Ławka dla dwojga
Śnieg już dawno stopniał, ale ziemia w parku wciąż była ciemna i wilgotna, a na alejkach leżały cienkie ślady piasku. Jadwiga Wiśniewska szła powoli, podtrzymując siatkę z zakupami, i patrzyła pod nogi. Od kiedy trzy lata temu złamała rękę, stała się uważniejsza. Nie dlatego, iż była z natury ostrożna, tylko gdzieś głęboko w niej zakorzenił się lęk przed upadkiem. I nie chciał odejść.
Mieszkała sama w dwupokojowym mieszkaniu na parterze starego bloku, gdzie kiedyś było pełno gwaru, zapachu gotującej się zupy i trzasku drzwi. Teraz ta cisza zdawała się aż dzwonić w uszach. Telewizor mruczał w tle, ale coraz częściej łapała się na tym, iż wcale go nie słucha patrzyła tylko bezmyślnie na przesuwający się pasek wiadomości. Syn dzwonił przez wideo w niedziele zabiegany, między jednym a drugim obowiązkiem, ale jednak dzwonił. Wnuczek machał jej z ekranu, pokazywał zabawki. Jadwiga się cieszyła, ale za każdym razem, gdy rozłączała rozmowę, czuła jak powietrze w mieszkaniu gęstnieje od pustki.
Miała swój rytm. Rano gimnastyka, leki, owsianka. Potem krótki spacer do parku i z powrotem, żeby rozruszać krew, jak mówiła pielęgniarka z przychodni. W południe gotowanie, wiadomości, czasem krzyżówka. Wieczorem serial i robótki na drutach. Nic wielkiego, ale porządek dnia trzymał ją w pionie, jak lubiła powtarzać sąsiadce z klatki.
Dziś wiatr był porywisty, ale suchy. Jadwiga dotarła do swojej ławki przy placu zabaw i ostrożnie usiadła na skraju. Siatkę postawiła obok, sprawdziła, czy zamek zamknięty. Obok bawiło się dwoje maluchów w kolorowych kombinezonach, ich mamy rozmawiały, nie zwracając uwagi na przechodniów. Jadwiga postanowiła posiedzieć chwilę i wracać.
Od strony przystanku szedł powoli Henryk Marciniak. Też miał już zwyczaj liczenia kroków. Do kiosku z gazetami siedemdziesiąt trzy. Do przedszkola sto dwadzieścia. Na przystanek dziewięćdziesiąt pięć. Liczenie było łatwiejsze niż myślenie o tym, iż w domu nikt na niego nie czeka.
Kiedyś pracował jako ślusarz w Famosie, jeździł na delegacje, sprzeczał się z brygadzistami, śmiał z kolegami na palarni za halą. Teraz zakład zamknięto, a znajomych widywał coraz rzadziej. Jeden wyjechał do dzieci, ktoś inny leżał już na cmentarzu. Syn mieszkał w Krakowie, przyjeżdżał raz w roku, na trzy dni, zawsze w biegu. Córka na drugim końcu miasta, ale miała swoje sprawy, dwójkę dzieci, kredyt na mieszkanie. Powtarzał, iż się nie obraża. Ale wieczorami słuchał szmeru kaloryfera i chwytał się na tym, iż nasłuchuje może zadzwoni domofon?
Dziś wyszedł po chleb i do apteki. Profilaktycznie chciał kupić jeszcze jedno opakowanie tabletek na ciśnienie. Lekarka mówiła, iż lepiej nie dopuszczać do ataku. W kieszeni miał kartkę z dużymi literami, palce nieco się trzęsły, kiedy wyjmował ją, by sprawdzić, czy o niczym nie zapomniał.
Dotarłszy na przystanek, zobaczył, iż autobus właśnie odjechał. Ludzie się rozchodzili. Na ławce siedziała kobieta w jasnoszarym płaszczu i granatowej czapce. Obok jej siatka. Nie patrzyła w stronę ulicy, tylko na park.
Zawahał się. Stać mu było niewygodnie, krzyż bolał. Ławka wolna w połowie, ale zawsze bał się dosiąść obcej kobiety. A nuż się obrazi? Jednak wiatr przenikał, więc w końcu przysiadł.
Czy mogę się dosiąść? spytał lekko się skłaniając.
Kobieta odwróciła głowę. Miała jasne oczy z drobnymi zmarszczkami w kącikach.
Oczywiście, proszę bardzo rzekła i przesunęła siatkę.
Usiadł, opierając dłonie na skraju ławki. Zapadła cisza. Przejechał samochód, zostawiając za sobą woń spalin.
Te autobusy to teraz jak chcą jeżdżą mruknął, by jakoś zacząć rozmowę. Tylko się odwrócisz, a już nie ma.
Prawda kiwnęła. Wczoraj czekałam pół godziny. Dobrze, iż nie lało.
Spojrzał na nią uważniej. Twarz nie wydała się znajoma, ale na osiedlu tylu nowych ludzi, iż trudno zapamiętać wszystkich.
Mieszka Pani tu w pobliżu? zapytał ostrożnie.
Tam, za ulicą skinęła w stronę pięciopiętrowca. Pierwsza klatka przy sklepie. A Pan?
Za parkiem, w dziewięciopiętrowcu powiedział. Też w okolicy.
Znowu cisza. Jadwiga uznała, iż rozmowa na przystanku to nic nadzwyczajnego parę słów, rozejdą się i tyle. Ale mężczyzna wyglądał na zmęczonego i jakby lekko zagubionego, chociaż wyprostowany.
Do przychodni? spytała, zerkając na jego reklamówkę z logo apteki.
Tak, po leki uniósł torbę. Ciśnienie daje popalić. A Pani?
Po zakupy. I po prostu się przejść trzeba, bo by człowiek wcale z mieszkania nie wyszedł.
Powiedziała to i poczuła, jak coś ją ścisnęło w środku. Słowo w domu zabrzmiało za pusto.
Zza rogu wyłonił się autobus. Ludzie się poruszyli, przesunęli bliżej krawężnika. Mężczyzna wstał, odczekał chwilę.
A ja Henryk jestem powiedział, przełamując się. Marciniak.
Jadwiga Wiśniewska odpowiedziała, wstając. Miło poznać.
Wsiedli do autobusu, tłum ich rozdzielił. Jadwiga mocno chwyciła się poręczy, a autobus podskakiwał na nierównościach. Gdzieś między pasażerami złapała spojrzenie Henryka. Skinął do niej głową, odpowiedziała tym samym.
Po dwóch dniach spotkali się znowu tym razem w parku. Jadwiga już siedziała na swojej ławce, gdy spostrzegła znajomą sylwetkę. Henryk szedł, opierając się o laskę. Dawniej jej nie używał, widocznie, dla pewności, zaczął.
O, sąsiadka z przystanku uśmiechnął się, podchodząc. Można się przysiąść?
Pewnie odparła i choćby się ucieszyła.
Usiadł obok, laskę oparł o ławkę.
Dobrze tu rozejrzał się. Drzewa, dzieciaki biegają. Nie to, co w domu ściany przygniatają.
Sam Pan mieszka? spytała, uznając, iż można.
Sam przytaknął. Żona zmarła siedem lat temu. Dzieci mają swoje życie. A Pani?
Też sama powiedziała. Mąż dawno nie żyje. Syn z rodziną pod Poznaniem. Dzwonią, ale…
Wzruszyła ramionami. Pokiwał głową.
Dobrze, iż chociaż dzwonią stwierdził. Ale wieczorem, jak telefon zamilknie, robi się nieznośnie.
Te proste słowa niespodziewanie ją rozgrzały. Jeszcze chwilę rozmawiali o pogodzie, drożyźnie, iż zmienił się znowu lekarz rodzinny. Rozeszli się, ale na następny dzień oboje wyszli na spacer o tej samej porze.
Tak zaczęły się ich spotkania. Najpierw przystanek i park, potem sklep, więcej razy przechodnia. Jadwiga zorientowała się, iż tak ustawia zajęcia, aby natrafić na Henryka Marciniaka. choćby przed sobą tego nie przyznawała: raz wcześniej gotowała owsiankę, innym razem opóźniała wyjście.
Razem szli do przychodni, narzekali na kolejki elektroniczne, których jadwiga nie pojmowała.
To trzeba przez pacjent.gov, przez internet tłumaczyła młoda rejestratorka.
Jaki internet, burknęła, wychodząc na korytarz. Mam starą Nokię, ledwo na sms się łapie.
Henryk słuchał i ochoczo przytakiwał.
Pomogę Pani raz się zaproponował. Mam tablet podarowany przez dzieci. Tam jest ta rejestracja. Rozpracujemy razem.
Najpierw wzbraniała się, później przystała. Siedzieli na ławce pod przychodnią, a on, mrużąc oczy, przeklikiwał ekran, czasem dotykał nie tego, chwilił pod nosem. Ona się śmiała, lekko i bez wymuszenia.
Widzi Pani, triumfował w końcu, można wybrać lekarza i godzinę. Tylko hasło trzeba zapisać.
Zapiszę, pewnie zapewniła. Mam specjalny zeszyt.
Innym razem Jadwiga pomagała mu z rozliczeniami rachunków. Henryk przynosił całą paczkę z poczty, rozkładał na stole i wzdychał.
Kiedyś było prościej, mówił. Szło się do okienka, zapłaciło i po sprawie. A teraz kody, terminale, paski.
Po kolei strofowała go. To za światło, to za wodę, grunt się nie pomylić.
Siedzieli w jej kuchni, popijali herbatę. Ona wyjęła swoje dżem z czarnej porzeczki, on przyniósł chrupki. Za oknem dzieciaki jeździły na rowerkach. Jadwidze miło było patrzeć, jak Henryk wszystko układa w kupkach, konsultuje się, czasem się droczy.
Nie trzeba za mnie płacić! burknął pewnego razu, kiedy zaproponowała przelew przez terminal, bo jemu nie wychodziło. Sam ogarnę.
Ależ Pan daje pieniądze, ja tylko pomagam! zirytowała się. Co się Pan dziecinni.
Trochę się zmieszał, ale przystał. W sercu miał dziwne uczucie wdzięczność zmieszaną z zażenowaniem. Nie lubił czuć się zależny, choćby w drobnostkach.
Były czasem małe kłótnie. Nie głośne, raczej urażone. Kiedyś po zakupach rozmawiali o dzieciach.
Syn mi mówi, opowiadał Henryk, Tata, sprzedaj mieszkanie, przeprowadź się do nas, po co siedzisz sam? Ale co, na wersalkę się wcisnę? Przecież tam mają ścisk. A tu swoje.
Mój syn z kolei nalega, westchnęła Jadwiga, Mamo, przeprowadź się do nas, damy Ci pokój. Dom mają duży. Ale nie mogę się zebrać. Tu mam grób męża, koleżanki. A czasem myślę, może jednak powinnam była…
Lepiej nie! ożywił się. Tam człowiek jest nikomu niepotrzebny. Wszyscy w pośpiechu, dzieci lekcje, zajęcia. A starszy siedzi w kącie. Dość się takich historii nasłuchałem.
A tu komu jestem potrzebna? spytała cicho.
Zamilkł. Wzięło go to tu jakby poszło i o niego. Poczuł nieprzyjemny dreszcz.
No dobrze, przepraszam, mruknął. Myślałem, iż już…
Nie dokończył. Przyjaciele zabrzmiało w jego głowie zbyt górnolotnie.
Ja nie o Panu, łagodnie rzekła, zauważając napięcie. Po prostu czasem się boję, iż gdybym wyjechała, to wszystko by tu się urwało. Straszne to.
Przytaknął, ale resztę drogi szli już w milczeniu. Pod blokiem pożegnał się oschle, a wieczorem długo przewracał się w łóżku, dręczony myślą, iż wszystko zepsuł.
Przez kilka dni nie widzieli się. Pogoda się popsuła, padał mokry śnieg. Jadwiga mimo to wychodziła choć na chwilę, ale Henryka nie spotykała. Tłumaczyła sobie, iż pewnie zajęty, może chory. Jednak niepokój nie odpuszczał.
Czwartego dnia po powrocie ze sklepu znalazła w skrzynce karteczkę z dużym pismem: Dla Jadwigi Wiśniewskiej. Jestem w szpitalu. Henryk M. Ani adresu, ani numeru sali. Nic więcej.
Zadrżały jej ręce. Weszła do mieszkania, postawiła zakupy na taborecie, usiadła i gapiła się na kartkę. W głowie tłukły się myśli: Zawał? Udar? Kto pomógł? Czemu nikt nie zadzwonił?
Przypomniała sobie, iż Henryk kiedyś mówił o oddziale kardiologicznym w pobliskim szpitalu. Wyciągnęła swój telefon, znalazła w notatniku numer rejestracji. Zadzwoniła, długo słuchała sygnału, w końcu ktoś odebrał.
Chciałabym się dowiedzieć o pacjenta. Henryk Marciniak. Został pewnie niedawno przyjęty.
Przekierowywano ją, proszono o cierpliwość. Wreszcie podała numer sali i dopuszczono do odwiedzin.
Nie cierpiała szpitali, tego zapachu środków i wilgoci. Ale w dniu wizyty, ledwo wybiła godzina odwiedzin, Jadwiga była już pod drzwiami oddziału. Kupiła po drodze jabłka i małe kruche ciasteczka. Zastanawiała się, czy to dobry pomysł może nie powinien jeść słodkiego.
Henryk leżał na środkowym łóżku w sali trzyosobowej. Przewracał strony starej Polityki, pod głową miał dodatkową poduszkę. Na jej widok ucieszył się, choć w pierwszej chwili się speszył.
Pani Jadwigo! odłożył gazetę. Jak mnie Pani odnalazła?
Po nitce do kłębka odpowiedziała, stawiając siatkę na stoliku. Co się stało?
Serce mnie wzięło, westchnął. W nocy. Karetka przyjechała. Pobiegunę trochę tu poleżę.
Spojrzała na niego uważnie. Bladszy niż zwykle, podkrążone oczy, ale żar w spojrzeniu ten sam.
Dzieci wiedzą?
Córka przyjechała. Rosół przyniosła. Synowi nie mówiłem nie chcę martwić.
Starał się mówić spokojnie, ale wyczuła napięcie. Po chwili dodał:
Córka pytała o Panią. Kto to, mówi, ta sąsiadka co kartkę przyniosła? Powiedziałem, iż taka znajoma, dużo mi pomaga.
Jadwigę ukuło. Znajoma brzmiało sucho, niemal obco. Usiadła na stołku.
Bo taka prawda powiedziała rzeczowo. I czasem pomagam.
Spojrzał na nią i dotarło do niego, jak głupio to zabrzmiało. Zawstydził się.
Nie chciałem tak tego powiedzieć, przyznał szybko. Córka zawsze z dystansem. Jakbym powiedział koleżanka, zaczęłaby komentować, iż niby się młodnieje. Myślą, iż na starość ludziom odbija.
No cóż uśmiechnęła się. Ale w końcu nie mamy po osiemnaście lat, ale to nie znaczy, iż nie jesteśmy ludźmi.
Przytaknął. Zapanowało milczenie.
Wie Pani, po chwili odezwał się cicho. Najbardziej bałem się w nocy, nie tyle śmierci. Ale iż mnie zabiorą i nikt nie będzie wiedział, gdzie jestem. Leżysz, patrzysz się w sufit, nie masz do kogo zadzwonić. Dzieci daleko, swoje życia. A wtedy pomyślałem o Pani i uspokoiłem się. Przynajmniej ktoś wie, co się ze mną stało.
Jadwidze ścisnęło się gardło. Odwróciła wzrok na parapet, gdzie stał plastikowy kubek z zwiędłym kwiatkiem.
Ja też się boję, wyznała. Tylko udaję przed wszystkimi, iż nie. Synowi, sąsiadom. A po cichu wieczorem liczę, ile mi zostało tabletek. Śmieszne, co?
Nie śmieszne odpowiedział. Ja też liczę.
Uśmiechnęli się do siebie równocześnie. W tym uśmiechu było i wyznanie, i ulga.
Do sali weszła kobieta, czterdziestoparoletnia, podobna do Henryka te same oczy i podbródek. Tato, przyniosłam Ci zupę. Spojrzała na Jadwigę. A Pani to…?
To Jadwiga Wiśniewska, odrzekł spokojnie Henryk. Bardzo dobra znajoma. Pomaga mi z zapisami i rachunkami.
Dzień dobry powiedziała kobieta. Dziękuję, iż Pani pomaga. Bo on uparty, wszystko sam chce.
Dzień dobry, odpowiedziała Jadwiga. Czasem tylko chodzimy razem na spacery.
Córka kiwnęła, ale w jej oczach widać było zawahanie. Zabrała się za rozkładanie jedzenia, poprawianie kołdry, wypytywanie ojca. Jadwiga poczuła się zbędna, więc pożegnała się.
Jeszcze wpadnę.
Proszę przychodzić, odparł. jeżeli Pani nie będzie trudno.
Nie będzie, odparła.
W domu długo myślała o tej rozmowie. Znajoma skromnie i jak trzeba. Na ich lata zresztą wielkie słowa by nie pasowały. Najważniejsze, iż w najtrudniejszą chwilę o niej pomyślał.
Henryk leżał w szpitalu dwa tygodnie. Jadwiga odwiedzała go co drugi dzień, przynosiła owoce, czyste skarpetki, gazetę. Czasem tylko siedzieli w milczeniu, słuchając stukotu wózków na korytarzu. Innym razem opowiadali o dawnych czasach o pracy w fabryce, o szkole, o działkach sprzedanych przed laty.
Córka Henryka w końcu przyzwyczaiła się do jej obecności. Raz, odprowadzając ją do windy, powiedziała:
Dziękuję pani. Pracuję, nie zawsze mogę tu być. Dobrze, iż tata ma z kim pogadać. Ale niech pani nie bierze wszystkiego na siebie. Jak coś poważnego proszę dzwonić do mnie.
Proszę się nie obawiać, odpowiedziała spokojnie Jadwiga. Pani ma swoje życie. Ale jeżeli mogę pomóc, pomogę.
Henryka wypisali pod koniec kwietnia. Lekarz zalecił dużo spacerów, mniej nerwów i regularne lekarstwa. Córka odwiozła go autem, pomogła odpakować rzeczy. Następnego dnia, opierając się o laskę, wyszedł do parku.
Jadwiga już siedziała na ławce. Wstała na jego widok.
I jak zdrowie? zapytała, przyglądając się uważnie.
Żyję, uśmiechnął się. A to już połowa sukcesu.
Usiedli razem. Milczeli chwilę, wsłuchując się w gwar podwórka. Potem Henryk powiedział:
Wie Pani, dużo myślałem w szpitalu. Nie chcę być dla Pani ciężarem. Miło mi, iż się Pani pojawiała, ale się wstydzę może przez mnie rezygnowała ze swoich spraw.
Jakie tam sprawy, westchnęła. Zakupy, przychodnia, seriale. Nie przesadzajmy.
I tak, uparł się. Nie chcę, żeby musiała się Pani mną opiekować, tak jak pielęgniarka. Jestem dorosły facet, nie dzieciak.
Patrzyła na niego uważnie.
Myśli Pan, iż ja chcę być komuś ciężarem? spytała. Każdy się tego boi. Dlatego wszystko robię sama. Ale wie Pan, czego się jeszcze nauczyłam? Można siedzieć po kątach i bać się przeszkadzać. Albo się umówić pomagać na tyle, na ile można. Bez przesady.
Pomyślał chwilę.
To znaczy jak?
Na przykład: nie dzwoni Pan do mnie w nocy, żeby pogadać. Nie jestem pogotowie. Ale jak trzeba do przychodni i strach samemu, to proszę dzwonić. Kiedy rachunki, to przychodzi Pan. Ale zakupy sam ja nie jestem kurierem.
Uśmiechnął się.
Ostra Pani.
Uczciwa, poprawiła. Ja też mogę zadzwonić, jak mi źle. Ale nie będę wymagać, żeby Pan rzucał wszystko. Szanuję, iż ma Pan wnuki, dzieci. I Pan też szanuje, iż mój syn chce żebym była bezpieczna.
Przytaknął. Z tych słów spływał spokój nie trzeba udawać ani bohatera, ani ofiary.
To się umawiamy powiedział. Pomagamy sobie, bez grania w opiekuna czy podopiecznego.
Właśnie, uśmiechnęła się.
Od tej pory ich znajomość zrobiła się spokojniejsza. Dalej spotykali się na ławce, chodzili razem do przychodni, czasem wpadali na herbatę. Ale oboje wiedzieli, gdzie jest granica.
Kiedy Jadwidze zepsuł się kran w kuchni, zadzwoniła do Henryka.
Spojrzy Pan? Bo sama się boję, iż zaleję pół kuchni.
Zobaczę, zgodził się. Ale jak coś poważnego, wołamy fachowca. Ja już za stary do rur.
Przyszedł, pokręcił, stwierdził, iż musi być wymiana i pomógł wezwać hydraulika. W oczekiwaniu na niego rozmawiali, pili herbatę. Opowiadał, jak za młodu wszystkie sprzęty potrafił naprawić teraz ręce słabe. Słuchała i myślała, iż starość to nie tylko choroby, ale także umiejętność poproszenia o pomoc.
Czasem razem jeździli na targ. Henryk się targował o ziemniaki, Jadwiga wybierała kurczaka. W drodze powrotnej narzekali na ceny, ale wiedzieli, iż dzień bez takiego wyjścia byłby pusty.
Dzieci reagowały różnie. Syn Jadwigi raz zadzwonił i ostrożnie zapytał:
Mamo, kto to ten Henryk Marciniak, o którym wspominasz?
Sąsiad, odparła. Spacerujemy razem, pomaga mi przy tablecie, ja jemu z rachunkami.
No dobrze, zastrzegł. Tylko, mamo, nie dawaj nikomu pieniędzy ani dokumentów. Teraz różnie bywa.
Uśmiechnęła się.
Synku, nie jestem naiwna.
Córka Henryka też wypytywała.
Tato, nie obciążaj sąsiadki. Ona ci nie pielęgniarka. Może ma swoje plany.
Mamy umowę, odpowiadał spokojnie. Nie wykorzystujemy się nawzajem.
Jaką umowę? śmiała się.
Staruszkową, żartował.
Lato przyszło niepostrzeżenie. W parku rozwinęły się liście, ławki były bardziej zatłoczone. Młode mamy, nastolatki w słuchawkach, inni emeryci. Ale ławka Jadwigi i Henryka była niemal ich miejscem. Siadali na tych samych miejscach, jakby to porządkowało ich świat.
Pewnego wieczoru, gdy słońce już zachodziło, ale wciąż było jasno, spokojnie siedzieli i patrzyli, jak dzieciaki grają w piłkę. Powietrze było ciepłe, pachniało trawą i kurzem. Henryk poprawił laskę, przystawił do ławki.
Wie pani, nad czym się zastanawiałem powiedział, nie spuszczając oka z dzieci. Kiedyś myślałem, iż starość to już tylko koniec: praca minęła, przyjaciele odpadli, miłości nie ma, zainteresowania nikną. Zostają tylko tabletki i telewizor. A jednak coś może się zacząć inaczej niż dawno, ale jednak.
O nas pan myśli? lekko się uśmiechnęła.
O nas, przyznał. Nie wiem, jak to nazwać. Przyjaźń, partnerstwo, wspólne stanie w kolejce. Ale przy Pani mi spokojniej. Nie czuję już takiego strachu.
Spojrzała na jego dłonie, pomarszczone, z wyraźnymi żyłami. Potem na swoje. Takie same przeżyte życie.
Mnie też powiedziała. Jakiś czas temu, gdy wieczorem zasypiałam, myślałam: a jak jutro nie wstanę, kto zauważy? Dziś wiem, iż przynajmniej jedna osoba dziwi się, dlaczego nie przyszłam do parku.
Cicho się roześmiał.
Nie tylko się zdziwię, odparł. Postawię całe osiedle na nogi.
I bardzo dobrze, odpowiedziała.
Posiedzieli jeszcze chwilę, potem wstali. Szli powoli, każde swoją stroną ścieżki. Przy przejściu się zatrzymali.
Jutro do przychodni? spytał.
Tak. Mam badanie krwi. Idzie Pan ze mną?
Z Panią uśmiechnął się. Ale do drzwi gabinetu, dalej sama inaczej, jeszcze się Pani rozgada, a ja wszystkie siły stracę.
Uśmiechnęła się.
To ustalone.
Rozeszli się do swoich klatek. Jadwiga wdrapała się na piętro, otworzyła drzwi, weszła do cichego mieszkania. Postawiła siatkę, poszła do kuchni, włączyła czajnik. Gdy woda się grzała, podeszła do okna i spojrzała pod blok.
Na dole, przy wejściu, Henryk grzebał w zamku. Poczuł jej wzrok, podniósł głowę, zamachał ręką. Odpowiedziała tym samym.
Czajnik zagwizdał. Wróciła do kuchni, zalała herbatę, ukroiła kromkę chleba. Usiadła przy stole. Na krześle naprzeciw leżał jej robiony na drutach szal. Położyła na nim dłoń i poczuła, iż w tym spokoju jest coś nowego. To nie jest taka zupełna cisza. Gdzieś niedaleko, po drugiej stronie podwórka, był człowiek, z którym jutro pójdzie do przychodni posiedzą razem, ponarzekają, zapytają o siebie.
Starość została. Ból w kolanach, leki do końca życia, ceny wciąż rosły. Ale teraz miał kto jej podać dłoń nie jako cud, nie jako ratunek. Po prostu jeszcze jedna ławka w życiu, na której można przysiąść we dwoje, odetchnąć i ruszyć dalej własnym krokiem, ale razem.















