Dziś znów myślę o naszej historii mojej i Filipa.
Mój kot, czarny jak smoła, nazywa się Maurycy. Od zawsze mieszkaliśmy razem w jednym z tych wysokich bloków na trzydziestym piętrze w centrum Warszawy. Maurycy nigdy nie poznał brukowanych ulic, zatłoczonych parków ani hałasu tramwajów pędzących pod oknem. Jego świat rozciąga się pionowo: białe ściany, ogromne okna i niebo, które wydaje się być bliżej niż ziemia.
To typowy kot domowy.
Ale nigdy nie był samotny.
Od małego nauczył się obserwować świat zza szyby. Patrzył, jak światła metropolii rozpalają się niczym odległe gwiazdozbiory, śledził z fascynacją szybujące wysoko ptaki i godzinami wygrzewał się w słońcu, jakby wysokość chroniła go przed wszystkim, co złe.
Pracowałem wtedy zdalnie. Moja miłość do Maurycego wyrażała się raczej powtarzalnymi gestami niż wielkimi słowami. Większość dni mijała nam w ciszy, a tło stanowił odległy szum miasta.
Aż któregoś dnia pojawił się Filip.
Filip był myciem okien z powołania. Miał 41 lat, spracowane dłonie i uśmiech, który nie złamały choćby życiowe burze. W każdy wtorek, niczym w rytuale, jego podnośnik sunął wzdłuż fasady blokowca, zawieszony wysoko nad ulicą tak, jakby nie odczuwał żadnego strachu.
Pierwsze spotkanie nastąpiło przypadkiem. Maurycy spał właśnie na parapecie, kiedy przebudził go cichy szum ściągaczki na szybie. Otworzył jedno oko. Potem drugie. Zobaczył to: człowieka zawieszonego w powietrzu.
Wstał powoli i podszedł do szyby, siadając na ogonie. Wpatrywał się w Filipa, który nucił pod nosem coś, czego kot nie mógł usłyszeć ale czuł.
Filip podniósł wzrok. Przez chwilę zatrzymał się na dwojgu złotych kocich oczach.
No witaj, koleżko rzucił pogodnie.
Maurycy nie zrozumiał słów, ale wyczuł intencje.
Tego dnia Filip narysował na zaparowanej szybie uśmiechniętą buzię. Maurycy odskoczył i pacnął łapką w szybę.
Filip roześmiał się.
Tak zaczęła się ich relacja.
W każdy wtorek, kiedy podnośnik zbliżał się do trzydziestego piętra, Maurycy już czekał przy oknie. Nieważne, czy drzemał głęboko coś kazało mu wstawać dokładnie na czas.
Siadał przy szybie, drżąc z wyczekiwania.
Filip bawił się z nim jak z najlepszym przyjacielem. Przesuwał ściągaczką, robił zabawne miny, rysował serduszka i śmieszne kształty w pianie. Maurycy śledził każdy jego ruch z powagą graniczącą z komizmem. Skakał, wspinał się, wdrapywał się na tylnie łapy, przyciskając pyszczek do szyby.
W te dziesięć minut Warszawa znikała.
Dla Filipa te chwile były kotwicą. Od śmierci żony czuł się pusty, funkcjonował na autopilocie. Nie wiedział o tym Maurycy, ale raz w tygodniu ratował mu życie.
Do zobaczenia za tydzień żegnał się co wtorek Filip.
Maurycy nie znał pojęcia przyszłości, rozumiał tylko rytuał.
Któregoś wtorku Filip nie przyszedł.
Maurycy czekał długo.
Siedział przy oknie od rana, biegał niespokojnie tam i z powrotem, czasem cicho miaucząc. Kiedy po jakimś czasie zjawił się nowy podnośnik, kocie serce aż mu zabiło.
Podbiegł pod szybę.
Ale to nie był Filip.
Tym razem podnośnikiem operował młodszy, poważny mężczyzna. Nie spojrzał do środka, nie uśmiechnął się. Po prostu posprzątał i zjechał niżej.
Maurycy zastygł bez ruchu.
Potem powlókł się z opuszczonym ogonem do swojego kącika.
Tego dnia słońce grzało jak zawsze, ale wszystko się zmieniło.
Filipa nie było przez sześć miesięcy.
Nie z wyboru. Przeciwnie to była walka.
Ciężkie zapalenie płuc doprowadziło go najpierw na kilka dni, a potem tygodni do szpitala. Bywały chwile, kiedy lekarze nie byli pewni, czy się podniesie. Filip leżał nocami gapiąc się w sufit, myśląc o drobiazgach, które nagle nabrały sensu: zapach płynu do mycia, świst wiatru wysoko, czarny kot, który zawsze patrzył na niego tak, jakby był najważniejszy na świecie.
Czy przeżyję? myślał A jeżeli tak po co?
Tymczasem na trzydziestym piętrze Maurycy przestał czekać przy szybie.
Nie dlatego, iż zapomniał.
Ale bo nauczył się, iż czekanie boli.
Spał dłużej. Coraz rzadziej bawił się swoimi zabawkami. Zauważyłem, iż coś z nim nie tak, ale nie wiedziałem co.
Może się starzeje pomyślałem.
W rzeczywistości Maurycy przeżywał żałobę.
Gdy Filip w końcu doszedł do siebie, wrócił do pracy przez cały czas słaby, z łapczywym oddechem. Szef prosił, żeby jeszcze odpoczął.
Muszę spróbować, choć jeden dzień odpowiedział Filip.
Tego wtorku stanął na podnośniku z drżącymi dłońmi.
A jeżeli go już tu nie ma? przebiegło mu przez myśl. Może się wyprowadzili?
Kiedy dotarł na trzydzieste piętro, w mieszkaniu panowała cisza. Maurycy spał zwinięty w czarną kulkę na kanapie.
Filip lekko zastukał w szybę.
Stuk.
Maurycy natychmiast podniósł głowę.
Jego oczy rozszerzyły się, jakby ujrzał ducha.
I wtedy zerwał się.
Rzucił się do okna, zamiauczał z taką siłą, iż Filip usłyszał go przez grubą szybę. Przycierał pyszczek do szkła, mruczał tak głośno, jak nigdy dotąd.
Filip rozpłakał się.
Przyłożył dłoń do szyby.
Maurycy postawił łapkę dokładnie w tym samym miejscu.
Bez namysłu wyjąłem telefon i zrobiłem zdjęcie.
Wrzuciłem je na Facebooka z prostym podpisem:
Po sześciu miesiącach mój kot znów spotkał swojego najlepszego przyjaciela.
Zdjęcie obiegło internet.
Setki tysięcy Polaków udostępniało, wzruszało się, wspominało własne tęsknoty, własne straty, czekanie na bliskich.
Maurycy i Filip stali się symbolem czegoś, czego wielu nie umiało nazwać, ale wszyscy to czuli.
Że uczucia nie potrzebują słów.
Przyjaźń nie zna gatunków.
A szkło, wysokość i czas nie zawsze oddzielają.
Kilka dni później dostałem wiadomość od Filipa.
Opisał, przez co przeszedł. Szpital. Infekcję. Depresję.
Nie wiem, czy wstałbym z łóżka, gdyby nie myśl o Maurycym napisał. Chciałem wiedzieć, iż ktoś mnie wyczekuje.
Czytałem to długo, z oczami pełnymi łez.
Dopiero tej nocy, patrząc na śpiącego Maurycego, zrozumiałem coś ważnego:
To nie kot czekał na Filipa.
To Filip przez te pół roku trzymał się życia, bo gdzieś tam czekał na niego Maurycy.
A potem wszystko wróciło do normy.
Filip znów mył okna.
Maurycy znów mieszkał na trzydziestym piętrze.
W każdy wtorek, przez dziesięć minut, nasz świat stawał w miejscu.
I choć tak naprawdę nigdy nie mogli się dotknąć, obaj wiedzieli to, co ludzie zwykle zapominają:
Przyjaźń nie potrzebuje fizycznej bliskości.
Wystarczy obecność.
Niektórych więzi nie rozerwie ani czas, ani wysokość, ani żadna szyba.












