Zima na Helu potrafi być tak cicha, iż słychać, jak lód pęka na linach cumowniczych. Tego wieczoru, dwudziestego drugiego lutego, mgła znad zatoki wchodziła w wąskie uliczki portowego miasteczka jak coś żywego, a w oknie starej latarni morskiej paliła się jedna lampa — u Ireny Wach, siedemdziesięcioośmioletniej wdowy po bosmanie.
Irena nie spała. Od trzech dni czekała na telefon od wnuka, Kuby, który służył na promie ratowniczym „Kaszub". Miał wrócić do portu jeszcze w niedzielę, ale w piątek prom wypłynął po sygnale SOS z niemieckiego kutra rybackiego „Wilhelmina", który nabierał wody dwadzieścia mil od brzegu, i od tamtej pory słuch po nim zaginął — łączność ze sztormem, potem akcja poszukiwawcza, potem cisza radiowa, której nikt jej nie potrafił porządnie wytłumaczyć przez telefon z kapitanatu.
Telefon zadzwonił o dwudziestej trzeciej czterdzieści.
— Babciu — powiedział Kuba, i głos mu się łamał tak, iż Irena musiała usiąść na taborecie przy piecu. — Babciu, jesteśmy cali. Ale musisz coś wiedzieć, zanim usłyszysz to od kogoś innego, bo jutro będzie w gazecie na pewno.
Opowiedział jej to, co potem powtarzał jeszcze wiele razy — dziennikarzom z „Dziennika Bałtyckiego", kolegom z portu. Ja tego wieczoru siedziałam u siebie, piętro niżej, i przez ścianę słyszałam tylko urywki: głos Ireny, brzęk łyżeczki, ciszę, kiedy przestawała mówić. Resztę, tę całą historię po kolei, poskładałam później z tego, co mi sama opowiedziała następnego dnia przy kawie, i z tego, co Bartek mówił na ławce nad zatoką, kiedy już go znałam na tyle, żeby pytać.
Kuter „Wilhelmina" miał na pokładzie jedenastu członków załogi i siedmiu pasażerów, wśród nich czterech duchownych wracających z konferencji ekumenicznej w Świnoujściu — księdza katolickiego Michała Sadowskiego, pastora luterańskiego Tomasza Lipskiego, rabina Dawida Ajzensztadta i duchownego prawosławnego, ojca Andrzeja Wołoszyna. Jechali razem od tygodnia, kłócąc się przyjaźnie o teologię przy jednym kotle grzanego wina, bo taka konferencja to zawsze więcej rozmów przy stole niż na sali.
Kuter zaczął tonąć po zderzeniu z dryfującą krą lodową o piątej po południu. Silnik zalało w dwadzieścia minut. Na pokładzie było osiem kamizelek ratunkowych na osiemnastu ludzi — załoga miała swoje, pasażerowie mieli cztery zapasowe, bo tak to bywa na starych jednostkach: papiery mówią jedno, magazyn co innego.
— Wiesz, co zrobili? — Kuba mówił coraz szybciej, jakby musiał to wyrzucić z siebie, zanim mu zabraknie tchu. — Ksiądz Sadowski zdjął swoją kamizelkę i oddał ją chłopakowi, dwadzieścia jeden lat, płakał, iż nie umie pływać. Rabin oddał swoją starszemu mechanikowi, temu z odmrożoną ręką. Potem pastor oddał swoją jego córce, bo płynęła z nim, miała może piętnaście lat. Potem ojciec Wołoszyn oddał ostatnią. I zostali, we czwórkę, bez niczego, na tonącym kutrze, w lutym, w Bałtyku.
Kuba przerwał. Słyszałam przez ścianę, jak Irena mówi cicho: „mów dalej, synku", i jak brzęczy łyżeczka o szklankę z herbatą, którą sobie nalała, żeby ręce miały co robić.
— Trzymali się za ręce, babciu. Wszyscy czterej. Staliśmy już na pokładzie „Kaszuba" i patrzyliśmy przez lornetki, jak kuter się przechyla, a oni stoją w rzędzie przy relingu, modląc się każdy po swojemu, na głos, jednocześnie. Ksiądz po łacinie, rabin po hebrajsku, pastor po polsku, ojciec Wołoszyn coś cerkiewnego. Nikt nie próbował skoczyć. Trzymali się mocno, żeby fala ich nie rozdzieliła — i tak nie było już dla nich miejsca w wodzie, gdzie ktoś zdążyłby ich wyciągnąć na czas.
Kuter zszedł pod wodę siedem minut później.
Z jedenastu członków załogi ocaleli wszyscy jedenastu. Z siedmiu pasażerów przeżyło czterech — ci, którzy dostali kamizelki od duchownych. Czterej kapelani zginęli z hipotermii, zanim łódź ratunkowa zdążyła do nich dopłynąć — widziano ich jeszcze przez chwilę, złączonych, unoszących się razem na powierzchni, zanim znikli.
Irena słuchała tego wszystkiego, trzymając słuchawkę oburącz, jakby telefon też mógł jej się wyślizgnąć jak coś, co trzeba ratować.
— A ten chłopak, co nie umiał pływać? — spytała w końcu.
— Żyje. Bartek się nazywa. Leży w szpitalu w Pucku, ale żyje.
Rano Irena poszła na przystań, mimo iż lekarz zabraniał jej wychodzić przy takim mrozie. Włożyła stary kożuch po mężu i szalik, który pachniał naftaliną i solą, i stanęła przy nadbrzeżu, gdzie miał zacumować „Kaszub" — czekała, jak mi później opowiadała, prawie dwie godziny, bo prom wpuszczano do portu ostatni, po wszystkich formalnościach z ratownictwem.
Miasteczko dowiedziało się o wszystkim w ciągu doby — najpierw od rybaków, potem z lokalnej gazety, a w końcu telewizja z Gdańska przyjechała nagrywać reportaż. Proboszcz parafii świętego Piotra ogłosił mszę żałobną za czterech duchownych, choć trzech z nich nie było jego wyznania. Irena mówiła, iż na tę mszę przyszli wszyscy — katolicy, luteranie z sąsiedniej gminy ewangelickiej, kilka rodzin żydowskich z Gdyni, a choćby prawosławna wspólnota z Gorzowa Wielkopolskiego przyjechała autokarem, bo ojciec Wołoszyn był stamtąd rodem.
Bartek — to już on sam mi opowiadał, siedząc kiedyś na tej ławce — wypisał się ze szpitala po dziesięciu dniach, z odmrożonymi palcami u obu stóp, i pierwsze, co zrobił, to pojechał do rodziny księdza Sadowskiego, do jego siostry w Wejherowie, która prowadziła małą pracownię krawiecką przy rynku.
— Nie umiałem nic powiedzieć porządnie — mówił mi. — Stałem w drzwiach jak głupi, w za dużej kurtce, bo swoją zgubiłem w wodzie. Położyłem kopertę na stole. Dwa tysiące złotych, całe moje oszczędności na warsztat szkutniczy, odkładane od roku. Powiedziałem tylko: „to dla kogoś, komu bardziej się przyda niż mnie teraz łódka".
Pani Zofia płakała, ale pieniędzy nie wzięła. Wstała, poszła do drugiego pokoju i wróciła z różańcem brata — tym samym, który ksiądz nosił w kieszeni sutanny, wyłowionym z jego rzeczy, kiedy oddawano rodzinom bagaż z portu w Świnoujściu.
— Powiedziała: weź, on by tak chciał. I tyle. Nie umiałem jej choćby podziękować jak trzeba — dodał Bartek i wzruszył ramionami, jakby to wciąż go trochę złościło, iż nie znalazł wtedy lepszych słów.
Różaniec nosi do dziś w kieszeni kurtki roboczej, choć sam, jak mówi, do kościoła chodzi może dwa razy w roku.
W porcie na Helu stoi teraz niewielka tablica z czterema nazwiskami i datą. Nikt jej oficjalnie nie odsłaniał, nie było przecięcia wstęgi ani przemówień urzędników. Rybacy sami zamówili ją u miejscowego kamieniarza i przynieśli pewnego ranka, mocując do starego pachołka cumowniczego przy nadbrzeżu, tam gdzie zawsze wraca „Kaszub".
Irena Wach chodzi tam co niedzielę, kiedy pogoda pozwala. Zabiera termos z herbatą i siada na ławce naprzeciwko tablicy, patrząc na wodę, która tamtego lutowego wieczoru zabrała czterech ludzi różnej wiary i oddała jedenastu marynarzy oraz jej wnuka.
Bartek przyjeżdża czasem z Pucka i siada obok niej. Nie rozmawiają wiele. On wyjmuje z kieszeni różaniec, obraca go w palcach, i chowa z powrotem, a mewy nad zatoką krzyczą tak samo jak zawsze.












