Kotleciki teściowej

newskey24.com 9 godzin temu

Kotlety teściowej

Tomasz i Jagoda byli małżeństwem już trzy i pół roku, a przez ten czas Jagoda odwiedziła dom teściowej może cztery razy. Zawsze od wielkiego święta, na kilka godzin i z powrotem do miasta, do siebie.

A teraz Tomasz nagle uparł się: mama dzwoniła już trzeci raz w tym tygodniu, żaliła się, iż tęskni, iż tata naprawiał dach w stodole i nadwyrężył sobie plecy, iż grządki zarosły, a sił już brak…

Trzeba przyznać, iż Tomasz był synem ułożonym dzwonił do mamy w każdą niedzielę, jak w zegarku, kiwał głową do słuchawki choćby wtedy, kiedy się z nią we wszystkim nie zgadzał. Teraz siedział przy kolacji, przeżuwał parówkę z makaronem i patrzył na żonę z błagalnym wyrazem twarzy.

Jagódko powiedział, odsuwając talerz i splatając dłonie na stole. Znowu dzwoniła mama. Mówi, iż zapomnieliśmy już, jak wygląda, iż tata się biedził z dachem i znów bolą go plecy, iż ogródek zarasta Może zajedziemy do nich na weekend? Trzy dni, nie więcej. No proszę cię.

Tomek, w sobotę mam wizytę u kosmetyczki spróbowała się wykręcić Jagoda, choć sama wiedziała, iż te wymówki są słabe.

Przełóż. Tomasz machnął ręką, jakby to była najprostsza sprawa na świecie. Przecież wiesz, iż mama się obrazi. Już mi obiecała, iż upiecze kotlety, napiecze ciast. Tęskni za nami.

A twój tata? Plecy mu przeszły? zapytała bardziej kurtuazyjnie Jagoda, bo z teściem miała poprawne, ale chłodne relacje.

A tam, z tatą nigdy nic nie wiadomo Zawsze coś mu dolega machnął ręką Tomasz. Zdecydowałem, iż jedziemy. W piątek wieczorem wyjazd, w niedzielę wracamy. Ucieszę mamę.

Jagoda westchnęła, ale nie protestowała. W te trzy i pół roku nauczyła się już, iż dyskusje z mężem, kiedy coś postanowił, są tak samo skuteczne, jak proszenie kota, by nie wchodził na firanki.

W piątek wieczór pakowali do bagażnika walizkę z rzeczami, reklamówkę z prezentami. Tomasz kupił mamie miękki pled, a tacie butelkę polskiej śliwowicy. Droga do wsi zajmowała niecałe dwie godziny, chyba iż był korek.

Jagoda przez całą drogę patrzyła w okno na przesuwające się za szybą brzozy, mijane wiejskie sklepy z nazwami rodem z PRL-u, słuchała, jak Tomasz fałszuje do piosenek w radiu i w duchu powtarzała sobie, iż może nie będzie tak źle. Trzy dni przecież to nie koniec świata. A teściowa, ostatecznie, to dobra kobieta.

Dotarli już po zmroku. Dom stał na końcu wiejskiej uliczki, oświetlony jedyną lampą na słupie. Tomasz skręcił na żwirowy podjazd, zgasił silnik w tym momencie na ganku rozbłysło światło, drzwi się otworzyły i wybiegła pani Zofia niska, krągła, w kwiecistym fartuchu i z tak szerokim uśmiechem, iż aż miało się wrażenie, iż zaraz pęknie z emocji.

Tomeczku! zawołała przez całą wieś, rzucając się synowi na szyję, kiedy tylko wyszedł z auta. Myślałam, iż już nie przyjedziecie! Od rana pichciłam, piekłam, choćby nie wiesz ile! Jagódko, córciu, do środka, szybciutko, po co stać na zimnie!

Jagoda wysiadła z auta, poprawiła kurtkę, uśmiechnęła się uprzejmie i pozwoliła się uściskać. Od Zofii pachniało smażoną cebulą i czymś jeszcze, słodkawo-mdłym, co od razu zakręciło Jagodzie w nosie.

W domu było gorąco, pachniało jedzeniem, z kuchni słychać było skwierczenie coś się smażyło na patelni. Na stole w dużym pokoju już czekała miska pokrojonej kiełbasy, chleb, ogórki małosolne, słoik kompotu i pół bochenka żytniego chleba. Eugeniusz, ojciec Tomasza, siedział przy telewizorze na widok gości wstał, podszedł do nich. Widać było, iż czekał i się denerwował iż korki, iż noc, iż wszystko może się zdarzyć.

No, dojechaliście powiedział, podając synowi rękę, Jagodzie ukłonił się: Cześć, córko. Rozbierajcie się, zaraz będziemy jeść.

Kotleciki na was czekają już od progu wykrzykiwała Zofia, rwąc się, by poprawić fartuch i bez potrzeby przestawić jeszcze miskę na stole. Z ziemniaczkami, cebulką, sosem Tomeczku, przecież ty kochasz moje kotleciki?

Kocham, mamusiu, przecież wiesz Tomasz już zdążył ściągnąć kurtkę, poszedł podejrzeć, co jest w garnkach, czym wywołał kolejny wybuch matczynej dumy.

Jagoda się rozebrała, odwiesiła płaszcz na wieszak i poszła za nim. Kuchnia Zofii była nieduża, ale przytulna jeżeli przyjąć, iż przez przytulność rozumie się zagracenie; każda powierzchnia była zajęta przez słoiki z przetworami, pojemniki z przyprawami, szmatki, opakowania kasz i niezliczone miski.

Siadaj, Jagódko, siadaj Zofia podsunęła jej wycierany fartuchem stołek. Na pewno jesteś zmęczona po drodze, zaraz, zaraz, już kończę kotleciki.

Zwinęła się w miejscu, chwyciła talerz, odstawiła, otworzyła piekarnik buchnęło zapachem pieczonego mięsa i Jagoda z trudem przełknęła ślinę. Głód dawał się już we znaki, w aucie tylko pili kawę z termosu, na prawdziwy posiłek zabrakło czasu.

Wtedy to Jagoda zobaczyła.

Zofia stała przy stole, a na nim miska z surowym mięsem. Cała góra szaroróżowej masy, z której już była uformowana mniej więcej piętnastka kotletów, okrągłych, równiutkich, ułożonych na drewnianej desce i posypanych bułką tartą. Teściowa sięga po kolejny kawałek mięsa, sprawnie formuje kulę, spłaszcza, nadaje kształt i wtedy tą samą dłonią, która przed sekundą zagniatała mielone, nagle sięga pod lewą pachę.

Nie tak zwyczajnie, jak człowiek się mimowolnie podrapie tylko zdecydowanie, całą dłonią, dokładnie. Z wyraźną ulgą, podrapała się dobre kilka chwil, po czym tą samą nieumytą (nawet nie otarła w fartuch) ręką wróciła do mięsa i lepi kolejnego kotleta.

Jagodę zemdliło.

Patrzyła na tę dłoń zwykłą kobiecą rękę, z krótkimi paznokciami, obrączką wżynającą się w palec, siecią zmarszczek na grzbiecie i nie mogła oderwać wzroku. Ta ręka przed chwilą była pod pachą; zaraz potem znowu w mięsie. Z mięsa za moment powstaną kotlety.

Kotlety, które Zofia co jakiś czas dawała im z Tomkiem w zamrożonych paczkach smażyli je potem w mieszkaniu i zachwalali przez telefon. Jagoda choćby powiedziała kiedyś przez słuchawkę, iż ma cudowne kotleciki. I to była szczera prawda bo rzeczywiście, smak miały wyśmienity…

Mamo! zawołał Tomasz z pokoju. Masz herbatę? Trochę nas przewiało w drodze.

Już, już! odkrzyknęła Zofia, kończąc lepić kotlety. Ostatnie wykończę i kładziemy się do kolacji!

Znów sięgnęła po porcję mięsa, Jagoda kątem oka dostrzegła, iż tam gdzie ręka teściowej dotknęła deski, zostały szare plamki Czy to tylko jej się wydawało? Zamrugała; znów zwykły obraz deska, mięso, kotlety, ręce lepniące zwyczajnie kotlety.

Pani Zofio odezwała się cicho Jagoda Może pomogę? Ulepię resztę, a pani zaparzy herbaty.

Co ty, przecież jesteś gościem! zaprotestowała teściowa, aż zamachała rękami (przez co Jagodę wewnętrznie otrząsnęło). Siadaj, siedzisz przecież po podróży, odpocznij. Ja już zaraz kończę.

Zofia potwierdzając to słowa, ulepiła ostatniego kotleta, odłożyła do rzędu, potem obejrzała dłonie, z aprobatą kiwnęła głową, opłukała je pod kranem dosłownie trzy sekundy pod wodą, bez mydła, strząsnęła nad zlewem i otarła w fartuch.

Jagoda patrzyła na wszystko z obrzydzeniem.

Chciała się opanować. No i co z tego pomyślała iż ktoś podrapał się pod pachą? W końcu jej własna babcia świętej pamięci też czasem poprawiała grzywkę podczas wyrabiania ciasta i nikt nie zdechł! Może po prostu ma za słabe nerwy…

Ale obraz dłoni, pachy, mielonego pozostawał w oczach jak zdjęcie na przysłonie: ręka-pacha-ręka-mięso.

Kolacja odbywała się w dużym pokoju, przy stole obitym ceratą w kwiatki. Zofia wniosła patelnię z gorącymi kotletami rumiane, pachnące, złociste, tak aromatyczne, iż każdemu normalnemu cieknęłaby ślinka a Jagodzie ślina napłynęła do ust raczej ze wstrętu. Obok miska z puree polanym masłem, talerz z pomidorami i ogórkami, chleb, kiszonki, kompot.

Częstujcie się dzieci zachęcała teściowa, podsuwając Jagodzie talerz z kotletami. Dla ciebie, Jagódko, najlepsze, takie najbardziej chrupiące. Starałam się, myślałam o was.

Jagoda patrzyła na kotlety. Wyglądały normalnie piękne, pachnące, zrumienione Tomasz już brał dwa, nakładał ziemniaki, kroił ogórka i z entuzjazmem zjadał pierwszy kęs.

Mmmm, mama mamrotał z pełną buzią mistrzostwo! Jak zawsze!

No to chwała Bogu rozpromieniła się Zofia, usiadła naprzeciw Jagody, wzięła kotleta dla siebie, przegryzła kawałkiem chleba. Martwiłam się tylko, czy nie za mało soli, albo cebuli…

Jest dobrze Tomasz już kończył pierwszy kotlet. Ty zawsze gotujesz najlepiej.

Eugeniusz milczał i jadł, od czasu do czasu kiwając głową z uznaniem. On w ogóle nie był rozmowny, najdłuższy monolog zamknął pewnie na opisie, jak wymieniał olej w maluchu.

Jagódko, czemu ty nie jesz? zaniepokoiła się Zofia, patrząc na prawie nienaruszony talerz Jagody. Nie smakuje ci? Za słone?

Nie, wszystko dobre! pośpieszyła z wyjaśnieniem Jagoda, świadoma, iż zaraz wyjdzie z tego afera, jeżeli nie weźmie choć kawałka. Po prostu coś mi się źle zrobiło po drodze, żołądek no, wiecie, to będzie przejściowe.

Wzięła widelec, ukroiła maleńki kawałek z chrupiącej skórki kotleta, podniosła do ust. Pachniało pięknie, ale gdy tylko wyobraziła sobie rękę wciskającą się pod pachę i potem mieszającą mięso Kęs stanął jej w gardle, przełknęła z trudem czując, iż zaraz zwymiotuje.

Bardzo smaczne wydusiła, odsunęła talerz. Pani Zofio, mogę same ziemniaki? I ogórka. A kotlet bardzo dobry, tylko nie dam rady po drodze.

Oj, biedna ty! załamała ręce Zofia. Jedz ziemniaczki, a kotletów ci jeszcze nałapię na zapas. Dużo ich zrobiłam, myślałam, iż głodni przyjedziecie.

Tomasz rzucił na Jagodę szybkie spojrzenie i kontynuował wcieranie kotletów jeden za drugim, jakby go nie dręczyły żadne myśli o higienie czy źródle jedzenia.

Jagoda grzebała widelcem w puree, przeżuwała ogórek i próbowała przekonać samą siebie, iż po prostu wyolbrzymia, iż to jej przewrażliwienie. W końcu miliony ludzi jedzą domowe kotlety od matek i babek, i wszystko z nimi w porządku. Ale obraz tej dłoni pod pachą nie chciał zniknąć.

Po kolacji Zofia sprzątała stół, Tomasz poszedł z ojcem do garażu sprawdzić coś przy generatorze. Jagoda została sama w kuchni z teściową, która zalewała herbatę w dużym imbryku z odłupanym dziobkiem.

Nie gniewaj się, iż tak was uparcie zapraszałam mówiła Zofia, rozlewając wrzątek do kubków. Tak miło, iż przyjechaliście ja wiem, miasto, praca, kariera Ale serce matki to boli, chciałabym wiedzieć, czy wszystko u was dobrze.

Wszystko dobrze, pani Zofio odpowiedziała Jagoda, odbierając od niej kubek. Praca, dom, jak u wszystkich.

I chwała Bogu Zofia grzmotnęła ciężko na stołek, podparła głowę na ręku, spojrzała na Jagodę z jakimś osobliwym wyrazem twarzy. Moje kotlety zawsze lubicie, wiem. Tomek zawsze prosi, żebym mu coś zamroziła. W mieście takiego nie kupisz, wszystko naszpikowane chemią, a u mnie swoje, domowe. Mięso biorę od znajomej ze wsi, wszystko bezpieczne. I sama mielę mięso, nie ufam temu sklepowemu.

Jagoda upiła łyk herbaty i poczuła, jak znów ją zbiera na mdłości. Herbata jak herbata ale wystarczyło pomyśleć, jakimi rękami były te kubki myte, i odstawiła kubek na stół, ze strachu przed kolejnym łykiem.

Pani Zofio, mogę już do pokoju? Coś głowa mnie rozbolała, chyba po podróży.

Idź, idź, dziecko! W szafie świeża pościel Tomek ci pokaże. Jakbyś czegoś chciała, krzycz, tu jestem.

Jagoda weszła do gościnnego pokoiku, zamknęła drzwi i usiadła na łóżku, nagle zbierając się na mdłości.

Wybiegła do łazienki na końcu korytarza zdążyła w ostatniej chwili. Potem długo siedziała skulona i próbowała oddychać.

Tomasz, wracając z garażu, zastał ją na łóżku w pozycji kogoś, kto stara się o czymś nie myśleć.

Co się dzieje? zapytał, siadając obok. Naprawdę ci tak źle?

Tomek… muszę ci coś powiedzieć. Proszę tylko nie śmiej się, ani nie krzycz.

Co się stało? spoważniał.

I opowiedziała. O tej ręce, o pachwinie, o mielonym, o kotletach, o jej mdłościach. Opowiadała ściszonym głosem, żadnych świadków.

Tomasz patrzył na nią z miną, której nie potrafiła rozszyfrować rozbawienie? niedowierzanie? konsternacja?

No weź, mamo nie zrobiła tego specjalnie. Każdemu się zdarza, czasem się podrapie. Myślisz, iż nasze babcie zawsze myły ręce, kiedy coś się stało? Tak wygląda wiejskie jedzenie.

Tomek, ona nie umyła ręki głos Jagody zaczął drżeć, mimo iż zdusiła emocje. Przed sekundą pod pachą, zaraz potem Ty choćby nie wiesz, jak te kotlety robi. I nie użyła mydła, tylko raz przepłukała pod kranem i starła w fartuch. Teraz wspominam te wszystkie mrożonki i robi mi się niedobrze.

To co ty proponujesz? By jechać do matki i powiedzieć, iż jest brudasem? Wiesz jak zareaguje? Obrazi się na zawsze! A przecież ona się stara, co nie rozumiesz?

Nie powiem jej, po prostu nie dam rady już tego jeść. Ja nie mogę, Tomek.

Tomasz wstał, pochodził po pokoju, potarł głowę to jego znak irytacji.

Przesadzasz. Przecież to zwykła kuchnia, nie sala operacyjna! Bywa, zdarzy się kto by się przejmował? jeżeli będziesz się wszystkim tak przejmować, zwariujesz.

Myję ręce przed gotowaniem wyszeptała Jagoda. I po Po wszystkim. To nie jest dziwne.

To dobrze, jesteś staranna. Ale moja mama całe życie tak gotuje, a ja na tych kotletach wyrosłem. I co? Zdrowy byk. Sama mówiłaś, iż pyszne.

Nie wiedziałam Teraz już wiem. I nie mogę tego zapomnieć.

Daj spokój, wyolbrzymiasz. Przecież to nie koniec świata, podrapała się i tyle. Gdybyś wiedziała, co się dzieje w restauracji Ale i tak jesz!

Proszę cię, nie mów mi tego, nie pomaga mi.

Dobra, usiadł obok, objął ją. Po prostu: nie jedz, jeżeli nie chcesz. Ja powiem mamie, iż ci niedobrze, iż masz żołądek. Tylko nic nie mów, ona nie zrozumie, a ja nie chcę, by się obraziła.

Nie powiem. Ułożyła się mu na ramieniu. Chcę już wracać.

Jutro wrócimy. Powiem, iż masz gorączkę. OK?

OK wyszeptała, choć wcale nie było jej OK.

Położyła się, Tomasz zgasił światło. Leżeli w ciemności, słuchając, jak zza ściany cicho gra telewizor, jak Eugeniusz kaszle, jak Zofia stuka naczyniami.

Patrzyła w sufit, wspominając, iż przez trzy i pół roku jadła mrożone kotlety, chwaliła je, prosiła Zofię o przepis, zachwycała się smakiem. Teraz nie mogła wyrzucić z głowy myśli, iż może to właśnie ten sekretny składnik czynił je wyjątkowymi.

Rano wstała rozbita. Tomasz już grzał się na kuchni przy herbacie z rodzicami, rozmawiali i się śmiali. Jagoda poleżała trochę, potem umyła się w lodowatym kranie w toalecie i wyszła do kuchni.

Jagódko, Tomek mówił, iż ci w nocy niedobrze było? Gorączka? Zaparić ci herbaty z maliną, moja własna, z zeszłego roku mam słoik?

Dziękuję, pani Zofio usiadła, starając się nie patrzeć na talerz z zostawionymi od wczoraj kotletami, przykryty gazą. Lepiej już, pewnie po drodze coś mi zaszkodziło.

Ojej, te bary przy drodze pokiwała głową Zofia stawiając herbatę, podsuwając konfitury. Zawsze mówię Eugeniuszowi: lepiej zjeść w domu! Ale wy i tak się zatrzymujecie To dlatego, jestem pewna.

Mamo, my w ogóle nie jedliśmy w barze. Tylko kawa z termosu.

To może co innego organizm jest delikatny. Ty wypij malinę wszystko wyjdzie!

Jagoda upiła herbaty i znów się przestraszyła, czy teściowa na pewno umyła ręce przed parzeniem. Zrozumiała, iż jeżeli nie przestanie o tym myśleć, zwariuje. Musi albo się pogodzić, albo nigdy więcej nie przyjeżdżać.

Pani Zofio, bardzo dziękuję za gościnę, ale chyba powinnam wracać do domu. Tomasz mówił, wyjedziemy dziś.

Jak to tak, zaraz? teściowa aż opadła z rozczarowania. A ja chciałam ciasta napiec! Zupę ugotować! Tomek kocha moją zupę.

Innym razem, mamo Tomasz podszedł, przytulił ją do policzka. Jagodzie naprawdę źle, musi odpocząć w domu. Ja przyjadę za kilka tygodni, pomogę tacie z dachem i wtedy się najeszcisz, ile chcesz!

Zofia westchnęła, spojrzała raz na Jagodę, raz na syna, potem jeszcze raz na Jagodę i w jej oczach zobaczyła coś, co przeszyło Jagodę chłodem. Jakby teściowa wszystko zrozumiała. I o kotletach, i o pachwinie, i dlaczego nagle zachorowała po kolacji.

Jak chcecie powiedziała sucho. Dam wam kotlety na drogę. Voli się wam na tydzień starczy.

Jagoda oblała się potem, ale stonowanym głosem wyjąkała:

Dziękuję, bardzo.

Szybko się pakowali. Tomasz ładował torby do auta, kiedy Jagoda żegnała się z Eugeniuszem uścisnął ją swoją wielką, suchą dłonią. Wracaj gwałtownie do zdrowia, córko. Przyjeżdżajcie, jak lepiej poczujesz.

Zofia wyciągnęła z zamrażarki paczkę i wręczyła Tomkowi.

Tu kotleciki, trochę konfitury, i mojego smalcu jedzcie na zdrowie.

Dzięki, mamo przytulił ją, a Jagoda zauważyła, iż teściowa nie uśmiechnęła się już tylko skinęła króciutko i uciekła do domu, zanim wsiedli do samochodu.

Całą drogę powrotną Jagoda milczała. Paczka z kotletami leżała w bagażniku, a ona czuła ją niemal fizycznie, jakby tam, w tyle za siedzeniem kryło się coś żywego, groźnego. Tomasz też milczł, cała postawa mówiła, iż jest obrażony czuło się to po tym, jak mocno ściskał kierownicę, jak ostrzej zmieniał biegi, jak patrzył prosto przed siebie.

Możesz je jeść powiedziała cicho, gdy minęli tablicę miasta. Ja nie będę.

Wiesz, iż mama wszystko zrozumiała? westchnął ciężko Tomasz Chyba zraniłaś ją na dobre.

Ale zrozumiała co?

Wszystko. Widziała, iż nic nie jadłaś, potem twoja choroba. Rano wyjechaliśmy. Obraziła się i ją rozumiem.

A mnie rozumiesz? warknęła Jagoda.

Nie odpowiedział.

Po powrocie Jagoda weszła do czystej kuchni, spojrzała na jasne półki, wyczyszczone deski do krojenia, na wszystko, co zawsze sprzątała i myła po sobie i poczuła się bezpiecznie. Tu wszystko było w porządku. Tu nie było kotletów ręką spod pachy.

Tomasz przyniósł paczkę i wsunął ją do zamrażarki. Zamknął drzwiczki.

Zjesz je? spytała.

Jasne, będę jadł odparł i w jego głosie zabrzmiał sprzeciw. To przecież kotlety mojej mamy. Zawsze je jadłem.

Odwrócił się i wyszedł pod prysznic, a Jagoda została sama w kuchni. Podeszła do zlewu, odkręciła wodę, wzięła mydło i zaczęła myć ręce. Długo, porządnie, aż po łokcie, jak do operacji. Potem wytarła dłonie w czysty ręcznik i pomyślała: czy to w ogóle jeszcze ma sens? Czy da się zmyć z pamięci coś, co już w niej utkwiło?

Nie wiedziała.

Jedno wiedziała na pewno: już nigdy nie zje kotleta lepionego ręką Zofii. Żadne prośby, żadne łzy, żadne przecież nie specjalnie nic jej nie przekona.

Trzy dni później Tomasz usmażył cztery kotlety, nałożył ziemniaków, pokroił ogórka i zabrał się za jedzenie.

Chcesz? podał Jagodzie widelec z kotletem.

Nie, dziękuję.

Wstała od stołu, przeszła do dużego pokoju, usiadła w fotelu i włączyła telewizor, podkręcając głośność, by nie słyszeć, jak mąż żuje.

Jagoda wiedziała, iż ta jedna podróż coś między nimi złamała coś, co może już nigdy się nie sklei. A wszystko przez dłoń. Zwykłą kobiecą rękę, która podrapała się tam, gdzie swędziało.

Zamknęła oczy i postanowiła już o tym nie myśleć. jeżeli się nie myśli można żyć dalej. Jeść tylko to, co zrobi się samemu. I żadnego cudzego, nigdy.

Idź do oryginalnego materiału