Łapacz snów

newskey24.com 4 godzin temu

Łapacz snów

Znowu?! Sima, Simuś! Obudź się! Bo zaraz obudzi maluchy! Trzymaj ją! Lena zsunęła się z łóżka i potrząsnęła siostrą za ramię. I kiedy ona w końcu się uspokoi

Sonia rzucała się przez sen, a jej żałosny, przeciągły jęk wypełniał pokój, przeszywając serca domowników i sprawiając, iż wszyscy mimowolnie rozglądali się za siebie.

Jak w kiepskim horrorze mruknęła Sima, zsunęła z siebie kołdrę i z zamkniętymi jeszcze oczami podeszła do łóżka Soni.

Otuliła ją swoją kołdrą, położyła się obok, przytuliła siostrę i cicho zaśpiewała:

Baj, baj, laj, nie śpij na brzegu O rety! Lenka! Jakie tu baju-baju! Ona cała płonie! Obudź mamę!

Lena kręciła się przy łóżku Soni, westchnęła i poszła jednak do pokoju rodziców. Co robić? Sonia to taki sam ich brat, jak reszta dzieci. Mama tylko by się zezłościła na nią i Simę, gdyby się dowiedziała, iż coś przed nią ukryły.

W sypialni rodziców panowała cisza. Lena wyciągnęła rękę nad łóżeczkiem Sebastiana, stojącym tuż przy łóżku, i pogłaskała po ramieniu Joannę.

Mamusiu

Duże, czekoladowe oczy Joanny otworzyły się natychmiast, jakby wcale nie spała, a jej ciepła dłoń przykryła palce Leny.

Co się stało, kochanie?

Soni źle! Mamo, ona ma chyba wysoką gorączkę. Jest gorąca jak żelazko!

Sebastian cicho zaskomlał i Joanna natychmiast zaczęła nucić, zupełnie jak wcześniej Sima:

Baj, baj

Jej palce objęły delikatne nadgarstki córki, ułożyły jej dłoń na boku brata.

Pokołysz go chwilę, żebym mógł się nie obudzić. Zaraz wrócę

Z lekkością, jakby nie minął wczoraj ból pleców po nieudanym upadku z drabiny podczas wiosennych porządków, Joanna podniosła się z łóżka i boso przebiegła do pokoju dziewczynek, wsłuchując się w ciepłą ciemność śpiącego domu.

Dom był jej dumą. Ile razy słyszała, iż ona i Andrzej nie dadzą rady poprowadzić budowy Że po co ten trud i wysiłek, skoro znacznie wygodniej byłoby mieszkać w mieszkaniu w bloku

Bliscy wzruszali ramionami, nie kryjąc się choćby z takimi słowami:

Po co wam ta chałupa?! Przecież nie macie dzieci!

Serce Joanny ściskało się z żalu, głowa opuszczała się nisko, jakby ktoś obcy, całkowicie obojętny wobec cudzego bólu, jeszcze bardziej ją przytłaczał. Nie możesz zostać matką? Nie była ci dana ta rola? To nie masz prawa patrzeć światu prosto w oczy! Nie powinnaś dumnie nosić swojej pięknej głowy są lepsi, godniejsi od ciebie!

Ile razy Andrzej, widząc jej spuszczone oczy i smutek po rozmowie z matką czy ciotkami, obejmował ją mocno, wtulając jej policzek w dołek przy swojej szyi. Czuła, jakby byli połączeni niewidzialną nicią dzielili choćby najskrytsze myśli. Jakby nie dało się czuć czegokolwiek tak, by ten drugi tego nie odczuł.

Nie przejmuj się! Nie słuchaj ich! Nic nie wiedzą!

Ale Andrzejku, przecież oni mają rację! Nie będziemy nigdy mieć dzieci

Jeszcze zobaczymy! Andrzej zagryzał wargi z gniewu na wszystkich, którzy śmieli zranić jego ukochaną, i przysięgał sobie, iż zrobi wszystko, by jej marzenie się spełniło.

Zdawało się, iż wszystko jest możliwe, jeżeli ma się środki i mieszka blisko Warszawy. Ale klinika jedna, potem druga, trzecia… A wszędzie odmowa. Lekarze rozkładali ręce:

Nie jesteśmy cudotwórcami!

Joanna znowu unikała wzroku męża. Gdy Andrzej wspomniał o budowie domu, odważyła się po raz pierwszy powiedzieć wprost:

Nie ze mną, Andrzej Kocham cię i wiesz o tym Ale powinieneś mieć rodzinę. jeżeli nie mogę dać ci dziecka, to złożę pozew o rozwód.

A co! Andrzej ze złości położył w kuchni kubek z gorącą herbatą, parząc przy tym ucho, i tańczył wokół stołu. Joasiu, przestań mi tu! Jestem prosty chłop potrafię powiedzieć po polsku, co o tym wszystkim myślę! Twojej mamie nie spodoba się taki zięć co tu dużo mówić! Ale choćby i tak! Kto ci powiedział, iż cię tak odpuszczę? No, wybacz! Głupiutka jesteś! Nazwałbym cię jeszcze dobitniej, ale ty się na tym znasz!

Ja?! Joanna uniosła zaskoczona głowę i zapomniała choćby o łzach.

A kto?! Kto takie rzeczy wygaduje? Ja ciebie potrzebuję! A dzieci? Jak będą – będzie dobrze, jak nie będzie… Taka nasza droga! Nie każdy musi być rodzicem…

Joanna nie uspokoiła się na tych słowach. Co z tego, iż teraz tak mówi, młody jest, ale potem? Zacznie się zastanawiać i będzie za późno.

Ale Andrzej trwał przy swoim. Zbyt długo czekał na tę, która stała się jego szczęściem.

To był drugi związek Joanny.

Pierwszy raz wyszła za mąż mając dziewiętnaście lat, a jej jedynym celem była ucieczka z domu spod ciężkiej ręki mamy, Zofii.

Stosunki z matką od zawsze były trudne. Zofia raz kochała ją do szaleństwa, chwaliła się córką wszystkim znajomym, a czasem jakby ktoś pociągnął za niewidzialne sznurki zapominała, iż tak bardzo jest z Joanny dumna i znowu krytykowała jej każdą decyzję.

Jakim cudem miałam tak nieudane dziecko?! Joasiu! Czasem patrzę na ciebie geniusz! A czasem Co ty masz w tej głowie?!

Joanna nie potrafiła odpowiedzieć na to pytanie. Zawsze spuszczała wzrok, skulona pod karcącym spojrzeniem matki i zastanawiała się, jak ma kochać tę, która ją krzyczy.

Ktoś spyta czy Joanna kochała mamę? Bez wahania odpowiedziałaby: Tak!. Przecież matkę się kocha, choćby nie wiem co! Z wiekiem zrozumiała, iż wykształcenie, praca, znajomości nie zmieniają serca na cieplejsze. Jej mama robiła świetne wrażenie, potrafiła rozmawiać z każdym ale własnej córki nie rozumiała.

Mamo, czemu mnie nie kochasz? wyrwało się Joannie tydzień przed ślubem, gdy Zofia wykrzywiła się na widok sukni ślubnej córki i kpiąco zapytała, skąd wzięła te szmatki.

Joanna przez miesiąc szukała idealnej kreacji była pewna, iż prosty styl mamę przekona. Zaniemówiła. A potem powiedziała wreszcie to, co już dawno chciała.

Mamo! Powiedz! Nie rozumiem! Jestem jedynaczką. Z tatą wam się chyba dobrze układało. Co ze mną nie tak?! Czemu jesteś dla mnie taka ostra?

Nie wygłupiaj się!

Jak tu nie?! Co bym nie zrobiła, wszystko źle

To zrób dobrze! Wszystko się ułoży! Joasiu, nie wykańczaj mnie nerwowo! Jak chcesz, żeby ci akceptować wszystko? Niech cię los oszczędzi! Matka nie po to jest, żeby całować. Czasem trzeba zganić.

Czasem

Daj spokój! Jak będziesz miała własne dzieci zrozumiesz!

Co zrozumiem?

Jak trudno czasem kochać własne dziecko! Jak trudno mu to pokazać! Czy robiłam za mało dla ciebie?!

Nie o to chodzi!

Więc o co?! Ojciec miał tylko swoje sprawy, a tobą zajmowałam się ja. Bo dziewczynka to matczyne zadanie. Syn to co innego

Wtedy Joanna pierwszy raz pojęła, czemu w jej rodzinie nic nie grało. Gdy dopytała ciotki, upewniła się rodzice chcieli syna, pojawienie się jej nie wzbudziło entuzjazmu.

Boże, jakie tu średniowiecze! Joanna szła przez jesienny park, próbując pojąć nowe fakty. Chłopiec byłby super, a dziewczyna nie bardzo?! Co za bzdura… Ja nigdy nie będę dzielić dzieci. Mam nadzieję Oby nie! Boże, tak bardzo tego nie chcę! Słyszysz? Pomóż mi naucz mnie

Ślub był wystawny i całe zamieszanie trochę bez sensu. W ciasnym gorsecie Joanna ledwo oddychała, a matka zachwycała się i ściskała ją w pasie.

Jak cudownie, córeczko! Jaka piękna para! Jesteś szczęśliwa?

Nie umiała odpowiedzieć wprost. Kiwała głową, szukając wzrokiem przyjaciółki, która miała poluzować jej gorset, byle nie doprowadzić do kolejnej fali docinków.

Ich małżeństwo trwało półtora roku. Kiedy mąż dowiedział się o poronieniu, wziął manatki i wyjechał do matki, nie czekając choćby na jej wyjście ze szpitala.

Mieszkanie kupione przez rodziców opustoszało. Zofia świergotała, odbierając Joannę ze szpitala:

Wynajmiemy je, wrócisz do nas! Czas zrozumieć swoje błędy! Skończ studia, a my z ojcem znajdziemy ci odpowiednią partię. Nie warto ufać takiej młodej głowie. Zapłacisz za ten błąd!

Joanna milczała. Z ojcem ustaliła, by mogła sama mieszkać.

Tato, jeżeli choć odrobinę mnie kochasz, pozwól mi mieszkać osobno. Tu mnie boli…

Zdziwiony, ale uszanował jej wolę. Przez pół roku rodzina pomagała, ale potem Joanna sama się utrzymywała. Matka poradziła odkładać jej pieniądze, gdyby ciężko przyszło.

Skończyła studia, awansowała, ale w miłości się nie łapała. Nie była nieładna, ale brakło jej tej iskierki, która przyciąga. Była jak dogasający węgielek tliła się, ale ciepła brak.

To wszystko miało przyczynę.

Komplikacje po przedwczesnym porodzie sprawiły, iż lekarze powiedzieli wprost: raczej już nigdy nie zostanie mamą.

Załamało ją to. Działała na autopilocie, pracowała, jeździła z rodzicami do rodzin, ale życia w oczach nie było.

Co z Joanną, Zofia? starsza siostra Zofii, Barbara, napomknęła, iż trzeba coś zrobić.

Co niby?

Popatrz na nią! To żywy pomnik! Oczy martwe! Przemyśl to!

Joanna nie wiedziała o tych rozmowach, nie dziwiła się więc nowym, licznym znajomym pojawiającym się na rodzinnych spotkaniach.

Na jednym z takich spotkań poznała Andrzeja.

Nie był zaproszonym kandydatem na męża, ale zwyczajnym taksówkarzem, który przywiózł ciotkę. Joanna wyskoczyła w śnieżnobiałym futerku, chwyciła za drzwi i powiedziała stanowczo:

Do miasta!

Nie zniosła już tego świątecznego udawania, recytowania wierszyków na zawołanie miała dość wszystkiego. Czuła, iż rodzinie bardziej zależy na pozorach niż na tym, co w duszy i sercu dzieci.

Andrzej nie pytał o nic zawiózł ją, gdzie poprosiła i mruknął, gdy zapomniała portfela.

Oj

Nie masz gotówki?

Nie wzięłam torebki Klucze mam w kieszeni, a portfel został w domu

Nie szkodzi! Uśmiechnij się do mnie i jesteśmy kwita.

Joanna tylko pokręciła głową.

Proszę chwilę poczekać, zaraz zejdę.

Ale gdy zeszła z pieniędzmi Andrzeja już nie było.

Jej ucieczka nie przeszła bez echa. Matka rozpętała awanturę, ojciec skomentował tylko, by w przyszłości uprzedzać kogoś z rodziny, gdy wychodzi, żeby nie wszczynać alarmu.

Następnego dnia Andrzej stał pod jej domem, gdy Joanna spieszyła się do pracy.

Wsiadaj!

Andrzej był spokojny, żartobliwy, nie onieśmielał jej choć na obcasach była od niego prawie wyższa.

Zaraz wracam!

Joanna przebrała buty i wróciła, Andrzej otworzył drzwi:

Siadaj obok, łatwiej pogadać.

Tak się zaczęła ich znajomość.

Joanna sama siebie zaskakiwała budzącymi się uczuciami. Ona, córka filologa i biznesmena, a on zwykły kierowca? Rodzina nie zaakceptuje tego. Ale Andrzej miał w sobie coś, co ogrzewało duszę i Joanna postanowiła niech ludzie gadają, ona wie, czego chce!

O swoich trudnościach powiedziała Andrzejowi przed ślubem.

Co powiesz? obracając w dłoniach pluszaka od Andrzeja, Joanna nie patrzyła mu w oczy. Może nigdy nie będziemy mieć dzieci… Rozumiesz to?

Najważniejsze, iż cię kocham, a nie ile będzie dzieci! powiedział. Ludzie zakładają rodziny nie tylko dla dzieci.

Łatwo ci mówić…

I potem powiem to samo. Ojciec mnie wychował na faceta, co jak powie, to rzadko zmienia zdanie. Dasz mi szansę?

Pobrali się w mieście, wesele urządzili u rodziców Andrzeja na wsi. Rodzice Joanny nie przyjechali. Ojciec przyszedł dopiero pod koniec, pogratulował i wyszedł. Wiedziała, jaką cenę zapłaci za to nieposłuszeństwo Zofia w takich sprawach nie znała litości, a sofa w gabinecie ojca skrzypiała potem długo.

Z rodzicami Andrzeja Joanna odnalazła się od razu.

Chudziutka jaka… przyszła teściowa, Teresa, oglądała ją z każdej strony. Andrzej, nakarm ją! Jak gotować nie umie, to cię nauczę. Chodź, pomożesz mi dżem z truskawek robić, bo chłopy zjedzą wszystko, a potem nie będzie z czego warzyć!

Mamo! Andrzej dusił się ze śmiechu, widząc zaskoczenie Joanny.

Nie mamkuj! Wytłumaczą ci potem!

Siedząc w kuchni, Joanna poczuła, iż podoba jej się ten dom i ta rodzina. Nie udają, ciepło bije z każdego kąta. Przekazali jej od razu przepis na pyszny dżem z truskawek, bo Andrzej lubi, a jeść powinien w domu, nie u matki!.

Kiedy Teresa dowiedziała się o problemie Joanny, otarła ręce o fartuch, przytuliła ją do piersi.

Oj dziecko, szkoda Ale powiem ci dzięki za szczerość! Inna by nie powiedziała. A dzieci? To boska sprawa, nie nasza

My choćby domu nie mamy jeszcze

Zbudujecie! Dobrze wybrałaś męża. U nas w rodzinie każdy odpowiada za słowo. On bardzo cię kocha to widać.

Joanna wierzyła teściowej bardziej niż matce.

Dom rósł, Andrzej założył firmę transportową. Teść pomógł z kontaktami, a Joanna, która zdobywała doświadczenie jako adwokatka, marzyła już o czymś więcej niż kariera.

Skończyli szkołę dla rodziców zastępczych i zaczęli szukać swojego dziecka.

Nie zdążyli długo szukać zadzwoniła Teresa.

Asia, dzieci są! Smolińscy, sąsiedzi, po pożarze oddali trójkę matka napisała zgodę, by je odebrać. Tyle lat je znałam, dziewczynki jak złoto, o braciszka dbają. Wiem, iż chcieliście jedno, a tu od razu trzy Ale dzieci nie są obce, od małego nazywają mnie babcią. Przemyślcie to. Szkoda, żeby zmarniały w domu dziecka!

Joanna, nie namyślając się, razem z mężem pojechała po dzieci.

Siedmioletnia Sima i sześcioletnia Lena tylko przez chwilę były nieśmiałe.

Nie martw się tak! Widzimy, iż jesteś dobra.

Dwuletni Szymek już po dwóch tygodniach wołał na Joannę mama i chodził za nią jak cień. Tylko jej rodzina nie była tego świadoma.

Rany, co za głupota! Joanna, o czym myślałaś? Troje dzieci z taką genetyką! Jak mogłaś się na to zgodzić?!

Mamo, jestem prawnikiem…

Wykształcili cię sobie na zgubę! Joanna!

Co?! Joanna po raz pierwszy w życiu podniosła głos na matkę. Zawsze słuchałam, a teraz przyszła kolej, by sama decydować!

Ty mnie już dawno nie słuchasz! Najpierw ten Andrzej, teraz Wybór, Joanno, wybór

Joanna rozłączyła rozmowę i poczuła, iż naprawdę dorosła.

Mijały kolejne lata.

Dzieci rosły, były pełne euforii i szaleństw. Joanna pracowała online dla kilku biur nieruchomości i coraz bardziej odnajdywała euforia we wspólnym życiu.

O tym, iż jest w ciąży, dowiedziała się przez przypadek. Przypisywała złe samopoczucie przemęczeniu, aż Andrzej stanowczo wysłał ją do lekarza.

Teściowa spojrzała na nią przenikliwie, poklepała po policzku i rzekła:

Posłuchaj męża, córeczko. Idź. Choć i tak wiem, co ci dolega, ale nie uwierzysz mi na słowo niech powie lekarz, tak będzie lepiej.

Gdy Joanna usłyszała diagnozę, nie chciała wierzyć.

Niemożliwe! upierała się. To nierealne…

Proszę wybierać słowa. Lekarz odwrócił ekran Proszę, tu jest! Malutkie, ale już widać. Mąż miałby zobaczyć?

Proszę…

Płakała jak dziecko, patrząc na obrazek, o którym już nie śmiała marzyć.

Sebastian urodził się zimą i wniósł do domu tyle euforii i zamieszania, iż Joanna nie wiedziała, czy śmiać się, czy płakać.

Sima i Lena zaakceptowały pojawienie się brata filozoficznie. Jednego więcej, jednej mniej. Liczy się, by pomóc mamie.

Za to Szymek zareagował buntowniczo, domagał się uwagi Joanny.

Szymku, kochanie, czemu tak robisz? Joanna, tuląc maleńkiego Sebastiana do karmienia, drugą ręką ogarniając Szymka. Jestem przy tobie!

Trwało to, ale w końcu Szymek pogodził się z pojawieniem się braciszka.

Los jeszcze raz zaskoczył rodzinę, gdy pojawiła się Sonia.

Dzięki niej Joanna wreszcie pogodziła się z rodzicami. Sytuacja była tragiczna Sonia była córką kuzynki Joanny, Agaty, mieszkającej daleko za granicą. Telefon w środku nocy zburzył spokój.

Joanno! Poczekaj, nie krzycz, nie rozumiem! Co się stało?

O Boże, Agata! Twoja siostra Jej Boże, on ją zabił! Mówiłam, iż coś z nim nie tak, nikt mnie nie słuchał! Teraz Agaty nie ma! Zostało tylko dziecko z piętnem na całe życie! Kto zaopiekuje się córką człowieka, który odebrał życie własnej żonie?!

Mamo, spokojnie! Gdzie teraz jest Sonia?

Skąd mam wiedzieć?! Joanno, przestań zadawać głupie pytania!

Tak, już dzwonię do cioci Basi!

Barbara załatwiła wszystko. gwałtownie ustalili, do jakiego pogotowia rodzinnego trafiła Sonia. Joanna i Andrzej pojechali po nią.

Sonia była przerażona, zamknięta, wycofana po miesiącach w ośrodku. Często, budzona przez krzyk Soni, Joanna siadała przy jej łóżku, uspokajając ją:

Soniu, już jesteś w domu! Ja tu jestem! Wszystko będzie dobrze.

Ale to nie wystarczyło Sonia nie mogła przywyknąć do nowego życia.

A mama niedługo przyjdzie? kurczowo ściskając jej dłoń, Sonia chowała twarz w ramieniu Joanny. Była jej wstyd przed innymi dziewczynkami, iż znowu krzyczała.

Soniu, rozmawiałyśmy już na razie jesteś u nas. Mama

Joanna z początku lawirowała jak radził psycholog, ale w końcu Sonia zapytała wprost:

Nie wróci już?

Joanna spojrzała jej prosto w oczy.

Tak, maleńka. Mama już nie wróci

Ku zdziwieniu Joanny, Sonia przyjęła tę nowinę spokojnie, z płaczem, ale pozwoliła już starszym dziewczynkom się przytulić.

Mijały tygodnie, a Sonia przez cały czas krzyczała przez sen.

Z pomocą przyszła Sima i Lena, próbując otoczyć dziewczynkę czułością.

Babciu, czemu Sonia tak się boi? My się już nie boimy

Bo wy jesteście silne! Siła rodzi się przez doświadczanie. Sonia nie nauczyła się walczyć, żyła pod kloszem u mamy. Co zrobić? Strach leczy się miłością gdzie jej dużo, tam nie ma miejsca na lęk. Pokażcie jej, iż jest tu kochana

Dziewczynki próbowały zabawki, gumki do włosów, choćby Lenina bluzka jej ulubiona. Sonia z wdzięcznością odmawiała.

Pomógł Szymek. Babcia Teresa dała mu książkę o Indianach. Szymek nagle chciał wracać do domu.

Szymku, czemu? Miałeś tam spać?

Muszę! i jak dorosły zmarszczył brwi.

Po powrocie, rzucił kurtkę, pobiegł do dziewczynek i pokazał obrazek w książce.

To jest łapacz snów! Musimy taki zrobić dla Soni! Jej sny złapie do tej pajęczynki i już nie będzie krzyczeć i płakać!

Sima klasnęła w dłonie.

Joanna kupiła sznurki i koraliki. Dwa gęsi babci Teresy straciły najładniejsze pióra. Dzieci wzięły się do pracy.

Szymek na podłodze wybierał koraliki.

Niebieski, jak twój ulubiony kolor, czerwony jak mój, żółty jak u Simy, biały jak u Leny

Na razie trzymali pomysł w tajemnicy przed Sonią.

Ale tej nocy Sonia znowu się obudziła z krzykiem, pierwszy raz wyciągnęła ręce do Joanny i powiedziała:

Nie oddawaj mnie!

Joanna pochwyciła ją w ramiona.

Moja dziewczynko, płoniesz! Nie bój się, nie oddam cię nikomu!

choćby jemu?

Komu, maleńka?

Tacie…

Dopiero teraz Joanna dotarła do prawdy Sonia wiedziała, co się stało, była świadkiem tragedii.

Joanna uspokoiła dziewczynkę, a starsze dziewczynki jak zawsze były obok. Andrzej wyrwał się z łóżka, Teresa i Lena szykowali zimne okłady, ściągali gorączkę, podawali wodę.

Lekarze, kiedy przyjechali, nie mieli już wiele do roboty. Joanna, przemoczona w pidżamie, tuliła Sonię, raz śmiejąc się, raz płacząc.

Rano Joanna obudziła się wśród dzieci, zobaczyła na ścianie łapacz snów.

Co to, Leno?

Z Simą skończyłyśmy jak spałaś. Wymyślił to Szymek żebym łapał złe sny Soni. Ale mi się wydaje, iż nie jest aż tak potrzebny.

Tak?

Bo Sonia ma już swój łapacz snów.

Jak to?

Ty jesteś jej łapaczem snów! W nocy trzymała cię za rękę i nie krzyczała już. Wyganiałaś jej koszmary.

Joanna spojrzała na swoje dzieci Sima, Lena, Szymek, Sonia, Sebastian Babcia Teresa, dziadek Kazimierz, babcia Zofia ile razem stworzyli prawdziwy dom.

Głosy dzieci dobiegły z kuchni, roześmiała się Teresa, wtórowała jej Zofia, z podjazdu rozległ się dźwięk powracającego z pracy Andrzeja.

Joanna otuliła Sonię.

Teraz wszystko jest, jak być powinno… Wszyscy są na swoim miejscu, w domu, w rodzinie

A jeżeli ktoś jeszcze się pojawi, czas pokaże.

Bo dom, w którym jest miłość, zawsze ma miejsce dla kolejnej dobrej duszy.
I dom, który ochroni przed każdym złym snem.

Idź do oryginalnego materiału