, on przynosił obwarzanki. Około okna dzieci jeździły na rowerach. Nadzieja złapała się na tym, iż podoba jej się, jak Stefan układa papiery w schludne stosiki, pyta o radę i sporadycznie się wykłóca. – Ja nie potrzebuję, żebyś za mnie płaciła – powiedział raz, gdy proponowała pomoc z terminalem. – Nie płacę za ciebie, tylko pomagam. Przecież oddajesz mi gotówkę. Nie bądź dzieckiem. Zawstydził się, ale w końcu dał się przekonać. Poczuł jakiś rodzaj wdzięczności pomieszany z zażenowaniem – nie znosił być komuś dłużny, choćby w drobiazgach. Czasem się kłócili. Krótko, ale z urazą. Kiedyś wracając ze sklepu zaczęli rozmowę o dzieciach. – Syn mówi: tato, sprzedaj mieszkanie, zamieszkaj z nami. Co ja, na kanapie będę leżał? U nich i tak tłok. Wolę swoje kąty – mówił Stefan. – A mój od lat namawia – wtrąciła Nadzieja – mamo, przyjedź, damy ci pokój. Dom mają duży. Ale ja się wzbraniam. Tu mam grób męża, znajome. Choć czasem myślę, czy nie powinnam… – Pani tam nikomu potrzebna nie będzie – zapalił się. – Przychodzą zmęczeni po pracy, dzieci mają lekcje, zajęcia. A pani w kącie… – A tu komu jestem potrzebna? – spokojnie spytała. Zamilkł. Miała rację. Poczuł ukłucie rozdrażnienia. – Przepraszam – burknął. – Myślałem, iż już jesteśmy… Nie dokończył. Słowo „przyjaciele” utknęło mu w gardle. W ich wieku brzmiało zbyt górnolotnie. – Nie o pana chodzi – uspokoiła cicho. – Tylko czasem myślę, iż bym wyjechała – i wszystko by się skończyło. To przeraża. Kiwał głową, ale resztę drogi szli milcząc. Przed klatką pożegnał się sztywno i wieczorem długo przewracał się na łóżku, czując, iż coś popsuł. Kilka dni się nie widzieli. Zaczęło prószyć, śnieg był mokry. Nadzieja mimo wszystko wychodziła na krótki spacer, ale Stefana nie spotkała. Tłumaczyła sobie, iż może ma sprawy, może jest przeziębiony. Ale gdzieś w środku rosła niepokój. Czwartego dnia znalazła w skrzynce liścik: „Dla p. Nadziei Szulc. Jestem w szpitalu. Stefan P.” Bez adresu, bez oddziału. Tylko tyle. Zadrżały jej ręce. Weszła do mieszkania, oparła zakupy na taborecie i usiadła. Myśli się kotłowały – co się stało? Zawał? Kto pomógł? Czemu nikt nie zadzwonił? Przypomniała sobie, iż wspominał kiedyś o oddziale kardiologii w miejskim szpitalu. Wyciągnęła notes i zadzwoniła na rejestrację. Po kilku przekierowaniach podała nazwisko i usłyszała numer sali i godziny odwiedzin. Nie znosiła szpitali, tego zapachu lekarstw i chloru. Następnego dnia, punktualnie w godzinie odwiedzin, zjawiła się na oddziale. Kupiła jabłka i paczkę herbatników – nie była pewna, czy wolno mu słodycze. Leżał na środkowym łóżku. Gdy ją zobaczył, był zaskoczony, potem wyraźnie się ucieszył. – Pani Nadziejo… Jak mnie pani znalazła? – Po nitce – powiedziała, odkładając siatkę na szafkę. – Co się stało? – Serce – westchnął. – Szybka akcja. Trochę tu poleżę. Przyjrzała mu się uważnie. Był bledszy, pod oczami cienie, ale błysk w oku ten sam. – Dzieci wiedzą? – zapytała. – Córka była – odpowiedział. – Synowi nie mówiłem, żeby nie trapić. Potem dodał ciszej: – Córka dopytywała, kto napisał kartkę. Powiedziałem, iż sąsiadka, co pomaga w sprawach urzędowych. Pani Nadzieja poczuła ukłucie. „Sąsiadka od spraw urzędowych” brzmiało chłodno i formalnie. Usiadła na krześle. – No to prawda – powiedziała łagodnie. – Pomagam czasem. Spojrzał na nią i zrozumiał, iż powiedział głupstwo. – Chciałem inaczej powiedzieć… Ona zaraz by: „Tato, podziadł ci się świat, masz znajomą kobietę…” Uważają, iż nam coś odbija. – No cóż, nie mamy po 18 lat – zaśmiała się. – Ale wciąż jesteśmy ludźmi. Kiwnął głową. W sali zapanowała cisza. – Leżąc tu w nocy pomyślałem, iż nie boję się śmierci. Boję się, iż mnie zabiorą i nikt nie zauważy. Dzieci daleko. I wtedy przypomniałem sobie o pani i zrobiło mi się spokojniej – może ktoś się dowie. Pani Nadzieja poczuła, iż zaciska jej się gardło. – Ja też się boję. Udaję przed synem i sąsiadkami. Wieczorem liczę tabletki. Śmieszne to, prawda? – Ani trochę – odparł. Uśmiechnęli się. W tej chwili weszła córka Stefana. Podobna do ojca: oczy, podbródek. – Tato, przyniosłam ci rosół. A pani to…? – Pani Nadzieja, znajoma. Pomaga mi z papierami. – Dziękuję, iż pani pomaga. On uparciuch, zawsze wszystko sam. – My się tylko czasem spotykamy na kawę – wyjaśniła cicho Nadzieja. Córka pokiwała głową, wciąż z lekkim dystansem. Zaczęła rozpakowywać jedzenie. Pani Nadzieja poczuła się nieco zbędna i pożegnała się. – Jeszcze zajrzę – powiedziała przy drzwiach. – Proszę zaglądać – usłyszała w odpowiedzi. W domu długo rozmyślała nad tym, co usłyszała: „dobra znajoma” brzmi zwyczajnie, ale chyba tak trzeba. Najważniejsze, iż o niej pomyślał, gdy było źle. Stefan leżał w szpitalu dwa tygodnie. Nadzieja wpadała co dwa dni z owocami, czystymi skarpetami i gazetami. Czasem milczeli, czasem wspominali młodość, opowiadali sobie historie – o fabryce, o szkole, o działkach. Jego córka powoli przyzwyczaiła się do jej obecności. Raz, odprowadzając ją do windy, powiedziała: – Dziękuję. Pracuję, rzadko mogę zajrzeć. Dobrze, iż tata ma z kim pogadać. Tylko niech pani nie bierze wszystkiego na siebie. Jakby coś pilnego, proszę dzwonić. – Bez obaw – uśmiechnęła się Nadzieja. – Pomóc mogę, ale każdy ma swoje życie. Stefana wypisali pod koniec kwietnia. Lekarz przykazał więcej spacerować, mniej się denerwować, brać leki. Córka odwiozła go do domu i pomogła się rozpakować. Następnego dnia wyszedł z laską na podwórko i ruszył do parku. Nadzieja już czekała na swojej ławce. Gdy go zobaczyła, wstała. – Jak pan się czuje? – Żyję. To już nieźle. Usiedli; przez chwilę milczeli, wsłuchując się w dźwięki podwórza. – Wie pani, w szpitalu sporo myślałem. Nie chcę być pani ciężarem. Cieszę się, iż pani przychodziła, ale wstyd mi trochę, może przez mnie zaniedbywała pani własne sprawy… – Jakie tam moje sprawy – westchnęła. – Sklep, przychodnia, seriale… – I tak, nie chcę żeby pani się czuła zobowiązana. Jestem dorosły chłop, nie dziecko. Popatrzyła na niego uważnie. – Myśli pan, iż ja chcę być dla kogoś ciężarem? Ja też tego się boję. Ale wie pan, czego się nauczyłam? Można siedzieć po mieszkaniach i bać się przeszkadzać. A można się dogadać. Nie obiecywać cudów, tylko… być blisko na tyle, na ile się da. Zamyślił się. – To znaczy? – Na przykład: nie dzwonimy do siebie po nocach, bo mi się rozmawiać chce. jeżeli trzeba do przychodni, a boi się pan sam – proszę dzwonić. jeżeli kłopot z rachunkami – przychodzić. Ale nie jestem kurierem! Czasem trzeba samemu ruszyć do sklepu. Westchnął, ale się uśmiechnął. – Ostro. – Uczciwie. I z mojej strony to samo. jeżeli mi źle, zadzwonię. Ale nie będę wymagać, by pan od razu wszystko rzucał. Ma pan dzieci, wnuki. Ja też mam syna i chcę, by się nie martwił. Kiwał głową. W tych zwykłych słowach było coś wyzwalającego – nie trzeba udawać ani bohatera, ani ofiary. – Zgoda – powiedział. – Wspieramy się, ale nie gramy pielęgniarki i sanitariusza. – Dokładnie. Od tego czasu ich przyjaźń nabrała spokoju i równowagi. przez cały czas spotykali się w parku, szli razem na wizyty, czasem na herbatę. Ale oboje znali już granice. Gdy zepsuł się kran u Nadziei, zadzwoniła: – Mógłby pan zerknąć? Boję się, iż zaleję całą kuchnię. – Zerknąć mogę. Ale jeżeli poważna sprawa, dzwonimy po fachowca. Już się nie wspinam po rurach. Przyszedł, obczaił sytuację i pomógł wezwać hydraulika. Czekając, pili herbatę i wspominali czasy, gdy Stefan mógł rozebrać i złożyć każdą maszynę, a teraz już nie te ręce. Nadzieja słuchała i myślała, iż starość to nie tylko choroby, ale i umiejętność przyznania się, iż czasem samemu się nie da. Razem jeździli na bazarek po warzywa. Stefan targował się o ziemniaki, Nadzieja wybierała kurczaka. Z powrotem narzekali na ceny, ale oboje wiedzieli, iż ten wyjazd znaczy coś więcej niż tylko zakupy. Dzieci reagowały różnie. Syn Nadziei zapytał ostrożnie: – Mamo, kto to ten Stefan? Często o nim wspominasz. – Sąsiad. Razem spacerujemy. On mi z tabletem pomaga, ja mu z rachunkami. – Uważaj, nie dawaj nikomu dokumentów ani pieniędzy. Różnie bywa. Uśmiechnęła się: – Nie jestem dzieckiem, dam sobie radę. Córka Stefana też miała uwagi: – Tato, ona nie jest pielęgniarką, nie przesadzaj. I nie wiadomo, jakie ma plany. – Mamy umowę – odpowiadał spokojnie. – Nie wykorzystujemy się. – Jaką umowę? – dziwiła się. – Naszą, senioralną – żartował. Lato przyszło niepostrzeżenie. W parku liście się zazieleniły, na ławkach zrobiło się tłoczniej. Ale Nadzieja i Stefan mieli „swoją” ławkę – niemal zarezerwowaną. Siadali zawsze w te same miejsca, jakby próbując zatrzymać porządek świata. Pewnego wieczoru, gdy słońce chyliło się ku zachodowi, siedzieli i patrzyli, jak chłopcy grają w piłkę. Pachniało kurzem i świeżą trawą. Stefan poprawił laskę. – Wie pani, co zrozumiałem? Myślałem, iż starość to koniec. Zostają tylko leki i telewizor. A jednak coś jeszcze się może zacząć. Inaczej niż w młodości, ale jednak. – O nas pan mówi? – uśmiechnęła się. – Też o nas. Nie wiem, jak to się nazywa. Przyjaźń? Partnerstwo w kolejkach? Ale z panią… spokojniej. Nie tak strasznie. Spojrzała na jego dłonie, zmarszczki, wystające żyły. Potem na swoje. Były do siebie podobne – przeżyły swoje. – Mnie też. Tylko dawniej, gdy kładłam się spać, myślałam: a jeżeli jutro nie wstanę, kto zauważy? Teraz wiem, iż przynajmniej jedna osoba się zdziwi, iż nie przyszłam do parku. Zaśmiał się cicho. – Ja nie tylko się zdziwię – zadzwonię do wszystkich sąsiadów. – I bardzo dobrze – odparła. Jeszcze chwilę posiedzieli, potem powoli się podnieśli. Szli powoli, każde swoją stroną. Na skrzyżowaniu przystanęli. – Jutro przychodnia? – spytał on. – Tak, muszę oddać krew. Pan ze mną? – Ze mną, ale tylko pod drzwi. Dalej pani sama, bo wypiję pani całą krew gadaniem. Uśmiechnęła się. – Umowa stoi. Pożegnali się. Nadzieja weszła do swego cichego mieszkania. Postawiła zakupy, włączyła czajnik, podeszła do okna i spojrzała na podwórko. Na dole, pod drzwiami, Stefan walczył z zamkiem. Spojrzał w górę, pomachał. Ona też pomachała. Czajnik zagwizdał. Zaparzyła sobie herbatę i usiadła przy stole. Kładąc dłonią na szydełkowanym szalu, poczuła, iż ta cisza jest już całkiem inna. Nie taka głucha. Gdzieś tam, przez podwórko, był człowiek, który jutro pójdzie z nią do lekarza, posiedzi w poczekalni, ponarzeka na kolejki i zapyta, jak się czuje. Myśl, iż starość nie zniknie, nie odeszła. Stawy bolały, leki trzeba było brać punktualnie, ceny rosły. Ale była już w tym jakaś drobna podpora, maleńka ławka, na której można przysiąść we dwoje, odetchnąć – i iść dalej. Każdy swoim krokiem, ale blisko.

newsempire24.com 2 godzin temu

Ławka dla dwojga

Śnieg już dawno stopniał, ale ziemia w parku wciąż była ciemna i wilgotna, a na alejkach leżały cienkie ślady piasku. Jadwiga Wiśniewska szła powoli, podtrzymując siatkę z zakupami, i patrzyła pod nogi. Od kiedy trzy lata temu złamała rękę, stała się uważniejsza. Nie dlatego, iż była z natury ostrożna, tylko gdzieś głęboko w niej zakorzenił się lęk przed upadkiem. I nie chciał odejść.

Mieszkała sama w dwupokojowym mieszkaniu na parterze starego bloku, gdzie kiedyś było pełno gwaru, zapachu gotującej się zupy i trzasku drzwi. Teraz ta cisza zdawała się aż dzwonić w uszach. Telewizor mruczał w tle, ale coraz częściej łapała się na tym, iż wcale go nie słucha patrzyła tylko bezmyślnie na przesuwający się pasek wiadomości. Syn dzwonił przez wideo w niedziele zabiegany, między jednym a drugim obowiązkiem, ale jednak dzwonił. Wnuczek machał jej z ekranu, pokazywał zabawki. Jadwiga się cieszyła, ale za każdym razem, gdy rozłączała rozmowę, czuła jak powietrze w mieszkaniu gęstnieje od pustki.

Miała swój rytm. Rano gimnastyka, leki, owsianka. Potem krótki spacer do parku i z powrotem, żeby rozruszać krew, jak mówiła pielęgniarka z przychodni. W południe gotowanie, wiadomości, czasem krzyżówka. Wieczorem serial i robótki na drutach. Nic wielkiego, ale porządek dnia trzymał ją w pionie, jak lubiła powtarzać sąsiadce z klatki.

Dziś wiatr był porywisty, ale suchy. Jadwiga dotarła do swojej ławki przy placu zabaw i ostrożnie usiadła na skraju. Siatkę postawiła obok, sprawdziła, czy zamek zamknięty. Obok bawiło się dwoje maluchów w kolorowych kombinezonach, ich mamy rozmawiały, nie zwracając uwagi na przechodniów. Jadwiga postanowiła posiedzieć chwilę i wracać.

Od strony przystanku szedł powoli Henryk Marciniak. Też miał już zwyczaj liczenia kroków. Do kiosku z gazetami siedemdziesiąt trzy. Do przedszkola sto dwadzieścia. Na przystanek dziewięćdziesiąt pięć. Liczenie było łatwiejsze niż myślenie o tym, iż w domu nikt na niego nie czeka.

Kiedyś pracował jako ślusarz w Famosie, jeździł na delegacje, sprzeczał się z brygadzistami, śmiał z kolegami na palarni za halą. Teraz zakład zamknięto, a znajomych widywał coraz rzadziej. Jeden wyjechał do dzieci, ktoś inny leżał już na cmentarzu. Syn mieszkał w Krakowie, przyjeżdżał raz w roku, na trzy dni, zawsze w biegu. Córka na drugim końcu miasta, ale miała swoje sprawy, dwójkę dzieci, kredyt na mieszkanie. Powtarzał, iż się nie obraża. Ale wieczorami słuchał szmeru kaloryfera i chwytał się na tym, iż nasłuchuje może zadzwoni domofon?

Dziś wyszedł po chleb i do apteki. Profilaktycznie chciał kupić jeszcze jedno opakowanie tabletek na ciśnienie. Lekarka mówiła, iż lepiej nie dopuszczać do ataku. W kieszeni miał kartkę z dużymi literami, palce nieco się trzęsły, kiedy wyjmował ją, by sprawdzić, czy o niczym nie zapomniał.

Dotarłszy na przystanek, zobaczył, iż autobus właśnie odjechał. Ludzie się rozchodzili. Na ławce siedziała kobieta w jasnoszarym płaszczu i granatowej czapce. Obok jej siatka. Nie patrzyła w stronę ulicy, tylko na park.

Zawahał się. Stać mu było niewygodnie, krzyż bolał. Ławka wolna w połowie, ale zawsze bał się dosiąść obcej kobiety. A nuż się obrazi? Jednak wiatr przenikał, więc w końcu przysiadł.

Czy mogę się dosiąść? spytał lekko się skłaniając.

Kobieta odwróciła głowę. Miała jasne oczy z drobnymi zmarszczkami w kącikach.

Oczywiście, proszę bardzo rzekła i przesunęła siatkę.

Usiadł, opierając dłonie na skraju ławki. Zapadła cisza. Przejechał samochód, zostawiając za sobą woń spalin.

Te autobusy to teraz jak chcą jeżdżą mruknął, by jakoś zacząć rozmowę. Tylko się odwrócisz, a już nie ma.

Prawda kiwnęła. Wczoraj czekałam pół godziny. Dobrze, iż nie lało.

Spojrzał na nią uważniej. Twarz nie wydała się znajoma, ale na osiedlu tylu nowych ludzi, iż trudno zapamiętać wszystkich.

Mieszka Pani tu w pobliżu? zapytał ostrożnie.

Tam, za ulicą skinęła w stronę pięciopiętrowca. Pierwsza klatka przy sklepie. A Pan?

Za parkiem, w dziewięciopiętrowcu powiedział. Też w okolicy.

Znowu cisza. Jadwiga uznała, iż rozmowa na przystanku to nic nadzwyczajnego parę słów, rozejdą się i tyle. Ale mężczyzna wyglądał na zmęczonego i jakby lekko zagubionego, chociaż wyprostowany.

Do przychodni? spytała, zerkając na jego reklamówkę z logo apteki.

Tak, po leki uniósł torbę. Ciśnienie daje popalić. A Pani?

Po zakupy. I po prostu się przejść trzeba, bo by człowiek wcale z mieszkania nie wyszedł.

Powiedziała to i poczuła, jak coś ją ścisnęło w środku. Słowo w domu zabrzmiało za pusto.

Zza rogu wyłonił się autobus. Ludzie się poruszyli, przesunęli bliżej krawężnika. Mężczyzna wstał, odczekał chwilę.

A ja Henryk jestem powiedział, przełamując się. Marciniak.

Jadwiga Wiśniewska odpowiedziała, wstając. Miło poznać.

Wsiedli do autobusu, tłum ich rozdzielił. Jadwiga mocno chwyciła się poręczy, a autobus podskakiwał na nierównościach. Gdzieś między pasażerami złapała spojrzenie Henryka. Skinął do niej głową, odpowiedziała tym samym.

Po dwóch dniach spotkali się znowu tym razem w parku. Jadwiga już siedziała na swojej ławce, gdy spostrzegła znajomą sylwetkę. Henryk szedł, opierając się o laskę. Dawniej jej nie używał, widocznie, dla pewności, zaczął.

O, sąsiadka z przystanku uśmiechnął się, podchodząc. Można się przysiąść?

Pewnie odparła i choćby się ucieszyła.

Usiadł obok, laskę oparł o ławkę.

Dobrze tu rozejrzał się. Drzewa, dzieciaki biegają. Nie to, co w domu ściany przygniatają.

Sam Pan mieszka? spytała, uznając, iż można.

Sam przytaknął. Żona zmarła siedem lat temu. Dzieci mają swoje życie. A Pani?

Też sama powiedziała. Mąż dawno nie żyje. Syn z rodziną pod Poznaniem. Dzwonią, ale…

Wzruszyła ramionami. Pokiwał głową.

Dobrze, iż chociaż dzwonią stwierdził. Ale wieczorem, jak telefon zamilknie, robi się nieznośnie.

Te proste słowa niespodziewanie ją rozgrzały. Jeszcze chwilę rozmawiali o pogodzie, drożyźnie, iż zmienił się znowu lekarz rodzinny. Rozeszli się, ale na następny dzień oboje wyszli na spacer o tej samej porze.

Tak zaczęły się ich spotkania. Najpierw przystanek i park, potem sklep, więcej razy przechodnia. Jadwiga zorientowała się, iż tak ustawia zajęcia, aby natrafić na Henryka Marciniaka. choćby przed sobą tego nie przyznawała: raz wcześniej gotowała owsiankę, innym razem opóźniała wyjście.

Razem szli do przychodni, narzekali na kolejki elektroniczne, których jadwiga nie pojmowała.

To trzeba przez pacjent.gov, przez internet tłumaczyła młoda rejestratorka.

Jaki internet, burknęła, wychodząc na korytarz. Mam starą Nokię, ledwo na sms się łapie.

Henryk słuchał i ochoczo przytakiwał.

Pomogę Pani raz się zaproponował. Mam tablet podarowany przez dzieci. Tam jest ta rejestracja. Rozpracujemy razem.

Najpierw wzbraniała się, później przystała. Siedzieli na ławce pod przychodnią, a on, mrużąc oczy, przeklikiwał ekran, czasem dotykał nie tego, chwilił pod nosem. Ona się śmiała, lekko i bez wymuszenia.

Widzi Pani, triumfował w końcu, można wybrać lekarza i godzinę. Tylko hasło trzeba zapisać.

Zapiszę, pewnie zapewniła. Mam specjalny zeszyt.

Innym razem Jadwiga pomagała mu z rozliczeniami rachunków. Henryk przynosił całą paczkę z poczty, rozkładał na stole i wzdychał.

Kiedyś było prościej, mówił. Szło się do okienka, zapłaciło i po sprawie. A teraz kody, terminale, paski.

Po kolei strofowała go. To za światło, to za wodę, grunt się nie pomylić.

Siedzieli w jej kuchni, popijali herbatę. Ona wyjęła swoje dżem z czarnej porzeczki, on przyniósł chrupki. Za oknem dzieciaki jeździły na rowerkach. Jadwidze miło było patrzeć, jak Henryk wszystko układa w kupkach, konsultuje się, czasem się droczy.

Nie trzeba za mnie płacić! burknął pewnego razu, kiedy zaproponowała przelew przez terminal, bo jemu nie wychodziło. Sam ogarnę.

Ależ Pan daje pieniądze, ja tylko pomagam! zirytowała się. Co się Pan dziecinni.

Trochę się zmieszał, ale przystał. W sercu miał dziwne uczucie wdzięczność zmieszaną z zażenowaniem. Nie lubił czuć się zależny, choćby w drobnostkach.

Były czasem małe kłótnie. Nie głośne, raczej urażone. Kiedyś po zakupach rozmawiali o dzieciach.

Syn mi mówi, opowiadał Henryk, Tata, sprzedaj mieszkanie, przeprowadź się do nas, po co siedzisz sam? Ale co, na wersalkę się wcisnę? Przecież tam mają ścisk. A tu swoje.

Mój syn z kolei nalega, westchnęła Jadwiga, Mamo, przeprowadź się do nas, damy Ci pokój. Dom mają duży. Ale nie mogę się zebrać. Tu mam grób męża, koleżanki. A czasem myślę, może jednak powinnam była…

Lepiej nie! ożywił się. Tam człowiek jest nikomu niepotrzebny. Wszyscy w pośpiechu, dzieci lekcje, zajęcia. A starszy siedzi w kącie. Dość się takich historii nasłuchałem.

A tu komu jestem potrzebna? spytała cicho.

Zamilkł. Wzięło go to tu jakby poszło i o niego. Poczuł nieprzyjemny dreszcz.

No dobrze, przepraszam, mruknął. Myślałem, iż już…

Nie dokończył. Przyjaciele zabrzmiało w jego głowie zbyt górnolotnie.

Ja nie o Panu, łagodnie rzekła, zauważając napięcie. Po prostu czasem się boję, iż gdybym wyjechała, to wszystko by tu się urwało. Straszne to.

Przytaknął, ale resztę drogi szli już w milczeniu. Pod blokiem pożegnał się oschle, a wieczorem długo przewracał się w łóżku, dręczony myślą, iż wszystko zepsuł.

Przez kilka dni nie widzieli się. Pogoda się popsuła, padał mokry śnieg. Jadwiga mimo to wychodziła choć na chwilę, ale Henryka nie spotykała. Tłumaczyła sobie, iż pewnie zajęty, może chory. Jednak niepokój nie odpuszczał.

Czwartego dnia po powrocie ze sklepu znalazła w skrzynce karteczkę z dużym pismem: Dla Jadwigi Wiśniewskiej. Jestem w szpitalu. Henryk M. Ani adresu, ani numeru sali. Nic więcej.

Zadrżały jej ręce. Weszła do mieszkania, postawiła zakupy na taborecie, usiadła i gapiła się na kartkę. W głowie tłukły się myśli: Zawał? Udar? Kto pomógł? Czemu nikt nie zadzwonił?

Przypomniała sobie, iż Henryk kiedyś mówił o oddziale kardiologicznym w pobliskim szpitalu. Wyciągnęła swój telefon, znalazła w notatniku numer rejestracji. Zadzwoniła, długo słuchała sygnału, w końcu ktoś odebrał.

Chciałabym się dowiedzieć o pacjenta. Henryk Marciniak. Został pewnie niedawno przyjęty.

Przekierowywano ją, proszono o cierpliwość. Wreszcie podała numer sali i dopuszczono do odwiedzin.

Nie cierpiała szpitali, tego zapachu środków i wilgoci. Ale w dniu wizyty, ledwo wybiła godzina odwiedzin, Jadwiga była już pod drzwiami oddziału. Kupiła po drodze jabłka i małe kruche ciasteczka. Zastanawiała się, czy to dobry pomysł może nie powinien jeść słodkiego.

Henryk leżał na środkowym łóżku w sali trzyosobowej. Przewracał strony starej Polityki, pod głową miał dodatkową poduszkę. Na jej widok ucieszył się, choć w pierwszej chwili się speszył.

Pani Jadwigo! odłożył gazetę. Jak mnie Pani odnalazła?

Po nitce do kłębka odpowiedziała, stawiając siatkę na stoliku. Co się stało?

Serce mnie wzięło, westchnął. W nocy. Karetka przyjechała. Pobiegunę trochę tu poleżę.

Spojrzała na niego uważnie. Bladszy niż zwykle, podkrążone oczy, ale żar w spojrzeniu ten sam.

Dzieci wiedzą?

Córka przyjechała. Rosół przyniosła. Synowi nie mówiłem nie chcę martwić.

Starał się mówić spokojnie, ale wyczuła napięcie. Po chwili dodał:

Córka pytała o Panią. Kto to, mówi, ta sąsiadka co kartkę przyniosła? Powiedziałem, iż taka znajoma, dużo mi pomaga.

Jadwigę ukuło. Znajoma brzmiało sucho, niemal obco. Usiadła na stołku.

Bo taka prawda powiedziała rzeczowo. I czasem pomagam.

Spojrzał na nią i dotarło do niego, jak głupio to zabrzmiało. Zawstydził się.

Nie chciałem tak tego powiedzieć, przyznał szybko. Córka zawsze z dystansem. Jakbym powiedział koleżanka, zaczęłaby komentować, iż niby się młodnieje. Myślą, iż na starość ludziom odbija.

No cóż uśmiechnęła się. Ale w końcu nie mamy po osiemnaście lat, ale to nie znaczy, iż nie jesteśmy ludźmi.

Przytaknął. Zapanowało milczenie.

Wie Pani, po chwili odezwał się cicho. Najbardziej bałem się w nocy, nie tyle śmierci. Ale iż mnie zabiorą i nikt nie będzie wiedział, gdzie jestem. Leżysz, patrzysz się w sufit, nie masz do kogo zadzwonić. Dzieci daleko, swoje życia. A wtedy pomyślałem o Pani i uspokoiłem się. Przynajmniej ktoś wie, co się ze mną stało.

Jadwidze ścisnęło się gardło. Odwróciła wzrok na parapet, gdzie stał plastikowy kubek z zwiędłym kwiatkiem.

Ja też się boję, wyznała. Tylko udaję przed wszystkimi, iż nie. Synowi, sąsiadom. A po cichu wieczorem liczę, ile mi zostało tabletek. Śmieszne, co?

Nie śmieszne odpowiedział. Ja też liczę.

Uśmiechnęli się do siebie równocześnie. W tym uśmiechu było i wyznanie, i ulga.

Do sali weszła kobieta, czterdziestoparoletnia, podobna do Henryka te same oczy i podbródek. Tato, przyniosłam Ci zupę. Spojrzała na Jadwigę. A Pani to…?

To Jadwiga Wiśniewska, odrzekł spokojnie Henryk. Bardzo dobra znajoma. Pomaga mi z zapisami i rachunkami.

Dzień dobry powiedziała kobieta. Dziękuję, iż Pani pomaga. Bo on uparty, wszystko sam chce.

Dzień dobry, odpowiedziała Jadwiga. Czasem tylko chodzimy razem na spacery.

Córka kiwnęła, ale w jej oczach widać było zawahanie. Zabrała się za rozkładanie jedzenia, poprawianie kołdry, wypytywanie ojca. Jadwiga poczuła się zbędna, więc pożegnała się.

Jeszcze wpadnę.

Proszę przychodzić, odparł. jeżeli Pani nie będzie trudno.

Nie będzie, odparła.

W domu długo myślała o tej rozmowie. Znajoma skromnie i jak trzeba. Na ich lata zresztą wielkie słowa by nie pasowały. Najważniejsze, iż w najtrudniejszą chwilę o niej pomyślał.

Henryk leżał w szpitalu dwa tygodnie. Jadwiga odwiedzała go co drugi dzień, przynosiła owoce, czyste skarpetki, gazetę. Czasem tylko siedzieli w milczeniu, słuchając stukotu wózków na korytarzu. Innym razem opowiadali o dawnych czasach o pracy w fabryce, o szkole, o działkach sprzedanych przed laty.

Córka Henryka w końcu przyzwyczaiła się do jej obecności. Raz, odprowadzając ją do windy, powiedziała:

Dziękuję pani. Pracuję, nie zawsze mogę tu być. Dobrze, iż tata ma z kim pogadać. Ale niech pani nie bierze wszystkiego na siebie. Jak coś poważnego proszę dzwonić do mnie.

Proszę się nie obawiać, odpowiedziała spokojnie Jadwiga. Pani ma swoje życie. Ale jeżeli mogę pomóc, pomogę.

Henryka wypisali pod koniec kwietnia. Lekarz zalecił dużo spacerów, mniej nerwów i regularne lekarstwa. Córka odwiozła go autem, pomogła odpakować rzeczy. Następnego dnia, opierając się o laskę, wyszedł do parku.

Jadwiga już siedziała na ławce. Wstała na jego widok.

I jak zdrowie? zapytała, przyglądając się uważnie.

Żyję, uśmiechnął się. A to już połowa sukcesu.

Usiedli razem. Milczeli chwilę, wsłuchując się w gwar podwórka. Potem Henryk powiedział:

Wie Pani, dużo myślałem w szpitalu. Nie chcę być dla Pani ciężarem. Miło mi, iż się Pani pojawiała, ale się wstydzę może przez mnie rezygnowała ze swoich spraw.

Jakie tam sprawy, westchnęła. Zakupy, przychodnia, seriale. Nie przesadzajmy.

I tak, uparł się. Nie chcę, żeby musiała się Pani mną opiekować, tak jak pielęgniarka. Jestem dorosły facet, nie dzieciak.

Patrzyła na niego uważnie.

Myśli Pan, iż ja chcę być komuś ciężarem? spytała. Każdy się tego boi. Dlatego wszystko robię sama. Ale wie Pan, czego się jeszcze nauczyłam? Można siedzieć po kątach i bać się przeszkadzać. Albo się umówić pomagać na tyle, na ile można. Bez przesady.

Pomyślał chwilę.

To znaczy jak?

Na przykład: nie dzwoni Pan do mnie w nocy, żeby pogadać. Nie jestem pogotowie. Ale jak trzeba do przychodni i strach samemu, to proszę dzwonić. Kiedy rachunki, to przychodzi Pan. Ale zakupy sam ja nie jestem kurierem.

Uśmiechnął się.

Ostra Pani.

Uczciwa, poprawiła. Ja też mogę zadzwonić, jak mi źle. Ale nie będę wymagać, żeby Pan rzucał wszystko. Szanuję, iż ma Pan wnuki, dzieci. I Pan też szanuje, iż mój syn chce żebym była bezpieczna.

Przytaknął. Z tych słów spływał spokój nie trzeba udawać ani bohatera, ani ofiary.

To się umawiamy powiedział. Pomagamy sobie, bez grania w opiekuna czy podopiecznego.

Właśnie, uśmiechnęła się.

Od tej pory ich znajomość zrobiła się spokojniejsza. Dalej spotykali się na ławce, chodzili razem do przychodni, czasem wpadali na herbatę. Ale oboje wiedzieli, gdzie jest granica.

Kiedy Jadwidze zepsuł się kran w kuchni, zadzwoniła do Henryka.

Spojrzy Pan? Bo sama się boję, iż zaleję pół kuchni.

Zobaczę, zgodził się. Ale jak coś poważnego, wołamy fachowca. Ja już za stary do rur.

Przyszedł, pokręcił, stwierdził, iż musi być wymiana i pomógł wezwać hydraulika. W oczekiwaniu na niego rozmawiali, pili herbatę. Opowiadał, jak za młodu wszystkie sprzęty potrafił naprawić teraz ręce słabe. Słuchała i myślała, iż starość to nie tylko choroby, ale także umiejętność poproszenia o pomoc.

Czasem razem jeździli na targ. Henryk się targował o ziemniaki, Jadwiga wybierała kurczaka. W drodze powrotnej narzekali na ceny, ale wiedzieli, iż dzień bez takiego wyjścia byłby pusty.

Dzieci reagowały różnie. Syn Jadwigi raz zadzwonił i ostrożnie zapytał:

Mamo, kto to ten Henryk Marciniak, o którym wspominasz?

Sąsiad, odparła. Spacerujemy razem, pomaga mi przy tablecie, ja jemu z rachunkami.

No dobrze, zastrzegł. Tylko, mamo, nie dawaj nikomu pieniędzy ani dokumentów. Teraz różnie bywa.

Uśmiechnęła się.

Synku, nie jestem naiwna.

Córka Henryka też wypytywała.

Tato, nie obciążaj sąsiadki. Ona ci nie pielęgniarka. Może ma swoje plany.

Mamy umowę, odpowiadał spokojnie. Nie wykorzystujemy się nawzajem.

Jaką umowę? śmiała się.

Staruszkową, żartował.

Lato przyszło niepostrzeżenie. W parku rozwinęły się liście, ławki były bardziej zatłoczone. Młode mamy, nastolatki w słuchawkach, inni emeryci. Ale ławka Jadwigi i Henryka była niemal ich miejscem. Siadali na tych samych miejscach, jakby to porządkowało ich świat.

Pewnego wieczoru, gdy słońce już zachodziło, ale wciąż było jasno, spokojnie siedzieli i patrzyli, jak dzieciaki grają w piłkę. Powietrze było ciepłe, pachniało trawą i kurzem. Henryk poprawił laskę, przystawił do ławki.

Wie pani, nad czym się zastanawiałem powiedział, nie spuszczając oka z dzieci. Kiedyś myślałem, iż starość to już tylko koniec: praca minęła, przyjaciele odpadli, miłości nie ma, zainteresowania nikną. Zostają tylko tabletki i telewizor. A jednak coś może się zacząć inaczej niż dawno, ale jednak.

O nas pan myśli? lekko się uśmiechnęła.

O nas, przyznał. Nie wiem, jak to nazwać. Przyjaźń, partnerstwo, wspólne stanie w kolejce. Ale przy Pani mi spokojniej. Nie czuję już takiego strachu.

Spojrzała na jego dłonie, pomarszczone, z wyraźnymi żyłami. Potem na swoje. Takie same przeżyte życie.

Mnie też powiedziała. Jakiś czas temu, gdy wieczorem zasypiałam, myślałam: a jak jutro nie wstanę, kto zauważy? Dziś wiem, iż przynajmniej jedna osoba dziwi się, dlaczego nie przyszłam do parku.

Cicho się roześmiał.

Nie tylko się zdziwię, odparł. Postawię całe osiedle na nogi.

I bardzo dobrze, odpowiedziała.

Posiedzieli jeszcze chwilę, potem wstali. Szli powoli, każde swoją stroną ścieżki. Przy przejściu się zatrzymali.

Jutro do przychodni? spytał.

Tak. Mam badanie krwi. Idzie Pan ze mną?

Z Panią uśmiechnął się. Ale do drzwi gabinetu, dalej sama inaczej, jeszcze się Pani rozgada, a ja wszystkie siły stracę.

Uśmiechnęła się.

To ustalone.

Rozeszli się do swoich klatek. Jadwiga wdrapała się na piętro, otworzyła drzwi, weszła do cichego mieszkania. Postawiła siatkę, poszła do kuchni, włączyła czajnik. Gdy woda się grzała, podeszła do okna i spojrzała pod blok.

Na dole, przy wejściu, Henryk grzebał w zamku. Poczuł jej wzrok, podniósł głowę, zamachał ręką. Odpowiedziała tym samym.

Czajnik zagwizdał. Wróciła do kuchni, zalała herbatę, ukroiła kromkę chleba. Usiadła przy stole. Na krześle naprzeciw leżał jej robiony na drutach szal. Położyła na nim dłoń i poczuła, iż w tym spokoju jest coś nowego. To nie jest taka zupełna cisza. Gdzieś niedaleko, po drugiej stronie podwórka, był człowiek, z którym jutro pójdzie do przychodni posiedzą razem, ponarzekają, zapytają o siebie.

Starość została. Ból w kolanach, leki do końca życia, ceny wciąż rosły. Ale teraz miał kto jej podać dłoń nie jako cud, nie jako ratunek. Po prostu jeszcze jedna ławka w życiu, na której można przysiąść we dwoje, odetchnąć i ruszyć dalej własnym krokiem, ale razem.

Idź do oryginalnego materiału