Kurtyna z gwiazd

twojacena.pl 8 godzin temu

Nazywam się Halina Wrona, mam sześćdziesiąt cztery lata i przez trzydzieści lat prowadziłam rekwizytornię w Teatrze im. Wojciecha Bogusławskiego w Kaliszu. To niewielka scena, ludzie z Warszawy czasem się krzywią, kiedy o niej wspominam, ale ja tam widziałam więcej niż niejeden krytyk na Broadwayu.

Historia, którą chcę opowiedzieć, nie jest moja. Ale stałam wtedy tak blisko, iż słyszałam, jak skrzypiały deski sceny pod jego butami.

Był rok tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty ósmy, listopad, zimno jak diabli, kaloryfery w garderobach ledwo grzały, a ja właśnie parzyłam herbatę w termosie, bo automat na korytarzu znowu się zepsuł. Do teatru przyjechał wtedy Zbigniew Ćwikliński — dziś nikt już może nie pamięta tego nazwiska, ale w latach sześćdziesiątych grał główne role w kinie i telewizji, miał twarz, którą znała cała Polska, a teraz, u schyłku kariery, przyjechał do nas na gościnne występy w "Weselu". Miał wtedy siedemdziesiąt jeden lat i, jak się później okazało, już wiedział o swojej chorobie — coś z płucami, nie chciał, żeby ktokolwiek o tym mówił przed premierą.

Za kulisami kręcił się wtedy chłopak, może dwadzieścia sześć lat, nazywał się Marek Dudek, przyjechał do nas z małą rólką, jeszcze studiował w szkole teatralnej we Wrocławiu i dorabiał na urlopie jako statysta. Zapamiętałam go, bo codziennie po próbie siedział na schodkach przy wyjściu technicznym i palił jednego papierosa, jakby to był rytuał, nie nałóg.

Tamtego dnia miał w teczce z tektury komplet pocztówek — portrety aktorów przedwojennego kina, kupił je na pchlim targu w Poznaniu za grosze, a między nimi było zdjęcie samego Ćwiklińskiego z tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego siódmego roku, z filmu, który zrobił mu nazwisko. Chłopak nosił tę teczkę pod pachą od rana, widziałam, jak dwa razy podchodził do drzwi garderoby numer trzy i się wycofywał.

Ja stałam wtedy przy wieszaku z kostiumami, poprawiałam guzik przy surducie, i słyszałam całą rozmowę, bo drzwi były uchylone.

— Panie Zbigniewie, przepraszam, iż przeszkadzam — powiedział w końcu, głos mu się łamał jak nastolatkowi, choć wcale takim nie był. — Mam coś, co chciałbym panu pokazać.

Ćwikliński siedział przed lustrem, miał już na twarzy podkład, spojrzał na niego przez odbicie, nie odwracając się.

— No pokaż, chłopcze, bo za dwadzieścia minut wychodzę na scenę i muszę jeszcze znaleźć spinki.

Marek wyjął z teczki pocztówki, rozłożył je na toaletce obok pudru i szminek. Ćwikliński wziął do ręki tę ze swoim zdjęciem, patrzył chwilę, potem odłożył.

— Skąd to masz?

— Kupiłem. Zbieram takie rzeczy od dziecka. Pan… pana rolę w tym filmie oglądałem chyba z dwadzieścia razy, mama miała znajomość w kinoteatrze na Sienkiewicza, wpuszczali mnie za darmo na poranki.

Zapadła cisza, ja choćby przestałam poprawiać ten guzik, bo bałam się, iż trzasnę czymś i będzie słychać.

— Ile masz lat?

— Dwadzieścia sześć.

— To ja w twoim wieku dopiero zaczynałem grać epizody w Łodzi, za dwieście złotych miesięcznie, i matka mi mówiła, żebym się wziął do sensownej roboty — powiedział Ćwikliński i się roześmiał, ale zaraz zakasłał, długo, mocno, aż złapał się za pierś. Marek chciał podać mu wodę, ale on machnął ręką, iż nie trzeba.

Wtedy garderobiana, Zosia, wsunęła głowę przez drzwi i powiedziała, iż za piętnaście minut kurtyna. Ćwikliński skinął głową, wziął jedną z pocztówek — nie tę ze swoim zdjęciem, tylko portret jakiejś przedwojennej aktorki — i podpisał ją długopisem, który leżał przy lusterku.

— Trzymaj się teatru, chłopcze. To niewdzięczny zawód, ale jak już w niego wejdziesz, to nie ma odwrotu.

Marek wyszedł z tą pocztówką jak z relikwią, ja to widziałam, bo szedł korytarzem powoli, patrząc na podpis, i o mało nie wpadł na wieszak z kostiumami do drugiego aktu.

Premiera poszła dobrze, Ćwikliński grał tak, iż nikt z widowni nie domyślił się, ile go to kosztowało — dowiedziałam się później od reżysera, iż po każdym akcie siadał w garderobie i po prostu oddychał, długo, zanim mógł mówić. Umarł niecały rok później, w październiku osiemdziesiątego dziewiątego, w szpitalu w Poznaniu.

Marek Dudek został w teatrze na jeszcze jeden sezon, potem wyjechał do Wrocławia dokończyć szkołę, i straciłam go z oczu na dobre piętnaście lat. Wróciłam do tej historii dopiero, kiedy w dwa tysiące trzecim zobaczyłam go w telewizji — grał już wtedy główne role w serialu kryminalnym, twarz miał starszą, ale ten sam sposób mrużenia oczu, kiedy się nad czymś zastanawiał.

Spotkałyśmy się rok temu przypadkiem na Targach Książki w Kaliszu, on podpisywał swoją biografię, ja stałam w kolejce z egzemplarzem. Kiedy podeszłam i przypomniałam mu rekwizytornię i tamten wieczór w osiemdziesiątym ósmym, przez chwilę milczał, jakby przeliczał lata.

— Ma pani tę pocztówkę? — zapytałam.

Sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki, wyjął portfel, a w nim, między dowodem a kartą biblioteczną, leżał mały, wytarty na rogach kawałek kartonu w foliowej koszulce. Nie powiedział nic więcej, tylko schował go z powrotem i podpisał mi książkę.

Idź do oryginalnego materiału