Bartek miał dziewięć lat, kiedy zaczął stawać przy rondzie na Naramowicach z wiadrem goździków. O szóstej rano, jeszcze przed korkiem, ustawiał się między pasami przy przejściu dla pieszych, tam gdzie tramwaj numer czternaście zwalniał przed zakrętem. Mama sprzątała klatki schodowe na Winogradach, ojca nie było od dawna — nikt w bloku nie mówił dlaczego, po prostu nie było, i tyle.
Pachniało spalinami i mokrym asfaltem, a z kiosku Ruchu na rogu dobiegał radiowy serwis dla kierowców — korki na Trasie Katowickiej, jak co dzień. Sąsiadka z parteru, pani Halina, trzymała kota, który wychodził na balkon i patrzył na ruch tak, jakby też czekał na klienta.
Pewnego wtorku, gdy Bartek biegł między samochodami z pękiem kwiatów, zatrzymał się przy nim starszy mężczyzna w prochowcu — czekał, aż zmieni się światło, i zamiast przejść, zapytał chłopca, dlaczego ten codziennie ryzykuje życie na takiej drodze.
— Mama nie ma na czesne do szkoły muzycznej, ale ja chcę wrócić do zwykłej podstawówki, panie — powiedział Bartek, patrząc na własne buty, za duże, po starszym koledze. — Zbieram na książki.
Mężczyzna, który przedstawił się jako pan Zenon, pokręcił głową.
— Chłopcze, jedno auto, jeden kierowca, który spojrzy na telefon — i po tobie. Dla podręczników? To się nie opłaca. Znam ludzi, którzy nigdy nie skończyli szkoły, a mają firmy, warsztaty, sklepy. Liczy się to, co robisz rękami, nie papier ze szkoły.
Mówił to codziennie przez tydzień, aż w końcu przyniósł Bartkowi sto złotych i powiedział, żeby dał sobie spokój z kwiatami, znalazł coś bezpieczniejszego — pomoc w warzywniaku, roznoszenie ulotek, cokolwiek. Bartek posłuchał. Zamiast wiadra z goździkami zaczął nosić skrzynki z pomidorami dla pana Krzyśka z bazarku przy Wilczaku. Szkoła gdzieś się rozmyła — zeszyty zostały w szafce, potem nie było już choćby szafki.
Piętnaście lat później Bartek miał dwadzieścia cztery lata i stał na tym samym rondzie, tylko teraz nie sprzedawał niczego. Trzymał kubek po kawie z Żabki, w którym pobrzękiwały drobne. Nie skończył zawodówki, z warzywniaka go zwolnili, gdy pan Krzysiek sprzedał stragan. Ostatnią pracę — na budowie przy nowym osiedlu na Junikowie — stracił, bo nie potrafił czytać instrukcji BHP na tyle szybko, żeby zdać egzamin brygadzisty.
Podszedł do niego mężczyzna w tym samym prochowcu, tylko postarzałym, z laską, którą stukał o krawężnik.
— Panie… może pan coś rzuci na chleb?
Mężczyzna zmierzył go wzrokiem, jakim ocenia się towar na targu.
— Młody, silny człowiek żebrze na rondzie. Dlaczego nie skończyłeś szkoły, nie nauczyłeś się zawodu?
— Mama nie miała pieniędzy — odpowiedział Bartek cicho, patrząc na jego buty, teraz porządne, skórzane.
— Nie zwalaj tego na matkę. Znam chłopaków z blokowisk, którzy roznosili gazety o piątej rano, żeby opłacić kurs zawodowy. Trzeba było się starać, a nie czekać, aż ktoś poda na tacy.
Bartek zamarł z kubkiem w dłoni. Ten głos — ten sam ton, ta sama pauza przed słowem "chłopcze" — poznał go od razu, choć twarz postarzała się o piętnaście lat. To był ten sam pan Zenon, który kiedyś dał mu sto złotych za to, żeby przestał sprzedawać kwiaty.
Nie powiedział mu tego wtedy. Nie miał siły na kłótnię przy rondzie, gdzie tramwaj czternastka znów zwalniał przed zakrętem, tak jak piętnaście lat temu. Zabrał tylko drobne, które mężczyzna w końcu wyjął z portfela, i poszedł w stronę przystanku.
Ale coś w nim się przełamało — nie od razu, nie tego samego wieczoru. Przez kolejny miesiąc Bartek pilnował mieszkania sąsiadki, pani Haliny, gdy ta leżała w szpitalu na Lutyckiej, karmił jej kota i podlewał storczyki na parapecie. To ona, wracając do zdrowia, pokazała mu ogłoszenie w gazecie: kurs spawacza w Zespole Szkół przy Rubież, dofinansowany przez urząd pracy, z gwarancją stażu w firmie produkującej konstrukcje stalowe pod Poznaniem.
Zapisał się we wrześniu. Kurs trwał osiem miesięcy, egzamin zdał za trzecim podejściem — pierwsze dwa oblał, bo ręce mu się trzęsły, gdy trzeba było spawać pod presją czasu. Po roku miał już papiery uprawniające do pracy na budowach przemysłowych, po dwóch — stałą umowę w firmie na Franowie, cztery tysiące osiemset złotych na rękę, świadczenia, urlop.
Dokumenty z kursu, świadectwo egzaminu spawalniczego i pierwszą umowę o pracę trzyma w niebieskiej teczce z klapką, którą kupił za dwa złote w sklepie papierniczym przy Winogradzkiej. Nie wyrzucił jej, choć rogi już się wystrzępiły — nosi ją w plecaku, kiedy jedzie na rozmowy o kolejnych zleceniach, jako dowód, iż ma za sobą coś więcej niż wiadro kwiatów przy rondzie.
Rok temu, wracając z pracy, zobaczył pana Zenona przy tym samym przystanku, teraz już z balkonikiem, w towarzystwie opiekunki. Mężczyzna go nie poznał. Bartek nie podszedł. Wsiadł do tramwaju czternastka, usiadł przy oknie i patrzył, jak sylwetka w prochowcu znika za szybą, zasłonięta przez reklamę banku.









