Kruszynka
Nazwał ją Kruszynką już podczas pierwszego spotkania, kiedy zwalił się na sąsiedni fotel równie czerwony, aksamitny i przetarty łokciami, jak ten pod Zofią.
Chwilę rozglądał się po sali, potem zwrócił wzrok na sąsiadkę.
Co, kruszynko, nudzisz się? westchnął, próbował założyć nogę na nogę, ale wąskie przejście między rzędami w sali koncertowej nie dało rady, czubek skórzanego buta zablokował się o oparcie przedniego fotela, noga wygięła się niezręcznie w kostce i Michał się skrzywił.
Zofia udała, iż nie zauważa, skupiona patrzyła na scenę, chociaż nic interesującego tam się nie działo. Zlepione razem stoły, mównica, ludzie krzątający się z kablami i sprzętem, zwyczajowa atmosfera konferencji. I duchota.
Zosi zawsze ciasno i duszno robi się w pomieszczeniach pełnych ludzi, kiedy trzeba tak siedzieć ramię w ramię i nie ma dokąd uciec.
Hmm mruknął Michał, podrapał się w brodę. Będzie kiszka, kochana! Wiesz, kruszynko, tu się niczego nowego nie dowiemy. Serio! Czytałem wszystkie referaty taka praca. Nic tam mądrego nie ma.
Zofia spojrzała na niego surowo.
Wyglądał schludnie, garnitur, krawat, czyste buty, wszystko na swoim miejscu. A jednak coś było nie tak, jakby ktoś przebrał łobuza i hultaja w odświętny strój. Taki z niego zadziora, żartowniś, i jeszcze te dwie wirujące na czubku głowy czuprynki, miękkie i delikatne.
Michał nie dając Zosi choćby się odezwać, wyciągnął do niej wielką łapę. A chodź, pójdziemy coś zjeść. Taka maleńka jesteś, chuda, musisz się pożywić! O, tak właśnie zrobimy. Chodźmy stąd!
Już przygasili światła i na scenę wyszli dyrektorzy, naczelnicy, pracownicy miesiąca, sala biła brawo, a Michał zupełnie się nie krępował, ciągnął swoją Kruszynkę, co chwilę depcząc komuś po butach, przeobrażając krawat w jakieś bezkształtne coś upychane nerwowo pod marynarkę. Krawat wciąż wyskakiwał na zewnątrz, jakby wytykał język wszystkim poważniakom.
Co pan wyprawia?! Proszę puścić! Słyszy pan?! wyrywała się Zosia, ale nie miała szans się uwolnić, drobiąc za Michałem do wyjścia.
Wpadli do foyer akurat, gdy na scenie rozlegały się oklaski, a ktoś walił w mikrofon, domagając się ciszy.
Proszę pana, muszę wrócić, muszę robić notatki, mam zadanie! oburzyła się Zofia, ściskając notatnik przy piersi, upuściła długopis, schyliła się, ale Michał był szybszy.
Daj spokój, Kruszynko! Prześlę ci wszystko na maila, przeczytasz kiedy indziej. Teraz trzeba zjeść coś. Najpierw woda. Jesteś blada. I tętno masz nierówne złapał jej nadgarstek, cmoknął z dezaprobatą Powietrze, jedzenie i żadnych sympozjów!
Zosia naprawdę poczuła się gorzej, serce waliło tak szybko, iż pulsowało w skroniach.
Nigdy wcześniej nikt się tak nią nie zajmował, nie troszczył. zwykle to ona musiała troszczyć się o wszystkich matkę, męża, córkę. Wydawało się to zupełnie naturalne. Bywało ciężko, czasem miała ochotę, jak dziecko, wskoczyć komuś na kolana, rozluźnić się, napić wina i śmiać się jak aktorki w komediach romantycznych, ale nigdy nie miała okazji.
A Michał tę okazję jej dał.
Zanim się obejrzała, siedziała już przy stoliku w przytulnej restauracji naprzeciwko, a kelner przynosił dwa soki świeżo wyciskane, żółto-pomarańczowe, intensywne jakby w szkle zamknięto samo słońce, cytrusowe, rozpalone.
No, pij. I woda jeszcze. A co jemy? zamyślił się Michał.
Może mu się bardzo podobała. Zosia była dość ładna, szczupła, sylwetką filigranowa. Mogłaby mieć powodzenie u mężczyzn, gdyby nie ta wieczna maska zmęczenia i rezygnacji. Czterdziestka na karku, rodzina, miłości brak, wszystko się przejadło cóż tu rozkwitać jak wiosenna róża…
A jednak Michałowi spodobała się taka Zosia zmęczona życiem Kruszynka.
Nic mi nie trzeba. Zaraz dojdę do siebie i wrócę na konferencję! wymamrotała Zofia.
Jasne! skinął Michał. Ale najpierw sandacz z warzywami, sałatka i i co pijesz, Kruszynko?
Odkleił wzrok od karty, taki świeży, rozczochrany, pachnący wodą kolońską i czymś jeszcze, spojrzał na Zofię.
Ta się zaczerwieniła i zmarszczyła.
Zwarywała! Przecież kompletnie obcy facet uprowadził ją na obiad, nazywa Kruszynką, choćby poprawił niesforne kosmyki na czole bezczelny! A ona mięknie, rozpływa się…
Tam, gdzie ją dotknął, zrobiło się ciepło, a ciarki przechodziły po całych plecach.
Pili białe wino, Michał opowiadał, jak w młodości dorabiał na budowach, potem wyjechał do Norwegii, kilka lat kręcił się po różnych budowach, a potem…
A potem, Kruszynko, z Igorem moim kumplem założyliśmy firmę. Nic wielkiego, budowaliśmy domki i tak jakoś poszło. Każdy chce mieszkać wygodnie a my wiedzieliśmy, jak to zrobić. Ty jedz! zachęcał, wskazując na talerz Zofii. Za ciebie, Kruszynko! Jak tylko cię zobaczyłem, pomyślałem: Tę dziewczynkę trzeba nakarmić! Chcesz jeszcze coś?
Pokreciła głową. Dziewczynka odpływała. Od wina, dobrego jedzenia, od tego, iż ktoś pierwszy raz od lat a może i w życiu postanowił ją nakarmić, bo była dziewczynką, zmęczoną i chudą.
W domu było inaczej. Całe dzieciństwo Zosia spędziła z matką. Ta stale pracowała, gdy Zosia się budziła, matka już wychodziła do sklepów była kierowniczką piekarni i wracała późno. Zosia jadła śniadania sama, na kolację czekała, aż matka wróci, odgrzewała obiad, potem myła naczynia, kiedy matka brała kąpiel, obie zasypiały po północy.
Na Boże Narodzenie matka, Maria, wracała około 23. Pracowała w sklepie, a te ostatnie chwile przed północą przynosiły dobrą utargę.
Maria była wyczerpana, blada. Zosia przygotowywała jej sukienkę, pomagała spiąć włosy w odświętny kok, i razem wychodziły do gości.
Goście byli zawsze sąsiedzi, koleżanki, jakieś niewidziane od lat ciotki, wesołe, już nieźle zrobione. Siedzieli za stołem, żartowali i śmiali się, a Zosia pilnowała, by matka nie zasnęła po pierwszym kieliszku.
Maria piła wyłącznie wódkę, szampana uważała za wymysł, a wódeczka, swojska, rodem z Polski to co innego!
Szkoda tylko, iż wycieńczony organizm natychmiast się wyłączał po pierwszym kieliszku, Maria chrapała przy stole, a Zosia delikatnie szturchała ją łokciem, ta otwierała oczy, przez chwilę nie wiedziała, gdzie jest, potem podnosiła kieliszek, wygłaszała toast, śmiała się gorzko, z wysiłkiem.
Gdzie tu być rozpieszczaną dziewczynką? Nie ta bajka…
Zosia wyszła za mąż wcześnie. Andrzej był starszy o prawie dziesięć lat, rozważny, wykształcony, ale oschły, małomówny; jakby włączył Zosię w swój życiowy system, dokręcił znalazioną trybkę miłą i dobrą gospodynię, ale nic ponadto.
Chyba choćby nie potrzebowała więcej. Na początku była odrobina romansu, namiętności ciało swoje potrzebuje, a później wygasło. Najważniejsze, iż Zosia miała własny dom, nie musiała ciągle oglądać zmęczonej matki, jej spuchniętych nóg, nie było smutnego widoku z okna na śmietnik, nie było starego mieszkania. Teraz był własny adekwatnie Andrzejowy blok, kuchnia, łazienka, balkon, dwie sypialnie, spora biblioteka i mąż. Wszyscy jej zazdrościli! Nie każda tak wygodnie się urządzi, na dodatek z daleka od teściowej błogosławieństwo!
I tak, od dzieciństwa po spotkanie z Michałem, Zosia była po prostu Zośką. Czasem Panią Zofią.
Andrzej, matka, koleżanki wszyscy nazywali ją Zośką.
A tu nagle Kruszynka. I wino, i jakieś przystawki… I komuś zależy na tym, co Kruszynka myśli i czego pragnie.
Andrzejowi nigdy nie było na to czasu. Oczywiście sprawy domowe, większe zakupy, wakacje omawiał z Zosią, ale raczej informował ją o podjętej decyzji. Oponowanie tonęło w zgiełku z otwartego okna. Andrzej uwielbiał świeże powietrze, okien nie pozwalał zamykać, obojętnie na przeciąg.
A Michał, jak tylko weszli do restauracji, od razu poprosił o miejsce bez przeciągów, w cieple, przytulnie.
Opiekuńczy…
O coś pytał, Zosia odpowiadała z zażenowaniem. Tak, ma męża. Tak, córkę też. Jak ma na imię? Tamara. Tamarka uczy się na filologii romańskiej. Zosia znalazła jej świetnego korepetytora, teraz dziewczyna jedzie na wymianę Erasmus do Francji.
Tamary z Andrzejem nie planowali, o niej nie marzyli; po prostu założyli rodzinę. Andrzej, jak mówiła jego matka, już dawno powinien mieć dziecko. Była młoda, miało pójść łatwo. Ale nie długo nie zachodziła w ciążę, starali się…
Wreszcie okazało się, iż jest w ciąży. Andrzej przez dziewięć miesięcy unikał żony, nie dotykał brzucha, nie rozmawiał z córką w środku, jak to pokazują w reklamach i serialach. Dziwne mu to było, jakby choćby nieprzyjemne.
Jak się urodzi, to zajmę się wychowaniem, Kruszynka, a kiedy masz wizytę u lekarza? Podrzucę cię samochodem.
Podrzucał, odbierał ze szpitala z gośćmi, balonami i Dzięki za córkę. Dbał o wagę noworodka, pilnował zapasów mleka, kupował dobrą żywność. Nocami sam wstawał do Tamarki, usypiał ją, nosił na szczepienia. Gdy pierwszy raz przyszła położna na wizytę, Andrzej sprawdził, czy dobrze umyła ręce, obejrzał fartuch, rozgrzał stetoskop swoim oddechem, by Tamarka nie zmarzła od metalu.
Zmęczona? pytała zatroskana koleżanka Gosia, widząc Zofię bladziutką i z cieńmi pod oczami. No dziecko to mordęga, nie roślinka! Andrzej pomaga?
Zosia wzruszała ramionami. Pomaga chyba. Choć jakoś zawsze za mało…
Bycie taką ofiarą choćby miało swój urok. Wiecznie zapracowana i umęczona, Zosia wiedziała, iż ją wszyscy żałują, czasem choćby męża trochę obgadują, iż słabo dba o swoją żonę.
A tu Michał ją żałuje, troskliwie karmi delicjami, a Zosia się wstydzi i odmawia.
Daj spokój, Kruszynko! kręcił się Michał. Jedz! Nie wypuszczę cię głodną, rozumiesz?
Zosia przygryzała wargę, spoglądała smutno na swojego wybawiciela i jadła.
Odwiózł ją tego dnia do metra, dalej Zosia nie chciała towarzystwa, zasłaniając się sprawami domowymi.
Wieczorem w e-mailu znalazły się wszystkie skróty referatów.
Dla Kruszynki od Michała! brzmiała adnotacja.
Zosia gwałtownie zamknęła laptop, ale Tamarka chyba coś przeczytała, bo tylko prychnęła.
Durne przezwiska sobie wymyślili! oburzyła się Zosia. Oficjalne dokumenty, a oni głupoty wpisują!
Chyba Tamara już jej nie słyszała założyła słuchawki, puściła muzykę…
Zośka, Tamara, jestem w domu! Kolację robimy! usłyszała w korytarzu głos Andrzeja.
Zmęczony przesiadką z metra i napchanym tramwajem, po drodze zdejmował koszulę, potem spodnie, w końcu wskoczył w szorty z palmami, otworzył balkon, zaczerpnął powietrza.
Pachniał potem, kwaśnym, jeszcze wczorajszym.
Zośka, nie będę się tak często kąpał! Daj spokój! Po waszym prysznicu całe plecy swędzą jak u trędowatego! Jutro się umyję! odburknął na delikatne upomnienia żony. Już! Chcę jeść.
Jedli w milczeniu, każde myśląc o swoim. Zosia o Michale, jego świeżości, czystości, szarmanckości…
Następnego dnia Michał zadzwonił do niej do biura.
Cześć, Kruszynko. Jak się czujesz? Tęskniłem. Jadłaś coś? usłyszała Zosia, speszona rozejrzała się, czy nikt nie słyszy. Miała wrażenie, iż telefon drze się ze wstydu.
Nie Miałam dużo pracy wydusiła. Kruszynka. Jest Kruszynką, słabą, delikatną… Ciarki po kręgosłupie aż miłe.
Rzuć wszystko, zejdź na dół. Czekam w kawiarni pod firmą. Takie sobie miejsce, ale trzeba coś zjeść, czekam!
Zosia wymamrotała coś nieokreślonego, usprawiedliwiła się w pracy i już była w windzie, zastanawiając się, który guzik nacisnąć. Policzki czerwone jak burak; i miała wrażenie, iż wszyscy już wiedzą, iż Pani Zofia idzie na randkę z kochankiem.
Tak, nazwała go w myślach kochankiem. To było szalone i ekscytujące.
Michał dziś w t-shircie i dżinsach, znowu lekko rozczochrany i świeży.
Pili kawę, Zosia wspominała dzieciństwo, a Michał słuchał.
Kruszynko, jesteś piękna, wiesz? ni stąd, ni zowąd przerwał jej. Chodź, kupimy ci coś! Sukienkę. Znam dobrze butik, dobiorą ci. Chcę zobaczyć cię w sukience.
I zobaczył. Nie od razu, wieczorem zabrał Zosię do Wolskiej Przystani i usiadł na ławeczce, gdy ekspedientki biegały wokół lekko oszołomionej Kruszynki.
Boże, jak on na nią patrzył! Głodnym, spragnionym wzrokiem! Do Andrzeja mu daleko.
Czegoś takiego nigdy nie widziałam! szepnęła potem w ucho Gosi, swojej najbliższej przyjaciółce. Tylko w filmach. Nie sądziłam, iż ktoś może tak na mnie patrzeć. Poczułam się naprawdę kobietą. To straszne, ale mi się spodobało.
A Andrzej? spytała potem logicznie po westchnieniach Gosia.
On nic nie wie. I nie powinien wiedzieć. Sama nie wiem, co teraz! Gosia, nie wygadaj się, słyszysz? I sukienka przetrzymaj u siebie. Jest bardzo droga! Jak ja wszystko wytłumaczę?! Boże, co teraz będzie?!
Gosia tylko wzruszyła ramionami. Co ma być, to będzie.
Nie wiem, Zośka… Kręcisz coś, a twój Andrzej może i jest prosty, ale przypomnij sobie, jak zimą pojechał dla was po świeże mleko na wieś, jak cały dom wyremontował, jak na morze was zabrał. Jest solidny, przewidywalny. A Michał? Skąd pieniądze?
Nie wiem. Nie dopytywałam. Jakie to ma znaczenie?! Gosia, Andrzej to koszmar, masz szczęście, iż nie musiałaś z nim mieszkać! Mnie już mdli na jego widok, rozumiesz?! Po prostu mi zazdrościsz!
Gosia znowu wzruszyła ramionami. Może i zazdrościła Zofii, ale nie z powodu tego Michała…
Zofia zaczęła później wracać do domu, przygotowywała coś na szybko, sama nie jadła, zamyślona mieszała zimną herbatę.
Mama, czemu tak siedzisz? Proszę piąty raz o chleb! zaczepiała ją Tamara, sama sięgała do chlebaka. Skończył się chleb! ze złością mówiła.
Zofia milczała, pochmurna wychodziła do pokoju. Marzyć.
Andrzej i Tamara obserwowali ją zdziwieni.
Te marzenia Zosia ciągnęła bez końca, dłońmi ściskała szklankę.
Michał był czuły, całował, śmiał się z jej nieporadności, żałował, opiekował się. Wciąż zwracał się do niej Kruszynko, karmił, dawał prezenty (które musiała chować u Gosi), czasem przelewał jej na konto złotówki, innym razem pisał sms-y w środku nocy. Zosia wymykała się z sypialni, zamykała w łazience, czytała, kasowała, czekała a potem wyłączała telefon, myła twarz zimną wodą i wracała do łóżka.
Andrzej przewracał się na drugi bok, objął ją ciężką ręką, beknął i coś mamrotał. Zosia przytakiwała, i nieruchomiała. Tak Szkoda, iż w jej życiu był Andrzej Szkoda, iż tyle lat Zosia nie wiedziała, jak to być Kruszynką ładną, pożądaną i szczęśliwą. Lata minęły na nic…
Ale teraz był Michał i to było jej szczęście.
Spotykali się u Michała, w jego dużym jasnym mieszkaniu w Warszawie, z oknami do podłogi, bez firanek, a za nimi rozświetlone drapacze Chmielnej. W głowie szumiało od szampana, od zapachu męskich perfum. choćby prześcieradła były takie czyste, gładkie, prawdziwy jedwab…
Świat rozleciał się na milion iskierek, jak fajerwerki, wszystko zamieniało się w diamenty na tych prześcieradłach. Magicznie…
W domu natomiast było duszno i nieprzyjemnie. Zofii zdawało się, iż wszyscy już wiedzą o niej i Michale, Tamara zerka podejrzliwie, Andrzej patrzy chłodno.
Coraz częściej Zosia wymyślała powody, by wrócić później, gdy wszyscy już śpią. Wtedy mogła długo siedzieć sama w kuchni pić kawę rozpuszczalną, cierpką i marzyć…
… Zośka! Gdzie jesteś? Kupiłem kapustę, trzeba poszatkować. Umawialiśmy się usłyszała Zosia głos męża przez telefon, spojrzała niepewnie na pływającego wzdłuż brzegu Michała. Przeniknął ją chłód basen był otwarty, cud techniki.
Nigdy nie była jeszcze na Polonii, a dziś Michał ją tam zabrał, kazał się przebrać, potem razem pływali, obserwując, jak nad taflą unoszą się mleczne opary w zimowe powietrze. Ludzi mało, raj. Z wieży widać światła na Stadionie Narodowym, ale Zosię nie interesowało nic oprócz jej towarzysza. W końcu, Zosia Kruszynka znalazła prawdziwą miłość. Boże…
Kapusta? wymamrotała, okryła się ręcznikiem. Nie dziś. Wracam późno. My z Gosią poszłyśmy na basen, zalecił mi lekarz na kręgosłup. Mamy karnet. Kapusta poczeka do jutra. Sorry, Gosia mnie woła. Paa!
Szybko rozłączyła się, przełknęła ślinę. Trzeba uprzedzić koleżankę, jakby Andrzej zadzwonił do niej!
Czekała aż Gosia odbierze, zaczęła szeptać coś o basenie, połykać ślinę ze strachu, aż w końcu przerwała.
Zośka, a ja tam wam kmin niosłam. Wy zawsze do kapusty dodajecie kmin. Byłam na rynku, pomyślałam: wejdę. Andrzej już czajnik włączył powiedziała spokojnie Gosia. Kmin przyniosłam, rozumiesz?
Zosia zacisnęła wargi, rozejrzała się za Michałem. Ten, popisując się mięśniami, już stał na wieży, gotów do skoku. Młode, roześmiane dziewczyny obserwowały go roziskrzonym wzrokiem.
No co, kruszynki? Raz, dwa, trzy! ryknął Michał, zgrabnie skoczył, wypłynął i pomachał Zosi. Zośka, chodź do nas! Wieczór dopiero się zaczyna!
Dziewczyny się oglądały, mierząc Zośkę spojrzeniem. Nagle znów poczuła się brzydka, zwyczajna, z lekko wystającym brzuchem i zwiotczałymi udami. Płynęła niezgrabnie, jak żaba, rozbryzgując wodę rękami. Na twarzy znów pojawiła się męczeńska mina.
A nowe Michałowe kruszynki już bawiły się w piłkę wodną, zalotnie podskakując, chcąc się do niego przytulić.
Michał śmiał się, wcale nie przeszkadzało mu nagłe zniknięcie Zosi. Wszystko rozumiał sprawy, rodzina, kapusta… Niech idzie!
…
W przedpokoju było ciemno, w pokoju też. Tylko w kuchni paliło się światło.
Andrzej w milczeniu postawił przed żoną patelnię z sadzonymi jajkami.
Głodna chyba po basenie? Jedz. Może dodać kiełbaski? nalał jej kubek herbaty.
Zosia pokręciła głową. Bała się spojrzeć na męża, odprowadzała wzrok, gwałtownie wbiła widelec w jajko.
Wie czy nie wie? Co teraz? Dlaczego jest taki spokojny?!
Zośka… po dłuższej ciszy, mruknął Andrzej. Gosia przyniosła jakieś rzeczy. Wciąż chce tu pomagać, ale ją pogoniłem. Czego się wtrąca?! Twoja kuchnia, a ona się rządzi. Te rzeczy No, pod stołem… wskazał na torby. Powiedziała, iż twoje. Skądże twoje? Gosia się pomyliła, co?
Zosia podniosła róg obrusu, spojrzała na reklamówki, wzruszyła ramionami.
O, właśnie mówiłem, iż bzdura! odezwał się Andrzej jakby uradowany. Nalej mi też herbaty. Przeschło mi. Nie, w sumie podaj koniaku. Mam ochotę na koniak.
Zosia wstała, podeszła do szafki, po chwili zastygła.
Kruszynko, usłyszała głos męża, odwróciła gwałtownie głowę i spojrzała mu w oczy. Mówię: kruszynko wyrzuć ze stołu, okruszki, Tamara zawsze sypie chlebem. Ścierką przetrzyj i gotowe, skończył spokojnie. Potem popatrzył na nią z ukosa, odwrócił się…
Pili koniak razem. W milczeniu, nie śmiejąc się spojrzeć w oczy.
W końcu Andrzej wstał i wyszedł.
…
Gosia, wyobrażasz sobie?! On wyszedł! Ubrał się, zostawił klucze. Gosiuniu! Zosia płakała w słuchawkę, patrzyła w lustro, widząc pokrzywioną twarz, już nie taką ładną Kruszynkę, która jeszcze trzy godziny wcześniej chlapała się z Michałem w basenie. Włosy śmierdziały chlorem, plecy bolały. Gosiu! Jak on mógł?! Prawdziwy facet tak nie postępuje! Zostawił mnie z Tamarą, po prostu nas porzucił!
Zosia nagle wściekła się, zacisnęła pięść, uderzyła w stół.
Właśnie jak prawdziwy facet, Zośka. Inny by cię zbił. A Andrzej po prostu wyszedł. Z własnego mieszkania. I jeszcze masz czelność na niego narzekać? Gosia prychnęła. Wcześniej nie mogłam zrozumieć, czemu wam się nie układa. Przecież macie pieniądze, Tamara mądra, Andrzej nie leje, nie pije, pracuje. Małomówny, ale to chyba lepiej niż gaduła i pijak, nie? A tobie się zachciało życia jak z filmu i żeby ktoś cię głaskał. Ale ty sama nigdy ani jednego słowa ciepłego mu nie powiesz. A faceci, Zośka, to dzieci! Jak pochwalisz, to się postara podwójnie! Nie, Zośka, ja cię tu nie poprę, sorry. Dobranoc.
Zosia odłożyła telefon, zgarbiona, zaczęła cicho płakać.
Tamara zdała egzaminy, pojechała na działkę do przyjaciół. Z matką nie rozmawiała, zostawiła jej tylko kartkę: Nie przeszkadzaj.
…
Michał pojawił się po tygodniu, zaczekał na Zosię pod blokiem, wynurzył się z ciemności.
Cześć, Kruszynko! szepnął, chowając czerwony od zimna nos w kołnierz skórzanej kurtki. Tęskniłaś?
Zosia dzwoniła do niego, chciała się wygadać nie odbierał. Teraz przyszedł sam…
Michał… wymamrotała bez życia. Czemu przyszedłeś?
Szukała wzrokiem jego auta.
Przyszła pora spłacać długi, kruszynko! przyciągnął ją Michał.
Jakie długi? Co ty gadasz?
Wystraszona chciała się wyrwać, ale mężczyzna mocno ścisnął jej łokieć.
Karmiłem cię? Karmiłem. Zadowalałem? A jakże! wysyczał jej do ucha. Teraz mam problem, przyda się twoje mieszkanie to po matce, będzie z pięć milionów złotych. Sprzedajmy ją! Tą, gdzie mieszkasz, też! Chodź, pogadamy!
Kruszynka krzyknęła ze strachu, próbowała się szarpać, ale znów była bezradna, na drżących nogach ruszyła do klatki, modląc się, żeby kogoś spotkać. Niestety pusto.
Otwieraj, kruszynko, zmarzłem pchnął ją Michał.
Zosia zapłakała, osuwała się na śnieg, aż nagle Michał puścił ją i zwalił się na bok, stękając.
Nad nim stał Andrzej, bez czapki, rozczochrany i wściekły, z podniesionymi pięściami.
Wynocha! Wynocha stąd, słyszysz?! Bo połamiesz sobie kości! ryknął, rzucił się na przeciwnika, ale Zosia złapała go za rękę, odciągając.
Michał, domyślając się, kto to, prychnął ironicznie, ale zamilkł, dostawszy pięścią w policzek.
Zmykaj stąd, żeby nigdy więcej nie zobaczyć cię przy Zośce! Andrzej podniósł zgubioną wełnianą czapkę, otarł nią nos i odwrócił się do żony. Chodź do domu. Jest zimno!..
O czym ta dwójka rozmawiała całą noc, o czym milczeli o tym wie tylko księżyc zaglądający do okna i wiatr, co się wciskał przez rozszczelnione okno. Na stole stały dwie nietknięte herbaty, tykał stary zegar. Potem zapadła ciemność, w której istnieli już tylko oni dwoje mąż i żona, którzy postanowili jakoś żyć dalej…
Nikt już nigdy nie nazwał Zofii Kruszynką. A gdyby tak się stało tylko by drgnęła i odwróciła się.
Michała więcej w jej życiu nie było. Nie wyszło mu mąż okazał się za stanowczy.
Kiedyś w autobusie zasłyszał rozmowę Zofii przez telefon o odziedziczonym mieszkaniu po matce, o zmęczeniu i samotności… Michał uznał, iż może jej pomóc, rozwiązać tzw. kwestię mieszkaniową, a przy okazji samotność. Gdyby podszedł do sprawy sprytniej, może jeszcze byłby na wygranej pozycji Zosia już byłaby gotowa oddać mu wszystko, w końcu Michał ją oswoił, wykarmił, ogrzał. Ale pośpieszył się. Okoliczności go przycisnęły, Igor domagał się spłaty długów, aż żebra paliły żywym ogniem… Musiał iść na całość, zażądać od Zofii decyzji. Nie wyszło. Trudno! Jeszcze na świecie znajdzie niejedną Kruszynkę niedopieszczoną, smutną, wiecznie nieszczęśliwą. Michał je znajdzie, uszczęśliwi. A potem weźmie, co się należy.
Na razie musiał się wyprowadzić z tego mieszkania z jedwabnymi prześcieradłami i widokiem na Warszawę. Trudno. Michał jeszcze swoje weźmie nie zginie, jeżeli tylko Igor nie uzna inaczej…











