Kotka na balkonie przy Grunwaldzkiej

twojacena.pl 3 dni temu

Renata poczuła zapach dymu papierosowego, zanim jeszcze zdążyła zamknąć drzwi łazienki. Ktoś palił na jej balkonie. A przecież mieszkanie na Grunwaldzkiej stało puste — powinno stać puste, bo ona sama miała wrócić dopiero za trzy dni.

Ale po kolei.

Wszystko zaczęło się dwa tygodnie wcześniej, gdy Renata wracała z pracy wcześniej niż zwykle — kierowniczka apteki dostała wolne popołudnie za nadgodziny z poprzedniego tygodnia. Otworzyła drzwi cicho, bo klucz akurat się zaciął w zamku, i usłyszała głos męża z gabinetu.

— Myszko, no przestań się dąsać. Wiesz, iż nie mogę teraz.

Weszła bez pukania. Bartek odłożył telefon na biurko tak szybko, iż aż się poślizgnął po blacie.

— Z kim rozmawiałeś?

— Z klientem. Sprawa dotyczy działki w Konstancinie.

— Klient nazywa się „Myszko"?

— Nie wiem, o czym mówisz. Przewróciło ci się coś w głowie.

Wyszedł z pokoju, zostawiając ją samą przy biurku, na którym leżała jego komórka ekranem do dołu. Renata patrzyła na drzwi, za którymi zniknął, i czuła, jak w gardle rośnie jej gula, twarda jak kamień.

Byli małżeństwem od osiemnastu miesięcy. Bartek prowadził biuro nieruchomości przy Puławskiej, miał czterdzieści dwa lata, ona trzydzieści sześć — i wciąż, mimo dwóch córek z pierwszego małżeństwa, które co drugi weekend spędzały u niej, uważała, iż dobrze wygląda. Biegała trzy razy w tygodniu wzdłuż Wisły, farbowała włosy na kasztanowo u tej samej fryzjerki od dziesięciu lat. Czego mu brakowało?

Nazajutrz zadzwoniła do Kasi, koleżanki z liceum, która pracowała w tym samym biurze co Bartek.

— Kaśka, cześć. Słuchaj, macie tam nową w zespole? Bartek coś wspominał o jakiejś dziewczynie od domów pod Konstancinem.

— A, Wiolka Zarembska. Nowa agentka, przyszła z innej firmy z Piaseczna. Chuda jak patyk, chodzi w tych swoich botkach na obcasie choćby po budowie. Nasze dziewczyny jej nie trawią, bo zadziera nosa.

— Zamężna?

— Zamężna, tak. Mąż ją czasem odbiera spod biura, jeździ takim srebrnym passatem. Wygląda na porządnego faceta.

Renata podziękowała, rozłączyła się i od razu wpisała imię i nazwisko w wyszukiwarkę na Facebooku. Profil publiczny, dużo zdjęć z otwartych domów, selfie z klientami — i zdjęcie z mężem, przystojnym, w okularach, na tle jakiegoś jeziora. W opisie: „szczęśliwa żona Michała". Renata zrobiła zrzut ekranu. Na wszelki wypadek.

W piątek wieczorem, gdy szykowali się do kina na nowy film w Multikinie, usłyszała przez uchylone drzwi łazienki, jak Bartek mówi ściszonym głosem:

— Wiolka, no nie mogę dzisiaj, obiecałem żonie kino. Kotku, odrobię ci to, słowo.

Odrobi. Akurat.

Plan dojrzewał w niej całą noc, przy niedopitej herbacie stojącej na szafce — zapomniała, iż w ogóle ją zrobiła. W sobotę rano oznajmiła mężowi, iż musi na trzy dni pojechać do siostry pod Radom, bo ta robi remont łazienki i potrzebuje pomocy.

— No jasne, jedź, siostrze trzeba pomóc — ucieszył się Bartek, aż mu w oczach coś zaiskrzyło.

Spakowała torbę, pożegnała się, wyjechała rano jakoby do pracy. Mieli dwa samochody, więc nikt nie zauważył, iż jej auto po południu stoi zaparkowane trzy ulice dalej, przy warzywniaku, gdzie zwykle kupowała pomidory od pani Zosi.

Wieczorem wróciła pod dom pieszo. W oknie na trzecim piętrze paliło się światło. A na balkonie, w samej koszuli Bartka, stała ona — Wiolka, z papierosem w ręce, strzepując popiół prosto na donicę z pelargoniami, którą Renata pielęgnowała od trzech lat.

Zrobiła zdjęcie. Potem krótkie wideo.

Ze zrzutu ekranu odczytała numer telefonu Michała, męża Wiolki, i zadzwoniła bez wahania.

— Halo?

— Dzień dobry, Michał. Nie zna mnie pan, ale mój mąż zna pańską żonę bardzo dobrze. Są teraz razem, w moim mieszkaniu przy Grunwaldzkiej.

Cisza trwała dwie sekundy.

— Adres. Proszę podać adres.

Dwadzieścia minut później stali razem pod klatką — Michał w dresie, jakby zerwał się prosto z kanapy, z kluczykami od passata wciąż w dłoni.

— Mam klucze — powiedziała Renata. — Wejdziemy razem.

Winda akurat nie działała, więc szli po schodach, mijając rower sąsiada przypięty do balustrady na drugim piętrze. Zamek przekręcił się cicho. W przedpokoju panowała cisza, tylko z sypialni dobiegał przytłumiony śmiech.

Renata otworzyła drzwi kopnięciem.

— No i jak tam, kotku, ćwiczycie akrobatykę?

Bartek usiadł na łóżku tak gwałtownie, iż zrzucił poduszkę na podłogę. Wiolka złapała za prześcieradło.

— Renata, co ty tu robisz?!

— A to, iż przyszłam do siebie. Do własnego mieszkania. A ty się teraz zbierasz i wynosisz się stąd razem ze swoją wyliniałą kotką.

Wiolka owinęła się w prześcieradło i rzuciła się do męża.

— Michał, wybacz mi, sama nie wiem, co mnie napadło…

Michał splunął jej pod nogi. Otarła to wierzchem dłoni i zaczęła płakać, głośno, teatralnie, jakby ktoś jej to zaplanował na próbie.

— Chodźmy do kuchni, Michał, niech się póki co ubierają — powiedziała Renata. — Nie chcę tego oglądać dłużej niż muszę.

W kuchni wyjęła z lodówki butelkę wina — to samo, które kupiła dwa tygodnie temu na rocznicę, którą, jak się okazało, obchodzili tylko we dwoje. Nalała do dwóch kieliszków. Michał opróżnił swój jednym haustem.

— I co teraz zrobisz? — zapytał, kręcąc pustym kieliszkiem.

— Rozwód, oczywiście. Mieszkanie jest moje, po babci. Zabierze tylko auto i swoje rzeczy, i może iść, gdzie chce. Choćby na bruk. Do swoich kotek.

Z sypialni wyszedł Bartek, zapinając koszulę.

— Renata, nie unoś się tak. Każdy ma prawo do błędu. Po co od razu rozwód…

— Idź stąd. Nie mam ochoty tego roztrząsać. Ja takich błędów nie wybaczam. To był twój świadomy wybór.

Wiolka wyszła z sypialni chwilę później, z tuszem rozmazanym pod oczami i włosami sterczącymi na wszystkie strony. Renata poczuła nagłą, niespodziewaną ochotę, żeby się roześmiać — no proszę, ta sama kobieta, którą Kasia opisywała jako niedostępną gwiazdę biura.

— Zbieraj swoje rzeczy z mojego mieszkania i wynoś się. Zanim coś zrobię, czego pożałuję. Papiery rozwodowe składam jutro rano.

Bartek wrzucił kilka koszul do sportowej torby i wyszedł razem z Wiolką, nie oglądając się.

Michał i Renata zostali sami przy stole. Otworzyli drugą butelkę.

— Nie sądziłem nigdy, iż wyląduję w takiej sytuacji — powiedział, obracając kieliszek w palcach. — Czego jej brakowało? Gwiazdki z nieba? Teściowa mi zawsze mówiła, iż ta dziewczyna kiedyś pokaże pazury.

— Mój mąż, myślałam, iż go znam po osiemnastu miesiącach. Znałam za mało, jak widać.

Rozmawiali do drugiej w nocy, śmiali się nawet, wspominając własne śluby, jakby to były opowieści o kimś innym. O trzeciej Renata zabrała z szafy koc w szkocką kratę i posłała mu na kanapie.

— Zostań do rana. Nie pojedziesz w takim stanie.

Zasnął, zanim zdążyła zgasić lampkę w salonie. Patrzyła na niego przez chwilę i pomyślała, iż jest jej sympatyczny — a potem sama się z siebie roześmiała, bo dopiero co wyrzuciła męża z domu, a już myśli o kimś innym.

Rano bolała ją głowa, na szczęście była sobota. Zrobiła jajecznicę, Michał zjadł ją z apetytem, siedząc przy stole w za dużej dla niego koszuli, którą znalazł na krześle — Bartka koszuli, jak się okazało, ale nikt tego nie skomentował.

— Wiesz co, Michał — powiedziała, zbierając talerze — może pójdziemy wieczorem gdzieś na miasto? Skoro już oboje jesteśmy w tej samej sytuacji.

— Czemu nie. Mam nadzieję, iż Wiolka wyniosła się już z mieszkania. I tak nic jej po rozwodzie nie zostanie.

Rozwód poszedł gwałtownie — bez dzieci wspólnych, bez podziału majątku, bo mieszkanie zapisane było na Renatę jeszcze przed ślubem. W poniedziałek wymieniła zamek w drzwiach na Grunwaldzkiej, u ślusarza przy Puławskiej, tego samego, u którego kiedyś dorabiała klucze dla Bartka. Jego rzeczy spakowała do dwóch worków i wystawiła na klatkę schodową. Przyjechał po nie milcząc, nie patrząc jej w oczy.

Wiolka, tak jak przewidywał Michał, wróciła do rodziców w Piasecznie.

Minęły trzy miesiące. Pewnego wieczoru, gdy Renata siedziała na balkonie z kubkiem herbaty, obserwując, jak sąsiedzki jamnik z parteru ciągnie za sobą smycz z panią w za dużym płaszczu, zadzwonił telefon. Ekran pokazał imię: Michał.

— Cześć. Mam dla ciebie dokumenty od notariusza, w końcu odebrałem podział po sprzedaży tamtego mieszkania z Wiolką. Może wpadnę, oddam osobiście?

Renata spojrzała na donicę z pelargoniami, wciąż z tym samym niewielkim wypaleniem od papierosa na krawędzi, i uśmiechnęła się do telefonu.

— Wpadaj. Zrobię coś na kolację.

Idź do oryginalnego materiału