Kuzyn męża przyjechał do nas na nocleg z rodziną na pogrzeb – a nie przywieźli choćby małego upominku dla teściowej, choć wszyscy czekaliśmy z otwartymi ramionami

polregion.pl 2 godzin temu

Przyjechał kuzyn mojego męża.

Może to zabrzmi jakbym się zatrzymała gdzieś w latach dziewięćdziesiątych, ale nie wierzę, iż zwyczaje gościnności tak po prostu przestały istnieć.

Moja mama nigdy mi wprawdzie nie tłumaczyła „Dorota, jak jedziesz do rodziny, to zabierz coś ze sobą: bombonierkę, kawę albo choćby jabłka do szarlotki”. Nie miałam tego wpojonego; może to się wzięło z tego, ile w życiu książek i sztuk obejrzałam? Może to podskórne polskie poczucie przyzwoitości?

W sobotę przyjechał do nas kuzyn męża Marian wraz z żoną Grażyną oraz synem i synową, Wojtkiem i Agnieszką. Zjawili się z powodu pogrzebu jakiegoś wujka (nie naszego), a iż mieli daleko do domu, zgodziliśmy się ich przenocować. Oj, nie wahałam się niech śpią, zawsze raźniej w tłumie.

No i wieczorem wpadli całą ferajną. Ugotowałam porządny obiad: piekarnik zapchany filetem z kurczaka na pół blachy, do tego surówki wiadomo, żeby witamin nie zabrakło. Herbatka, tościk i choćby szarlotkę udało mi się zdobyć po znajomości od sąsiadki, bo sama to średnio. Zrobiliśmy toast kieliszkiem żubrówki za spotkanie po latach, bo ostatnio widzieliśmy się, jak jeszcze na allegro szukało się pamiątek z PRL-u.

Potem wszystkich porozkładałam po pokojach, przykryłam kocykiem, a rano śniadanie: kanapki z żółtym serem i pomidorem, herbata, kawa, wszystko jak trzeba.

Pojechali na pogrzeb, pożegnali się z żałobnikami, wrócili, chwilę posiedzieli i wrócili do swojego Białegostoku (albo innej polskiej metropolii).

Wyglądało na to, iż wszystko jest okej ale, słuchajcie: chłop przyjeżdża do nas i NIC. choćby nie przynieśli nam butelki nalewki ależowej, nie wspominając o kawałku makowca z cukierni.

Żeby chociaż Grażyna spojrzała na moją teściową (bo mieszka z nami i jest, swoją drogą, matką chrzestną tegoż kuzyna) i pomyślała: a może by tak starszej pani bombonierkę, za parę złotych? Ona lubi krówki. A ona, biedaczka, całą sobotę wyglądała przez okno, jakby czekała na gołębia z wiadomością od papieża. Kiedy nic nie dostała, to łza jej się zakręciła w oku. I nie chodzi o czekoladki chodzi o pamięć.

No bo co ja bym zrobiła? Przede wszystkim wiozłabym flaszkę, a jak już jechać do ludzi, to nie z gołą ręką. Każde dziecko otrzymałoby kinder-niespodziankę, starszym ciociom podrzuciłabym czekoladki Wedla. Pomyślałabym, co kto lubi w końcu to nie pierwszy lepszy pensjonat.

No i jeszcze pościel zabrałabym z domu, żeby nie robić zamieszania i nie truć ludziom głowy.

Nie mówiąc już, iż to ludzie, którzy nie cierpią na brak pieniędzy. Gdyby sytuacja była odwrotna, słowo daję, choćby bym słowa nie pisnęła. Ale Marian, jak już wpadnie do kogoś po rodzinie, to zawsze pusty jak bęben. Kiedyś był tu służbowo też nic nie przywiózł. Zero, null, choćby landrynki nie zostawił.

Cały czas nawijał, jak to na jeziorach szczupaka wyciąga, jak mu się udało okonia złapać takiego, iż trzeba było go w dwie ręce trzymać. No cóż, opowiadałby mniej, lepiej by jedną śledziówkę z Mazur przywiózł i miałabym radochę.

Naprawdę, nie chodzi mi o to jedzenie, nie jestem z tych, co wszystko liczą co do grosza, ale mam wtedy takie poczucie, jakbym była restauracją z opcją „wszystko w cenie samopoczucie gospodarzy sprzedane gratis”.

Tak to już u nas wygląda zawsze ten sam scenariuszAle może właśnie o to chodzi w całej tej rodzinie iż czasem ktoś przyjeżdża, siada przy stole, zostawia po sobie nie bombonierkę, a tę swoją opowieść o szczupaku z Mazur. Może to, co naprawdę się liczy, to nie to, czy ktoś przyniósł śledziówkę, tylko iż jeszcze w ogóle pamięta, by się zatrzymać, pogadać, usiąść na chwilę, zanim znowu rozjedziemy się do swoich spraw i domów.

Wieczorem, kiedy wszyscy już poszli spać, patrzyłam na pusty stół i przyszło mi do głowy, iż może następnym razem poproszę Mariana, żeby zamiast landrynek przywiózł ze sobą uśmiech i trochę cieplejszego spojrzenia dla tych, którzy na niego czekają. A do Grażyny zadzwonię wcześniej i powiem bez ogródek: Przynieście proszę coś dla teściowej, bo ona najbardziej lubi wasze dobre słowo a jak nie macie, to przynajmniej te krówki.

I wtedy może, kiedy kolejny raz drzwi się otworzą, a w progu stanie kuzyn z rodziną, nie będę się dopytywać w myślach, co niosą w siatkach, tylko po prostu pomyślę: Dobrze, iż są. Bo czasem to właśnie my ci od kanapek z pomidorem i herbaty w szklance jesteśmy tą bombonierką, której najbardziej brakuje na świecie.

Idź do oryginalnego materiału